Scottie Price właśnie rozpoczęła nową pracę. Jest jedyną kobietą w zespole, dlatego w biurze spodziewa się raczej atmosfery kawalerskiego mieszkania. Szybko zostaje wyprowadzona z błędu. Dowiaduje się bowiem, że wszyscy żyją w szczęśliwych małżeństwach.
Chcąc zaimponować szefowej podczas spotkania firmowego, Scottie wspomina o swoim nieistniejącym mężu. W panice wymyśla historię o problemach małżeńskich. Na jej nieszczęście szefowa ma rozwiązanie – indywidualną sesję z najlepszym doradcą dla par.
Scottie nie ma wyjścia i zgadza się na spotkanie. Zdesperowana prosi o pomoc najlepszego przyjaciela, która umawia ją ze swoim bratem. Wilder jest aż nazbyt chętny, by wziąć udział w tym "przedsięwzięciu”. Uczy Scottie głównej zasady improwizacji: zawsze mów "tak”, i jakimś cudem zapisuje ich na ośmiodniowy letni obóz małżeński, w którym uczestniczą wszyscy współpracownicy Scottie.
Jak dziewczyna przetrwa w jednym domku ze swoim zdecydowanie zbyt przystojnym "mężem”?
Nie ma nic lepszego latem niż romans w wakacyjnym klimacie, szczególnie jeśli przenosi nas on w zupełnie nowe miejsce - do innego kraju, w tropiki, w podróż samochodem po różnych miejscach... a może nawet na obóz dla małżeństw? "Póki lato nas nie rozłączy" to historia, która przyciąga oko nie tylko piękną oprawą graficzną, ale właśnie też świetnie zapowiadającym się opisem. Sama mam za sobą tylko dwie książki Meghan Quinn, najlepiej wspominam nadal "Zjazd rodzinny", a więc dość łatwo skusiłam się na jej najnowszą premierę. Dlatego tym bardziej jest mi szkoda, że niestety nie bawiłam się na niej dobrze i pod wieloma względami bardzo się nią rozczarowałam - a w pewnym momencie kontemplowałam nawet, czy nie przerwać jej czytania, bo kompletnie nie trafiła w mój gust.
Scottie Price przeniosła się do Nowego Jorku, aby rozpocząć nowy rozdział po rozwodzie. Niestety wszystko wokół przypomina jej o tej porażce, a w szczególności jej nowi współpracownicy, którzy ciągle opowiadają o swoich udanych małżeństwach. Kobieta czuje się odludkiem w pracy i dlatego kiedy w biurze pojawia się jej szefowa, której pragnie się przypodobać, wymyka jej się niewinne kłamstwo, że ona także ma męża, ale niestety przechodzi z nim przez gorsze chwile. Niestety jak to z kłamstwami bywa, często jedno prowadzi do drugiego i wkrótce Scottie znajduje się w sytuacji, w której albo przyzna się wszystkim, że skłamała... albo wybierze się na terapię dla małżeństw z problemami, którą prowadzi mąż jej szefowej. Gdy jej przyjaciel proponuje, że umówi ją ze swoim bratem, Scottie nie ma wyjścia, jak się zgodzić. Ale Wilder okazuje się być kimś kompletnie innym, niż się spodziewała - jest przystojny, rozgadany, rozrywkowy i być może brakuje mu też piątej klepki, bo aż nazbyt chętnie wpakowuje ich w ośmiodniowy obóz dla małżeństw, na który wybierają się także wszyscy jej współpracownicy. Teraz Scottie i Wilder będą musieli zagrać rozpadające się małżeństwo i nie zdradzić, że właściwie dopiero się poznali, dzieląc razem jeden domek...
Nie ma gorszego uczucia dla książkary, niż bycie podekscytowanym jakąś historią tylko po to, by okazało się, że jest kompletnie inna od tego, czego oczekiwaliśmy. Ta książka w teorii brzmiała jak świetna komedia romantyczna, która powinna mi się była spodobać, a niestety już w pierwszych rozdziałach czułam, że kompletnie nie trafiłam z wyborem. Od pierwszych słów ciężko mi było się polubić ze stylem pisania autorki (co jest dziwne, bo poprzednie jej książki mi się podobały), a już w szczególności nie przemówił do mnie humor. Cała ta historia opiera się na absurdalnych sytuacjach i niesmacznych żartach o sztucznych penisach i seksie. Drugoplanowi bohaterowie, tacy jak współpracownicy Scottie i ich terapeuta, są jak karykatury i chociaż autorka stara się pod koniec poprawić ich kreację, wypada to tym bardziej naciąganie i nierealistycznie. Niczym żenujący rom-com Netflixa, którego aż się nie chce oglądać, tak bardzo jest nieśmieszny. Z tego też powodu przez długi czas miałam ochotę przestać tę książkę czytać, bo nie chciało mi się do niej wracać. Do przodu ruszyłam dopiero, kiedy przerzuciłam się na audiobooka.
Największym plusem tej historii jest kreacja bohaterów, w szczególności Scottie, ale niestety nawet to nie zdołało uratować dla mnie tej książki. Gdy poznajemy bohaterkę, jest bardzo zamknięta w sobie, leczy serce po nieudanym małżeństwie, które mocno podburzyło jej poczucie wartości siebie i z tego też powodu stara się ze wszystkich sił dopasować do swoich współpracowników - stąd zresztą sytuacja, w której się w końcu znajduje. Wraz z rozwojem historii i pojawieniem się w jej życiu Wildera, który jest jej kompletnym przeciwieństwem, widzimy jak rozkwita i ponownie odnajduje siebie. Wilder to definicja golden retrievera i jego wesołe oraz luzackie przysposobienie pozwala rozkwitnąć tej części Scottie, która została głęboko ukryta przez jej byłego męża, który nigdy jej nie doceniał. Scottie natomiast pomaga Wilderowi dostrzec, co w życiu liczy się najbardziej i co warto zawalczyć. Pod tym względem obydwoje wydobywają z siebie to, co najlepsze i bardzo fajnie mi się o tym czytało.
Muszę jednak przyznać, że choć polubiłam tę dwójkę jako ludzi, tak niezbyt mi zależało na ich relacji. Częścią problemu może być to, że po prostu nie kliknął mi sam styl pisania, bo ich rozmowy przez większość czasu wypadały nijako albo nawet żenująco i chociaż bardzo chciałam się pośmiać podczas ich słownych potyczek, to te żarty kompletnie do mnie nie trafiały. Te bardziej emocjonalne momenty wypadają już lepiej, ale niestety w drugiej połowie przechodzimy do momentu, w którym Scottie i Wilder w końcu się do siebie zbliżają fizycznie, a wtedy już cała fabuła schodzi na dalszy plan i zaczynają się ciągłe sceny erotyczne, a ja tego bardzo nie lubię.
Książka ma fajny klimat jak na letnią powieść, chociaż spodziewałam się od niej więcej. Sam obóz chyba też mnie wytrącał z równowagi, bo początkowo podobały mi się różne konkursy i zabawy, ale w pewnym momencie przemienił się w pewnego rodzaju seks-obóz i naprawdę zaczęłam się obawiać, że będę zmuszona do przeczytania o jakiejś orgii w imię "terapii". Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, ale to nie zmienia faktu, że bywały w tej historii takie rzeczy, które były aż zbyt nierealistyczne i to bardzo mnie wybijało z lektury.
Myślę, że "Póki lato nas nie rozłączy" to będzie jedna z tych bardzo specyficznych książek, która nie podejdzie każdemu do gustu, ale też na pewno znajdzie wielu zwolenników w zależności od waszych upodobań i poczucia humoru. Tyle razy zmieniałam zdanie na temat tego, jak powinnam ją ocenić, że chyba napiszę po prostu tyle, że nie jest w moim guście. Gdyby nie to, że jestem strasznie uparta i zawsze walczę z poczuciem, że muszę dać książce sprawiedliwą szansę, prawdopodobnie przerwałabym jej czytanie po pierwszych paru rozdziałach. Miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale końcowo fakt jest taki, że nie miałam ochoty do niej wracać i trochę się zmuszałam, aby ją skończyć i nawet jeśli bohaterowie byli sympatyczni, to wiem, że nie zapadną mi w pamięci na dłużej. A szkoda, bo książka miała fajny potencjał.
MEGHAN QUINN – autorka bestsellerów z zestawień „USA Today”, żona, adopcyjna mama, miłośniczka masła orzechowego. Jej komedie romantyczne i romanse współczesne za każdym razem dostarczają czytelniczkom idealnej dawki emocji, humoru i pikanterii.
.jpg)





Brak komentarzy
Prześlij komentarz
Dzięki za przeczytanie mojego wpisu! Byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił/a komentarz ze swoją własną opinią :)