środa, 20 marca 2019

Jenn McKinlay - Z Łapą na Sercu



Zach Caine prowadzi piwiarnię w Bluff Point, mieszka z psem, Rufusem, i  bardzo odpowiada mu takie kawalerskie życie. Pewnego dnia do jego drzwi pukają dwie małe dziewczynki, córki sąsiadki. Proszą go o pomoc w uratowaniu kota. Jessie Connelly jest rozwódką i samotną matką, która obiecała sobie, że już nigdy nie zwiąże się z żadnym mężczyzną. A już na pewno nie z Zachem, kochanym, szczerym mężczyzną, którego uwielbiają jej córeczki, bo to facet taki jak on najmocniej mógłby jej roztrzaskać serce.
Gdy w Bluff Point panuje śnieżyca, a całe miasto zostaje odcięte od prądu, Zach pomaga Jessie w domu i z dziewczynkami. Im więcej czasu spędzają w swoim towarzystwie, tym większe uczucie zaczyna się rozwijać. Zach wypełnia pustkę w sercu dziewczynek po odejściu ojca, ale pragnie czegoś więcej. Złamanego serca Jessie.

"Z Łapą na Sercu" to już trzeci, i jak na razie ostatni, tom serii Bluff Point, którą w ostatnim czasie zdołałam pokochać. Już od dłuższego czasu chciałam tę książkę przeczytać, ale ciągle coś się nawarstwiało i robię to dopiero teraz. Co prawda już prawie kończy się marzec, a zarówno okładka, jak i historia przywodzi na myśl zimę, którą my już z chęcią żegnamy, czekając na piękną wiosnę, ale to nic. Bo wreszcie przyszedł czas na Zacha, mojego osobistego ulubieńca, oraz Jessie, która była ostatnią osobą, jakiej się spodziewałam dla niego.

Bohaterów książki oczywiście poznajemy już w dwóch poprzednich tomach. Zach to taka męska wersja Carly, bohaterki "Wyszczekanej Miłości" - woli nie angażować się w związki, a status kobieciarza jak najbardziej do niego pasuje. W przeszłości wydarzyło się coś, przez co mężczyzna woli niezobowiązujące przygody, do których nie musi angażować swojego serca. Byłam bardzo podekscytowana tym, że ta część jest poświęcona właśnie niemu, bo pokochałam jego postać już w pierwszej książce. Jest zabawny, towarzyski, dba o swoich przyjaciół, a do tego ma wielkie, kochane serce. Może wydawać się, że nic go nie obchodzi, a do życia podchodzi na luzie, ale tutaj poznajemy jego prawdziwe wnętrze i dowiadujemy się, co stoi za tym, że tak bardzo broni się przed zakochaniem. Zach to w jednej minucie to taki potulny misiaczek, który rozczulał mnie w swoich interakcjach z dziewczynkami, a w drugiej seksowny, silny mężczyzna, który czarował niejedną kobietę w pobliżu. Nie dało się dla niego nie oszaleć.

Jessie to bardzo ciekawa postać i na początku zupełnie nie spodziewałam się, że to właśnie ona zostanie wybranką Zacha. Nie byłam co do niej pewna, bo w poprzednich częściach była ukazana jako w pewien sposób postać negatywna. W pierwszej książce dowiadujemy się, że siedem lat temu ukradła narzeczonego Mac, bohaterki "Zakochani Po Uszy", i to tuż spod ołtarza, a potem sama za niego wyszła. Ale już dalej dowiedzieliśmy się też, że karma ją dopadła, bo była nieszczęśliwa, mąż zdradzał ją na prawo i na lewo, a na dodatek samotnie wychowywała dwie córki. Chociaż Mac wybaczyła Jessie, a w tej części nawet się zaprzyjaźniły, to ja nadal byłam do niej troszkę sceptycznie nastawiona. Wszystko zmieniło się w tej części, bo absolutnie ją pokochałam. Wszyscy popełniamy w życiu błędy, a Jessie już zawsze będzie żałować swojego występku, jakim była kradzież cudzego narzeczonego. Co najważniejsze, siedem lat później jest to całkiem inna osoba, którą odmieniły lata cierpienia spowodowane byciem poniewieraną i zdradzaną przez męża, a także rodzicielstwo. Poznanie historii jej oczami otworzyło mi oczy, że jej sytuacja wcale nie była taka oczywista i z przyjemnością dałam jej drugą szansę. Zwłaszcza, że Jessie jest wspaniałą, kochaną osobą, cudowną matką i swoje już wycierpiała.

Na początku wydawało mi się, że Zach i Jessie to niezbyt dobrze dobrana para, ale zupełnie się myliłam. Z każdym ich kolejnym spotkaniem coraz mocniej się w nich zakochiwałam, coraz mocniej im kibicowałam i pragnęłam, aby obydwoje uleczyli swoje złamane serca. Ich historia miłosna była najpiękniejsza z tych wszystkich, jakie dane było nam już poznać, bo była taka subtelna, ale też prawdziwa i pełna pasji. Nie zabrakło problemów wynikających z tego, że obydwoje bali się zobowiązań, ale to nie znaczy, że uczucie nie wylewało się tutaj stronami. A słodkim dodatkiem były te dwie urocze dziewczynki, Maddie i Gracie, dla których głowę stracił nie tylko Zach, ale również ja. Kiedy tak obserwowałam jak pragnęły uwagi mężczyzny, który powoli stawał się dla nich tysiąc razy lepszym ojcem, niż ich własny, to jednocześnie łamało mi się serce i rosło pompowane setkami różnych uczuć. Każda scena z nimi jako taką małą rodzinką mnie wzruszała.

"Z Łapą na Sercu" to bez dwóch zdań moja ulubiona część z całej serii. Zupełnie się nie spodziewałam, że tak ją pokocham, ale stało się. Historia Zacha, Jessie, Maddie i Gracie, z psem i kotkiem w tle, mnie rozczuliła, skradła serce i zostawiła z ogromnym uśmiechem na twarzy. Co prawda jest to taka zimowa pozycja, ale w niczym to nie przeszkadza, by sięgnąć po nią trochę później. O każdej porze roku się w niej zakochacie! Dobrze było wrócić do ekipy z Maine, zawsze jest to dla mnie przyjemnością. Mam nadzieję, że autorka będzie kontynuować tę serię, zwłaszcza, że przez ostatnie części budowane było napięcie między pewnymi bohaterami i ciekawa jestem, jak ono się rozwinie.



JENN MCKINLAY - Jenn McKinlay to amerykańska pisarka, która tworzy głównie romanse. Zapragnęła pisać już jako nastolatka. Obecnie tworzy historie miłosne, bardzo popularne zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Bohaterowie, których kreuje, są często mocno zagubieni w otaczającej ich rzeczywistości lub zmagają się z trudnymi wydarzeniami z przeszłości. Często też szukają własnej drogi do szczęścia.


Tytuł: Z Łapą na Sercu
Autor: Jenn McKinlay
Tytuł oryginału: Every Dog Has His Day
Seria: Bluff Point. Tom 3
Data premiery: 11 stycznia 2019
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 379
Ocena: 9/10



Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.






Czytaj dalej »

wtorek, 19 marca 2019

Przeczytaj prolog i pierwsze dwa rozdziały nowej powieści Corinne Michaels & Melanie Harlow!


Corinne Michaels to autorka jednego z moich ukochanych romansów "Consolation", oraz kontynuacji "Conviction", o czym zapewne wiedzą osoby, które śledzą mojego bloga. Nadal ogromnie miło wspominam te książki, a od tamtego czasu zdążyłam przeczytać również kilka innych spod pióra tej autorki, które pokochałam równie mocno. Więc kiedy Wydawnictwo Niezwykłe ogłosiło premierę "Hold You Close", napisanej w duecie z Melanie Harlow, wiedziałam, że muszę mieć ją w swoich łapkach! Co prawda nie znam jeszcze pióra Melanie, ale jestem przekonana, że ta historia skradnie moje serce.

Dzisiaj przychodzę dla was z zapowiedzią tej książki i przedpremierową lekturą prologu oraz dwóch pierwszych rozdziałów powieści! Kto z was ma w planach ją przeczytać? Premiera już 3 kwietnia!


Ian Chase złamał mi serce, kiedy miałam siedemnaście lat. Kolejne osiemnaście lat mojego życia spędziłam, nienawidząc go.

Ułatwia mi to jego bezczelny wyraz twarzy oraz fakt, że prowadzi życie playboya. Nie mogę tego nie zauważać, ponieważ mieszka obok mnie. Za każdym razem, gdy widzę, jak wychodzi z basenu – niemal nagi i nieprawdopodobnie seksowny – czuję, że gotuje się we mnie krew.

Zawsze uwielbiałam go nienawidzić.

Nigdy nie planowałam, że będę go potrzebowała.


London Parish jest najlepszą przyjaciółką mojej młodszej siostry, ale nie powstrzymało mnie to przed zakochaniem się w niej.

Mamy za sobą skomplikowaną przeszłość. Wszystko, co nas łączy, to fakt, że jesteśmy rodzicami chrzestnymi trójki uroczych dzieci mojej siostry. Lecz nasze życie zmienia się za sprawą tragicznego wydarzenia.

Teraz staramy się wychowywać dzieci, które kochamy, pogodzić się z niewyobrażalną stratą oraz zwalczyć rodzące się między nami pożądanie.

Moje życie wywróciło się do góry nogami, więc ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest ożywianie dawnych uczuć.

Nieważne, jak mocno bym ją trzymał, i tak nigdy nie będę mógł jej zatrzymać.



Prolog

LONDON
Siedemnaście lat temu

Niech mnie ktoś uszczypnie.
Niech powie, że wspomnienia zeszłej nocy – najbardziej niewiarygodnej i romantycznej w moim życiu – są prawdziwe.
Powoli przekręcam się na bok, po czym wspieram głowę na ręce; przyglądam się śpiącemu Ianowi. Jest przepiękny, chociaż nie widzę teraz jego jasnoniebieskich oczu ani nie posyła mi swojego seksownego, szerokiego uśmiechu. Tego samego, który zobaczyłam wczoraj, kiedy powiedział: „Nie masz pojęcia, co chciałbym z tobą zrobić. Powinnaś kazać mi wyjść”.
Kazać mu wyjść?
A niby dlaczego znaleźliśmy się w tym pokoju hotelowym? Naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, że już od dawna go kocham? Naprawdę nie wiedział, ile nocy spędziłam, marząc o tym, aby zauważył we mnie kogoś więcej niż najlepszą przyjaciółkę swojej młodszej siostry? Nie widział, jak go ubóstwiam? Był moim bohaterem… szczególnie zeszłej nocy.
Kiedy Ian wrócił do domu po pierwszym roku na UNLV[1], był świadkiem mojego załamania nerwowego. Wypłakiwałam się Sabrinie, ponieważ mój partner, z którym miałam pójść na bal na zakończenie szkoły, porzucił mnie w ostatniej chwili i postanowił wybrać się z kimś innym. Ian zaproponował mi w zamian swoje towarzystwo.
Byłam oszołomiona. Kilka miesięcy wcześniej pocałował mnie na imprezie, ale od tamtego czasu prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Myślałam, że o tym zapomniał.
Nigdy nie czułam się tak piękna, jak wtedy, gdy wkroczyłam na bal u jego boku. Tańczyliśmy przytuleni, a moje serce jeszcze nigdy nie biło tak mocno. Kiedy pocałował mnie na parkiecie i powiedział, że już od pewnego czasu coś do mnie czuje, zakochałam się na zabój.
Po balu zapytał, czy chcę iść do hotelu z moimi przyjaciółmi. „Tak – odparłam, starając się być dzielna. – Ale nie chcę iść na imprezę. Chcę być tylko z tobą”. Nie mówiąc już nic, wziął mnie za rękę i pobiegliśmy do jego samochodu. Gdy dotarliśmy do hotelu, Ian wynajął dla nas pokój.
W windzie serce mi waliło ze zniecierpliwienia. Wychodząc z niej, Ian nie puszczał mojej dłoni, a ja czułam zbierającą się w brzuchu pustkę, jakbyśmy wjeżdżali na szczyt kolejki górskiej.
Kiedy znaleźliśmy się za zamkniętymi drzwiami pokoju, w którym opuszczono rolety i przyciemniono światła, Ian wyciągnął rękę i przyciągnął mnie do siebie. Pocałował, jakby wiedział, że przez wiele nocy właśnie o tym marzyłam.
Kazać mu wyjść?
Nigdy, nawet za milion lat.
Zamiast tego, dałam mu wszystko. Serce, duszę, ciało. Był delikatny i czuły, ponieważ przeżywałam z nim swój pierwszy raz, a on o tym wiedział. Byłam nim zachwycona… jego wyrzeźbionym ciałem, sposobem, w jaki się poruszało, podniecającymi słowami, które wypowiadał.
„Boże, jesteś tak cholernie piękna. Marzyłem o tym od dawna. Tak mi w tobie dobrze”.
Nadal nie mogę uwierzyć w to, że mnie chce. Mnie! Wcale nie przypominam blond laleczek Barbie, z którymi zwykle się umawia. Mam ciemne włosy, małe piersi, a moja talia nie jest grubości mojego uda. W skali od jeden do dziesięciu zazwyczaj czuję się jak szóstka.
Ale zeszłej nocy dzięki niemu poczułam się, jakbym była jedyną dziewczyną na świecie. Było magicznie… A to dopiero miał być początek czegoś nowego.
Światło przedziera się przez zasłony – zapowiedź nowego dnia. Powinniśmy już wstać, bo dziś po południu czeka nas przyjęcie z okazji ukończenia szkoły przez Sabrinę. Obiecałam pomóc jej ozdobić dom.
Jednak chcę, żeby ta chwila nigdy się nie skończyła.
Ian leży na plecach, z jedną ręką zarzuconą za głowę, kołdra zakrywa dolną część jego ciała. Powstrzymuję się od przesunięcia dłoni po jego naprężonych mięśniach i muskularnej klatce piersiowej, choć nie jest to łatwe.
Otwiera oczy. Zauważa mnie i uśmiecha się lekko.
– Hej.
Serce zaczyna mi bić szybciej.
– Hej.
– Spałaś coś?
– Trochę.
– Myślałem, że cię zmęczyłem.
Uśmiecham się szeroko.
– Zmęczyłeś. Ale nie mogę spać, kiedy jestem taka podekscytowana.
Unosi jedną brew.
– A czym jesteś taka podekscytowana?
– Tobą – mówię otwarcie. – Tą sytuacją. Nami.
On też uśmiecha się szeroko.
– Chodź. – Przyciąga mnie do siebie, a ja kładę głowę na jego klatce piersiowej.
Przez chwilę po prostu cieszę się jego zapachem i pozwalam, aby wypełniło mnie czyste szczęście.
– Wszystko, co powiedziałeś wczoraj w nocy, to prawda?
– Oczywiście, że tak. Masz mnie za jakiegoś palanta, który by cię okłamał, żeby się z tobą przespać?
– Nie wiem.
– London, nie zrobiłbym czegoś takiego. Słuchaj, może nie jestem najwrażliwszym gościem na świecie, ale nie jestem też kompletnym dupkiem i traktuję tę sprawę poważnie. Zbyt długo się znamy.
– Więc… co teraz?
Milczy przez chwilę.
– A czego byś chciała?
– Chciałabym z tobą być. – Robię głęboki wdech. – Kocham cię, Ian.
Zamiera i przez chwilę martwię się, że powiedziałam za dużo.
– Nie musisz mi mówić tego samego – stwierdzam szybko, podnosząc głowę i patrząc mu w twarz. Nie wymagam niczego w zamian. – Chciałam po prostu ci powiedzieć, co do ciebie czuję.
Wpatruje mi się głęboko w oczy.
– Jeszcze nigdy w nikim się nie zakochałem.
– Ja też nie.
– Ale to, co do ciebie czuję… Nigdy nie czułem czegoś takiego.
Nie mogę powstrzymać uśmiechu.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Pragnę cię chronić. Pilnować, żeby nic ci się nie stało. – Przerywa. – Chociaż chcę też pieprzyć cię na jakieś sto i dziesięć różnych sposobów. Trochę mi z tym dziwnie.
Chichoczę i czuję nagłe ściśnięcie w żołądku.
– Sto i dziesięć?
– Przynajmniej. – Nagle przewraca mnie na plecy i teraz znajduje się nade mną. – Tylko dzisiaj rano.
Serce podeszło mi do gardła.
– Nigdzie się nie wybieram.
– I dobrze.
Za drugim razem seks jest jeszcze lepszy. Już tak nie boli, chociaż po wczorajszej nocy wciąż jestem obolała. Ale dzięki jego cierpliwości i umiejętnościom osiągam orgazm. Zastanawiam się, z iloma dziewczynami już był, ale tak naprawdę nie chcę tego wiedzieć. Teraz liczy się tylko to, że jesteśmy razem. I chciałabym, żeby tak już zostało.
Ian Matthew Chase.
London Marie Chase.
Pan i pani Chase.
– To wszystko wydaje się takie właściwe, prawda? – pytam rozmarzonym głosem. Nadal oddychamy ciężko, jesteśmy rozgrzani, lepimy się od potu, czuję na sobie jego ciężar.
– Tak.
– Jakby od zawsze tak miało być.
Wspiera się na łokciach i patrzy w dół, na mnie.
– Może naprawdę miało tak być.
– Więc tylko udawałeś, że jesteś na mnie wkurzony, kiedy wszędzie za tobą chodziłyśmy z Sabriną?
Kręci głową.
– Nie, ale byłyście bardzo denerwujące.
Popycham go w żartach.
– Wredny jesteś.
– Ale mnie kochasz, co nie? – Całuje mnie, po czym zniża głowę i szepcze mi do ucha. – A ja kocham ciebie. Po prostu dłużej mi zajęło zdanie sobie z tego sprawy.
Z trudem przełykam ślinę i przez sekundę boję się, że skompromituję się płaczem. Lecz po kilku głębokich wdechach czuję się dobrze. Tak właściwie, to czuję się lepiej niż dobrze – jestem jak nowa. Wszystko się zmieniło. On jest całym moim życiem.
– Boże, Ian, jestem taka szczęśliwa. To wszystko zmienia.
– Tak?
– Tak. – Znowu się uśmiecham.
Unosi głowę i spogląda na mnie.
– London, nie chcę, żebyś się zmieniała. Jesteś idealna.
– Mam na myśli moje życie, teraz będzie wyglądało inaczej.
– Jak to inaczej?
– No, po pierwsze, jesienią nie pójdę na Northwestern.
Wygląda na zagubionego.
– Nie?
– Nie, głuptasie. Chcę być przy tobie.
Odgarnia mi włosy z twarzy.
– A co ze stypendium?
Wzruszam ramionami.
– Dostałam też stypendium na UNLV. Skorzystam z ich oferty.
– Ale UNLV nie jest twoją wymarzoną szkołą. Od zawsze chciałaś iść na Northwestern.
– To ciebie sobie wymarzyłam. Nic innego mnie nie obchodzi.
Przez chwilę nic nie mówi, ale patrzy na mnie jakoś inaczej. W jego oczach widzę coś, czego nie mogę odczytać.
Ale wtedy znowu mnie całuje.
– Powinniśmy się już zbierać.
Z niechęcią wstajemy i zaczynamy się ubierać.
W trakcie krótkiej jazdy do domu odgrywam w myślach każdą wspaniałą chwilę z poprzedniej nocy i fantazjuję na temat wszystkiego, co ma jeszcze nadejść. Ian także milczy i zastanawiam się, czy on myśli o tym samym.
Kiedy wjeżdża na podjazd mojego domu, w którym mieszkam z tatą, wysiada z samochodu i odprowadza mnie do drzwi.
– Do zobaczenia za kilka godzin – mówię. – Dzięki za… wszystko.
– Nie ma za co. Do zobaczenia na przyjęciu.
Wchodzę do domu i zamyślona szybuję w górę schodów, nucąc piosenkę, do której tańczyliśmy zeszłej nocy.
– London? – tata woła mnie z sypialni na piętrze, której używa jako biura. – To ty?
– Tak. – Staję w drzwiach i patrzę, jak pracuje przy komputerze. Biedak okropnie się garbi.
– Dobrze się bawiłaś?
– Tak. Bawiłam się świetnie.
– Super. – Uśmiecha się przez chwilę, po czym znowu wbija wzrok w monitor. Nic nowego. Mój tata od zawsze był pracoholikiem. To nas łączy. Nie wiem, kto był bardziej dumny, gdy dostałam stypendium od Northwestern – on czy ja. Nie przyjmie dobrze mojej decyzji o odrzuceniu ich oferty.
Ale nie obchodzi mnie to, powtarzam w myślach, idąc korytarzem do swojego pokoju. Jedyną rzeczą, jaka się teraz liczy, jest mój związek z Ianem. Może i mam dopiero siedemnaście lat, ale przysięgam – kocham Iana Chase’a, od kiedy go poznałam.
On jest tym jedynym.

PRZYJĘCIE ZACZYNA SIĘ O SZÓSTEJ, a Ian jeszcze się nie pojawił. Pani Chase ciągle pyta Sabrinę, gdzie on jest, ponieważ nie odbiera telefonu, jednak ani moja przyjaciółka, ani ja nic nie wiemy. O siódmej zaczynam się martwić, że mnie unika. O ósmej jestem co do tego przekonana.
– Przestań się zamartwiać – rozkazuje Sabrina. Jesteśmy w jej sypialni i pijemy musujące wino truskawkowe, które przemyciłyśmy na piętro. Bierze łyk, po czym wręcza mi butelkę. – W końcu przyjdzie.
– Po prostu mam złe przeczucie. – Biorę kilka łyków.
– Dlaczego? Powiedział to, co trzeba, prawda?
– Tak – przyznaję.
– W takim razie na pewno chodzi o to, że jest tępakiem. Kocham swojego brata, ale rzadko myśli o czyichś uczuciach poza swoimi. Pewnie nawet mu nie przyszło do głowy, że się przez niego martwisz.
– Może i masz rację. – Zmuszam się do uśmiechu, biorę kolejny łyk i oddaję jej butelkę. – Przepraszam. Zachowuję się jak idiotka. Skończmy wino i wróćmy na przyjęcie.
Po opróżnieniu butelki słyszę w głowie delikatny szum, jestem radosna i czuję się o wiele lepiej. Jednak gdy tylko wychodzimy z domu, prawie wymiotuję. Bo właśnie wtedy zauważam, jak Ian całuje jakąś dziewczynę w ogrodzie.
Nie mogę oddychać. Kotłuje mi się w żołądku. Ubrania wydają się na mnie za ciasne.
Sabrina łapie mnie za rękę.
– Hej. Wracajmy do środka.
Strzepuję jej dłoń.
– Nie.
– No chodź, Lon. Jest po prostu palantem, okej? Przemyćmy jeszcze jedno wino.
Jak on mógł mi to zrobić?
Nie rozumiem. Okłamał mnie. Powiedział, że mnie kocha, a teraz dotyka inną dziewczynę? Po tym wszystkim, co się wydarzyło między nami wczorajszej nocy i tego ranka? Chcę krzyczeć. Płakać. Rzucić czymś.
Ale zamiast tego maszeruję do miejsca, w którym stoi z ładną blondynką ubraną w skąpe dżinsowe szorty i czerwoną górę od bikini. Jej piersi wypełniają miseczki w sposób, o jakim ja mogę tylko pomarzyć.
Mam ochotę wepchnąć ją do basenu. Jego też.
– Ian, mogę z tobą pogadać? – Jestem zdziwiona tym, jak spokojnie brzmi mój głos. Tak naprawdę jestem załamana.
Spogląda na mnie bez emocji. Tak jakby zeszłej nocy nic się nie wydarzyło.
– Och, hej London. To jest Heidi. Studiujemy razem na UNLV.
Heidi patrzy na mnie ze znudzeniem.
– Cześć.
Ignoruję ją i wbijam wzrok w Iana.
– To twoja osoba towarzysząca?
Bezdusznie wzrusza ramionami.
– Można tak powiedzieć.
Serce bije mi jak szalone, boję się, że zaraz zemdleję. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego. Czy klatka piersiowa może fizycznie boleć? Każdy oddech sprawia mi ból.
– Chwila. – Podnoszę ręce, do oczu napływają mi łzy. – O co tu chodzi? Myślałam, że wszystko, co powiedziałeś wczoraj w nocy i dzisiaj rano, było prawdą.
Heidi chichocze, przez co mam ochotę uciszyć ją ciosem w gardło, a nie jestem nawet pewna, czym jest cios w gardło.
– Boże, Ian, coś ty powiedział tej biednej dziewczynie?
Ian patrzy mi prosto w oczy i dwoma słowami łamie mi serce.
– Nic takiego.
I nagle wszystko jest jasne: byłam kompletną idiotką. Przecież nie mógł być mną naprawdę zainteresowany. Jestem żałosnym dzieciakiem, który się zadurzył. Nie kocha mnie. Dałam mu dokładnie to, czego chciał, a teraz jestem bezużyteczna.
Nienawidzę go. Nienawidzę siebie, ponieważ mu uwierzyłam i chciałam dla niego zniszczyć sobie życie.
– Pierdol się – szepczę. Następnie odwracam się i biegnę, przysięgając sobie, że nigdy w życiu nikomu nie pozwolę się tak skrzywdzić.
A zwłaszcza jemu.
Zataczając się, idę koło domu i dziękuję Bogu za to, że nie powiedziałam ojcu o swoich planach odrzucenia oferty z Northwestern. Teraz tylko muszę znaleźć się jak najdalej od Iana Chase’a.
Im dalej, tym lepiej.



[1] UNLV – University of Nevada w Las Vegas (przyp. tłum.).




Rozdział 1

IAN

– Kolejka jest ogromna – stwierdza moja menadżerka Drea, podczas gdy ja przeglądam zestawienie sprzedaży z zeszłej nocy. – A już i tak wpuściliśmy więcej osób niż powinniśmy.
– Yhm – mówię, nie odrywając wzroku od ekranu.
Nie obchodzi mnie kolejka. Nie obchodzą mnie ludzie, którzy czekają, żeby dostać się do klubu. Obchodzą mnie tylko pieniądze. Veil jest obecnie najmodniejszym klubem w Vegas, a ja nie zamierzam tego zmieniać.
– Ian. – Drea puka w biurko.
– Okej, świetnie, co mam z tym zrobić? – pytam.
– Nie wiem, ale znowu będziemy musieli zapłacić grzywnę.
Oddycham ciężko, odchylając się na krześle.
– Po prostu rozwiąż ten problem.
Odrzuca długie blond włosy na bok i pochyla się, opierając się na biurku, tak że jej sztuczne cycki są jeszcze… większe. Mój wzrok wędruje w ich kierunku, nie mogę się powstrzymać, mam je tuż przed twarzą.
– Twoje sztuczki nie działają – mówię, przenosząc powoli wzrok na jej wydęte usta. Drea dostaje to, czego chce. Wykorzystując swoje… atuty…, zmusza mężczyzn do poddania się jej woli. Widziałem ją w akcji i podziwiam ją, ale tym razem wybrała niewłaściwą osobę. Jestem człowiekiem z zasadami i honorem.
No, nie do końca, ale przynajmniej nie mam ochoty srać tam, gdzie jem.
– Uch – stęka. – Jesteś jedynym mężczyzną w Vegas, który nie chce się ze mną przespać, albo przynajmniej zrobić tego, co chcę.
Śmieję się.
– W takim razie jestem jedynym inteligentnym mężczyzną, jakiego poznałaś – podpuszczam ją.
Próbowała, Bóg mi świadkiem, ale ja nie łączę interesów z pracą. Jeśli zaś chodzi o sponsorów, to ma wolną rękę.
– Albo jedynym, który nie ma mózgu – ripostuje.
Nie zamierzam tego nawet komentować. W ciągu ostatnich lat odkryłem potrzebę Drei – chce czuć się pożądaną. Ja wymagam od niej tylko tego, żeby była menadżerem, bo właśnie w tej roli jest mi potrzebna.
– Drea, zrób co do ciebie należy i po prostu się z tym uporaj.
Jej usta układają się w podkówkę i czuję, że sprawy nie pójdą po mojej myśli.
– Mógłbyś chociaż pogadać z glinami? – pyta.
Zamykam oczy i łapię się za grzbiet nosa.
– Gliny tu są?
– Dlatego mamy problem – odgryza się.
Wstaję, podirytowany. Powinna była wspomnieć o tym wcześniej. Ostatnią rzeczą potrzebną Veil jest kolejny konflikt z policją. Dostałem już wystarczającą liczbę grzywien, ostrzeżeń i telefonów o potrzebie przerwania bójek, że wystarczy mi do końca życia. Wolę też trzymać gliny jak najdalej od mojej firmy.
– Następnym razem zacznij od tej informacji – pouczam ją, po czym wychodzę.
Klub tętni życiem. Wszyscy tańczą, piją, wydają pieniądze, a ja nie mógłbym być szczęśliwszy. Moi rodzice uznali, że oszalałem, kiedy oznajmiłem, że chcę otworzyć klub, ale miałem przeczucie. Jedynie siostra poparła moją decyzję. Chciała, żebym w końcu zaczął zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół mnie i zrobił coś „prawdziwego” ze swoim życiem, więc odkąd powiedziałem, co chcę zrobić, wspierała mnie w stu procentach. Rodzice mieli nadzieję, że zostanę księgowym, ale po przepracowaniu prawie dziesięciu lat jako promotor[1] znałem życie klubowe na wylot. Zaoszczędzone pieniądze wydałem na zakup Veil. Klub znajduje się w świetnym miejscu i moja decyzja się opłaciła.
Moja siostra z pobłażaniem śmiała się z dezaprobaty naszych rodziców, ja zresztą też.
Idąc przez klub, witam się z dziewczynami, które często tu przychodzą. Zachęcenie ich do przyjścia to tylko część sukcesu, wygrywa się, dopiero gdy wracają. A teraz zdecydowanie wygrywam.
– Ian – woła Toby, mój barman, wyciągając do mnie rękę.
– Co tam?
– Ktoś chce z tobą pogadać. – Popycha w moją stronę telefon.
Oprócz sprzedawców nikt nie dzwoni do klubu, żeby się ze mną skontaktować, a ponieważ mamy wpół do dwunastej w nocy, ktokolwiek to jest, może zaczekać.
– Teraz muszę się czymś zająć, przełącz tego kogoś na moją pocztę głosową.
Kręci głową.
– Dzwoniła już trzy razy. – Nawet pomimo muzyki słychać w jego głosie zniecierpliwienie.
Dzwoniła? Kobieta?
Jedyną przedstawicielką płci pięknej uciekającą się do dzwonienia do klubu jest moja była żona. Bóg jeden wie, czego znowu ode mnie chce. Jak ją znam, złamała sobie paznokieć, obwinia mnie za to i uważa, że powinienem zapłacić za jej manicure albo za nową dłoń. Jest jak prezent, który próbowało się zwrócić, ale nie można znaleźć paragonu, więc trzeba się z nim dalej męczyć. Nienawidzę niechcianych prezentów i nienawidzę Jolene.
– Przełącz tego diabła na moją pocztę głosową – mówię i odchodzę.
Wychodzę na chodnik. Drea nie żartowała, kolejka jest ogromna.
– Dobry wieczór – witam pyzatego policjanta stojącego obok bramkarza.
– Panie Chase, dostaliśmy skargi – mówi gliniarz, patrząc na kolejkę.
– Nic na to nie poradzę, że mój klub jest popularny. – Wzruszam ramionami. – Mamy już komplet i nie mogę wyrzucić klientów, którzy zapłacili, tylko po to, żeby skrócić kolejkę.
– Ustawiliście swoje słupki odgradzające tak, że wejścia do innych lokali są zatarasowane.
Co, do cholery, mógłbym w tej sprawie zrobić? Nie prowadzę kasyna, nie mam wpływu na kolejkę. Nie zamierzam wyganiać ludzi, jak tylko klub się zapełni. Prowadzę biznes, a kolejka jest częścią mojego darmowego marketingu.
– Dobrze, coś wymyślę. – Chwytam się za kark.
Czuję wibrujący w mojej kieszeni telefon. Jeśli dzwoni Jolene, to przysięgam, oszaleję.
Na ekranie wyświetla się „London Parish”. Do kurwy nędzy. Nie mam teraz ochoty zajmować się sztywną, irytującą najlepszą przyjaciółką mojej siostry. London byłaby nieziemsko seksowna, gdyby nie była taką naprzykrzającą się suką. Spoglądam na rejestr połączeń w swoim telefonie i zauważam, że dzwoniła już trzy razy.
Idę kawałek w dół ulicy i po kilku głębokich oddechach oddzwaniam do niej.
– Ian, musisz do mnie przyjechać.
Uśmiecham się ironicznie.
– No, tego jeszcze nie było. Usunęli ci kij z tyłka?
– Nie zaczynaj. Proszę, nie dzisiaj. Po prostu przyjedź. – Słyszę, jak pociąga nosem i włącza się we mnie opiekuńczość. Płacze przez kogoś. My dwoje ani trochę się nie dogadujemy – częściowo przez różnice naszych charakterów, a częściowo przez naszą wspólną przeszłość – ale nikt nie będzie doprowadzał jej do płaczu.
– Coś ci się stało? – pytam.
– Nie mi. – Głos więźnie jej w gardle.
Znam London od dwudziestu pięciu lat. Mogę policzyć na palcach jednej ręki wszystkie przypadki, kiedy widziałem lub słyszałem, jak płacze… Raz przeze mnie.
– Co się stało? Chodzi o nagły wypadek? Bo jestem teraz w pracy, a w klubie…
– Teraz, Ian. Musisz przyjechać tu teraz.
Ona nigdy sobie nie pogrywa.
Kurwa.
Zerkam na zegarek i wypuszczam powietrze nosem. Dotarcie tam zajmie mi przynajmniej pół godziny. Ta noc naprawdę jest do dupy.
– Będę u ciebie najszybciej jak mogę.
– Tylko… pośpiesz się – mówi London i się rozłącza.
Przerażenie skręca mi żołądek. Coś się dzieje. Nie wiem co, lecz wiem, że muszę tam pojechać.
– Pozbądź się kolejki, już nikogo nie wpuszczaj – mówię bramkarzowi, po czym sam wchodzę do środka.
Drea stoi przy barze. Kiedy zbliżam się do niej, czuję, jak wzrasta we mnie niepokój. London mnie potrzebuje. Dlaczego? Co się stało? Ktoś włamał się do jej domu? Do mojego domu? Może chodzi o jej byłego, jeśli w ogóle jakiegoś ma, albo o coś zupełnie innego. Niezależnie od tego, jej głos drżał, a ja nie mogę marnować czasu na zastanawianie się nad tym.
– Muszę już iść – mówię Drei.
Wytrzeszcza oczy.
– Iść? Gdzie niby? Mamy komplet ludzi.
– Zdaję sobie z tego sprawę, ale coś się stało. Dzisiaj musisz się wszystkim zająć. – Odwracam się do Toby’ego. – Zostań tu, dopóki Drea nie zamknie klubu, i proszę, odprowadź ją potem do samochodu.
Kiwa głową.
Nigdy nie pozwalam jej wychodzić stąd samej. Nawet jeśli wracam do domu z jakąś dziewczyną, Dreę zawsze ktoś odprowadza do auta. Zbyt wielu mężczyzn błędnie odbiera jej uprzejmość. Nigdy nie pozwoliłbym, żeby coś jej się stało tylko dlatego, że pracuje u mnie w klubie.
Gdy wchodzę do samochodu, mój umysł zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Jadę szybciej niż powinienem, wmawiając sobie, że London tylko dramatyzuje.
I wtedy sobie przypominam… Mój siostrzeniec i siostrzenice są u niej w domu.
Naciskam mocniej pedał gazu w swoim Jaguarze, a silnik z każdą milą ryczy głośniej. Skręcam w stronę osiedla, na którym oboje mieszkamy, przejeżdżam obok swojego domu i zmierzam w kierunku jej. Nasze ogrody są położone tuż obok siebie i wciąż mi to przeszkadza. Każdego cholernego dnia widzę, jak siedzi u siebie na tarasie, czytając książkę i patrząc na mnie potępiająco.
Kiedy tam docieram, ulicę rozjaśniają błyskające światła wozu policyjnego. Nie myślę. Nie wiem nawet, czy wyłączyłem silnik przed wyjściem z samochodu.
– London! – krzyczę, wbiegając przez drzwi. – Christopher? Morgan? Ruby? – wołam dzieci, modląc się, żeby nie chodziło o żadne z nich.
Gdy docieram do salonu, wzdycham ciężko. Wszyscy tam są, cali i zdrowi.
Wtedy dostrzegam łzy na twarzy Morgan. London wstaje. Oczy ma czerwone, napuchnięte, a po policzkach spływa jej czarny tusz do rzęs.
– Ian. – Dławi się i przerywa.
– Co się stało?
Dziewczyny znowu zaczynają płakać, a mój siostrzeniec je przytula.
London zbliża się do mnie i kładzie mi rękę na klatce piersiowej.
– Odeszli.
– Kto? – pytam zdezorientowany.
– Sabrina i David – szepcze.
No, wyjechali. Dlaczego oni, do cholery, płaczą?
– To dlatego kazałaś mi przyjechać? Za kilka dni wrócą do domu. Dlaczego ty też płaczesz? – pytam.
Patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami i rozchyla wargi.
– Nie. – Kręci głową. – Nie wrócą.
Znowu patrzę na dzieci, a potem na ściszony telewizor. Zbliżam się do niego, ponieważ muszę być pewny, że dobrze odczytałem słowa przewijające się przez ekran. „Samolot, numer lotu 1184, rozbił się na wybrzeżu Hawajów. Trzysta zaginionych osób uznano za zmarłych”.
Moja siostra leciała na Hawaje.
Moja siostra odeszła.
Klękam przed dziećmi i nie wiem, co powiedzieć. Dzieci mojej siostry właśnie straciły rodziców. Pęka mi serce. Siostra była moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze namawiała mnie na otwarcie klubu i robienie tego, co chciałem. Od zawsze mnie wspierała, a teraz jej nie ma.
Christopher unosi głowę. Chociaż nie płacze, jego oczy są pełne łez.
– Znajdą ich – mówi z przekonaniem.
– Okej – odpowiadam. To kłamstwo, obaj o tym wiemy, ale musi je sobie powtarzać. Pamiętam, jak ja miałem piętnaście lat; nikt nie mógł mnie przekonać, że nie mam racji.
– Tata by nie… – zaczyna, ale zaraz przerywa, bo usta zaczynają mu drżeć.
Zaczynam płakać, a Morgan łapie mnie za rękę.
– Co teraz zrobimy?
Nie mam pojęcia. Co mogę powiedzieć tym dzieciakom, żeby przetrwały coś takiego? Jestem ostatnią osobą na świecie, która mogłaby dać taką radę. Patrzę na London. Kładzie mi dłoń na ramieniu i wyciera łzy płynące po jej policzkach.
– Trzymamy się razem – mówi.
Patrzymy na siebie i przenoszę się do czasów, kiedy nie kłóciliśmy się z London nieustannie. Do czasów, kiedy coś do siebie czuliśmy. Chociaż oboje teraz cierpimy, jest coś, co powstrzymuje nas od kompletnego poddania się cierpieniu – nadzieja, że pomimo najgłębszego bólu i tak możemy się zjednoczyć i zaoferować sobie nawzajem pocieszenie.
London klęka obok mnie. Wygląda, jakby była na granicy załamania, ale postanowiła do tego nie dopuścić.
– Dzwoniłaś do moich rodziców? – pytam.
– Wsiadają do samolotu.
Tulimy się do siebie w piątkę i pocieszamy, zdając sobie sprawę z tego, że życie żadnego z nas już nigdy nie będzie takie samo.



[1] Tu: osoba zachęcająca ludzi do wejścia do klubu (przyp. tłum.).



Rozdział 2

IAN

Dzisiaj pochowaliśmy dwie puste trumny na pustyni w Las Vegas. Minęły dwa tygodnie i nie odnaleziono żadnych ocalałych. Ciała mojej siostry i szwagra nie zostały zlokalizowane. Lecz według moich rodziców dzieci muszą sobie uświadomić, że pewien rozdział w ich życiu został zamknięty.
Cokolwiek to znaczy.
Czy można zamknąć rozdział nieżyjących rodziców?
– Wujku? – Christopher próbuje zwrócić na siebie moją uwagę.
– Jak się trzymasz, chłopie?
Ja w wieku piętnastu lat nie umiałbym zachowywać się tak dojrzale jak on. Jest prawdziwą ostoją dla swoich sióstr.
Po raz pierwszy widzę, że traci zimną krew.
– Nie wiem, co mam zrobić – przyznaje. – Nie wiem, jak mam wrócić dzisiaj do domu. Już naprawdę nigdy ich nie zobaczę.
Pierwszej nocy wszyscy zostaliśmy w domu London. Nikt nie zmrużył oka, pogrążaliśmy się w morzu rozpaczy. Kiedy przyjechali moi rodzice, zabrali ze sobą dzieci, żeby mogły spać we własnych łóżkach.
– Krok po kroku, Chris. Tylko tyle możemy zrobić. Zawsze będę przy was, wiesz o tym.
Kiwa głową.
– Ciągle czekam, aż tata wejdzie do domu. Ale teraz…
Znam to uczucie. Sabrina pisała do mnie codziennie, posuwając mi lepsze pomysły na spędzanie czasu albo każąc mi przestać zadręczać London imprezami w ogródku. Ciągle sprawdzam telefon w poszukiwaniu jej sarkastycznych, a jednak pełnych miłości SMS-ów. Wiem, że żadnego już nie dostanę, ale nie potrafię porzucić nadziei.
– Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo cię kochali – stwierdzam.
Christopher patrzy na mnie, po policzku spływa mu pojedyncza łza.
– Wiem, dlatego jest mi tak trudno.
– Przetrwasz to – zapewniam go i siebie samego.
Tak bardzo tęsknię za swoją siostrą.
Sabrina była najlepszą osobą, jaką znałem. Gdy Jolene namieszała mi w głowie, to właśnie moja siostra pozbierała mnie do kupy. Nawet David, którego nienawidziłem, bo zrobił jej dziecko, kiedy była w college’u, stał się dla mnie bratem.
Zachował się wobec niej w porządku, zaopiekował się nią, zapewnił dobre życie jej i ich dzieciom. Podziwiałem go i nawet nie wiem, czy kiedyś mu o tym powiedziałem.
A teraz już nigdy nie będę miał okazji, aby to zrobić.
Tylu cholernych rzeczy żałuję.
– Będziemy musieli przeprowadzić się na Florydę? – pyta Christopher.
Moja matka próbowała podjąć ten temat wczorajszego wieczoru, ale nie byłem w stanie o tym dyskutować. Rozmawianie o tej całej sytuacji było zbyt trudne. Nie mogę sobie wyobrazić, jak by to było nie tylko stracić Sabrinę, lecz także nie móc widywać dzieci.
Nie twierdzę, że jestem najlepszym wujkiem na świecie, ale kocham tę trójkę. To ja kupuję im wszystkie fajne rzeczy, na które ich rodzice się nie zgodzili. Gdy pojawiam się na Boże Narodzenie, wiadomo, kto jest prawdziwym świętym Mikołajem… Jestem ich ojcem chrzestnym, cała trójka jest w pewnym sensie moja. Rozpieszczam te dzieciaki, uczę tego, co powinny wiedzieć, i kocham z całego serca.
Doskonale wiem, co ludzie o mnie myślą. Jestem rozwiedziony, jeżdżę sportowym samochodem, posiadam klub nocny i mogę uprawiać seks, kiedy tylko zechcę, ale to nie oznacza, że się niczym nie przejmuję. Nigdy nie będę miał dzieci, więc oni mi je zastępują.
– Naprawdę nie mam pojęcia, co się wydarzy – mówię wprost.
Właśnie wtedy podchodzi do nas moja matka.
– Jedziemy z prawnikiem do jego biura. – Dotyka ręki Chrisa. – Wszyscy, Ian.
– Muszę wracać do klubu.
Patrzy na mnie w sposób, przez który nawet dorośli faceci srają w gacie. Jej oczy nakazują posłuszeństwo.
– Prawnik twierdzi, że przy odczytaniu testamentu musisz być ty, London, rodzice zmarłych i dzieci.
Nawet po śmierci Sabrina wszystkim zarządza.
Otwieram usta, żeby odmówić. Mam na głowie klub, a Drea nie jest tak kompetentna, jak bym tego chciał. Działamy dopiero od czterech miesięcy i nie mogę tego spieprzyć.
– Proszę, wujku. – Chris patrzy na mnie poważnie.
O kurde. Teraz nie mogę odmówić. To mój pierwszy chrześniak. Ten, którego chciałem zepsuć i nauczyć doprowadzać jego matkę do szału. Ma zostać moim protegowanym i nie mogę go zawieść.
– Dobrze, będę.
– Dzięki – odpowiada Chris.
Poklepuję go po ramieniu, po czym kieruję się do samochodu. Wtedy podchodzi do mnie London. Ma na twarzy ogromne czarne okulary przeciwsłoneczne, ale nie są w stanie ukryć jej cierpienia. Dużo płakała i nie kryła się z tym. Nigdy nie widziałem, żeby płakała tyle, co przez ostatnie pięć dni. Za każdym razem, gdy zaczynała szlochać, musiałem się powstrzymywać od próby pocieszenia jej. Jasno dała mi do zrozumienia, że to nie mnie potrzebuje, kiedy cierpi.
Do tej pory jakoś się trzymałem. Ojciec od dawna wpajał mi, że gdy kobiety borykają się z problemami, to polegają na mężczyznach, a ci powinni nieść za nie ciężary. Więc on pomaga mamie, a ja dzieciakom.
Mama znowu zaczyna płakać. Wymieniam z tatą spojrzenie. W głowie słyszę jego głos. „Mężczyźni powinni naprawiać, synu. Mężczyźni to siła. Mężczyźni nie pozwalają, żeby ktokolwiek zobaczył ich w chwili słabości. Jeśli ktoś skrzywdzi twoją mamę albo siostrę, będziesz z nim walczył. Jeśli ktoś, kogo kochasz, cierpi, walczysz. Jasne?”.
Te słowa głęboko się we mnie zakorzeniły i każda część mnie chce walczyć, lecz nie mam z kim. Chciałbym, żeby było inaczej.
– Mogę pojechać z tobą? Nie mam swojego samochodu – wyjaśnia London.
W normalnych okolicznościach London nigdy nie poprosiłaby mnie o podwózkę. A nawet gdyby do tego doszło, rzuciłbym w jej stronę jakąś przemądrzałą uwagę albo zacząłbym się z niej wyśmiewać, ale od kiedy straciliśmy Sabrinę, żadne z nas nie prowokuje drugiego. Pewna część mnie chciałaby wszcząć z nią kłótnię tylko po to, żeby coś było jak dawniej.
Jednak nie mogę tego zrobić.
– Dobra. – Ruszam w kierunku swojego auta, a ona idzie krok za mną z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Ciemne włosy związała w typowy dla siebie kok w stylu surowej bibliotekarki. Powinna częściej chodzić w rozpuszczonych włosach.
– Widziałeś testament? – pyta.
– Nie.
– Jak myślisz, co się stanie z dziećmi?
Wzruszam ramionami, poirytowany, że podjęła jedyny temat, którego próbuję unikać.
– Pewnie trafią do moich rodziców.
– A oni zabiorą je ze sobą na Florydę?
– Skąd mam wiedzieć? – mówię nieco opryskliwie, przez co czuję się jak dupek. Jak mogę być dzisiaj dla niej niemiły? Co prawda mamy swoje problemy – które nie są całkowicie moją winą, nawet jeśli ona tak myśli – ale kocha te dzieci. Jest ich chrzestną. Zwracają się do niej „ciociu” i była przy narodzinach każdego z nich.
Spogląda na mnie.
– Po prostu pytałam, Ian. Pomyślałam, że może Sabrina o tym z tobą rozmawiała.
– Otóż nie rozmawiała.
– Gdybyś spędzał trochę mniej czasu, imprezując w klubie, a więcej z rodziną, to byś to wiedział.
Oto znana i kochana London. Może ona też liczy na sprzeczkę? Z radością uczynię ci ten zaszczyt, słonko.
– London, to jest moja pieprzona robota. Pracuję tam, a nie imprezuję.
Kiedy stajemy przed samochodem, odblokowuję go przy pomocy breloczka znajdującego się w mojej kieszeni, po czym otwieram dla niej drzwi od strony pasażera.
Zatrzymuje się, patrzy na moją dłoń spoczywającą na klamce, a potem w górę, na mnie.
– Tylko ty potrafisz być palantem i dżentelmenem w tym samym czasie.
– Prawdziwy dar – stwierdzam. – A teraz wsiadaj. Mam dzisiaj dużo do zrobienia.
Przewraca oczami i wsiada do auta, a ja zamykam za nią drzwi. Kiedy ruszam w stronę miejsca kierowcy, wycieram pot z czoła. Jest gorąco jak na kwiecień – ponad trzydzieści stopni – i marzę o spędzeniu popołudnia przy swoim basenie z zimnym piwem w ręce i seksowną blondynką u boku. Może dwiema blondynkami. Po jednej z każdej strony.
Chciałbym olać pracę i pić cały dzień, głośno puszczać muzykę i zabawiać się z blondynkami na oczach London, która zadzwoniłaby do mnie, uskarżając się na moje paskudne zachowanie, ale ja bym ją zignorował, więc zadzwoniłaby do mojej siostry i narzekałaby na moje obrzydliwe postępowanie oraz całkowity brak poszanowania niedzielnego spokoju i ciszy sąsiadów. Sabrina napisałaby do mnie SMS-a z prośbą, żebym przestał być dupkiem i pomyślał o uczuciach innych osób, mając na myśli uczucia London, a ja bym odpisał, że to nie moja wina, iż London jest gburowatą starą panną, której jedynym kompanem jest kot i może gdyby nie była taką zgorzkniałą, purytańską świętoszką, przyszłaby do mnie i dołączyła do zabawy, zamiast rozpaczać nad swoim losem na tarasie i skarżyć się na mnie.
Chciałbym wielu rzeczy.
Chciałbym móc zmienić przeszłość. Chciałbym, żeby moja siostra nadal żyła. Chciałbym, aby jej dzieci nadal miały matkę i ojca. Chciałbym znać odpowiedzi na pytania o ich przyszłość i o to, jak żyć dalej.
– Widziałam Jolene – stwierdza London, prawdopodobnie chcąc mnie tylko wkurzyć. Udaje jej się to.
Wjeżdżam na autostradę, mrucząc w odpowiedzi. Na pogrzebie widziałem swoją byłą w tłumie. Miała na sobie idiotyczny kapelusz i wylewała krokodyle łzy, ale z nią nie rozmawiałem.
– Miło z jej strony, że przyszła, nie sądzisz?
Nic, co robi moja była żona, nie jest życzliwe ani uprzejme. Jest żmiją pełną jadu i gotową na atak, gdy tylko znajdzie ofiarę, w którą mogłaby wbić kły. Zazwyczaj ja jestem tą ofiarą. A skoro o udawaniu mowa… London wcale nie lubi Jolene bardziej ode mnie.
– Nie – odpowiadam.
London opuszcza szybę i burczy:
– Nieważne.
Podnoszę szybę od strony London i włączam klimatyzację, chcąc ją wkurzyć.
– Przyszła nie dlatego, że jest miła, London. Przyszła się gapić i posłuchać plotek, żeby jutro w pracy być w centrum uwagi. Nawet nie lubiła Sabriny.
– Wszyscy lubili Sabrinę. – Teraz to głos London brzmi ostro.
– Wiesz, co mam na myśli.
Odwraca się w stronę okna pasażera, ignorując mnie do końca przejażdżki.
Nie mam nic przeciwko temu.
Ale to, co powiedziała, jest prawdą. Wszyscy lubili moją siostrę. Sabrina nie miała w sobie ani krzty złośliwości, zawsze uśmiechała się do wszystkich i niezmiennie miała dla każdego miłe słowo, nawet dla tej jędzy Jolene. „Kochana” było słowem, które słyszałem dzisiaj na okrągło, gdy jej przyjaciele i rodzice ją opłakiwali. Życzliwa. Chojna. Troskliwa.
„Była wolontariuszem w Humane Society[2], wiedzieliście o tym?”.
„Kiedy zmarła moja mama, przez tydzień przynosiła nam kolację”.
„Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo będziemy za nią tęsknić w pracy… Była najciężej pracującą pielęgniarką na naszym piętrze”.
Może i miałem lepsze oceny, wyższe wyniki na egzaminach i więcej nagród na półce, ale to Sabriny nikt nigdy nie nazwał chamem ani nie uderzył jej w twarz, ani nie powiedział jej, że ma emocjonalną wrażliwość kłody. Wiedziała, co zrobić, aby ludzie czuli się dobrze. Dzięki niej świat był lepszym miejscem.
A ja? Umiem prowadzić klub i dobrze się bawić. Zarabiam pieniądze.
Dlatego też pół godziny później jestem kompletnie oniemiały, gdy prawnik odczytuje testament Sabriny, w którym poleciła zostawić dzieci mojej opiece.



[2] Humane Society to organizacja non-profit działająca w krajach anglojęzycznych, która walczy z nieludzkim traktowaniem zwierząt (przyp. tłum.).


Powyższy tekst pochodzi od wydawcy.

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia