Tabitha Garrison nigdy nie wyobrażała sobie swojego ślubu, więc z pewnością nie spodziewała się, że jej mężem zostanie mężczyzna, którego nienawidziła.
Ale kiedy opiekę nad jej siostrzeńcem ma przejąć Rhys Dupris, kobieta postanawia, że zrobi wszystko, żeby chłopiec został w Rose Hill. Nawet jeżeli oznacza to dla niej poślubienie wroga.
Mężczyzna jest skryty, tajemniczy, i doprowadza Tabithę do szału. Dodatkowo znika na całe tygodnie, wymawiając się pracą, a gdy wraca, na jego ciele widnieją siniaki, o których nie chce rozmawiać. W zasadzie małżonkowie w ogóle ze sobą nie rozmawiają.
Owszem, Rhys nic nie mówi, ale w nieprzyzwoity sposób gapi się na Tabithę. Pełna napięcia atmosfera wisiała między nimi od zawsze, ale mieszkanie pod jednym dachem zmienia ją w niebezpieczną pokusę.
Kobieta obiecała sobie, że nigdy mu nie wybaczy. Ale to było, zanim go poznała. Rhys okazuje się uczuciowy, oddany, delikatny i cierpliwy.
Jest kimś zupełnie innym, niż wcześniej myślała.
Moja relacja z Elsie Silver stała się... cóż, mocno skomplikowana. Dotychczas każda jej książka, po którą sięgnęłam, to dla mnie niespodzianka - nigdy nie wiem, czy mi się spodoba, czy raczej wpakuję się przez nią w zastój. W teorii tworzy ona powieści, które powinny się idealnie wpasować w mój gust, a w praktyce często wypadają słabo, jakby ich potencjał nie został wykorzystany. I niestety podobne mam odczucia wobec Wild Side, która jest już trzecim tomem jedynej dotychczas serii Elsie, która mi się podobała. Była to historia, wobec której narobiłam sobie wiele oczekiwań i naprawdę byłam przekonana, że się zakocham, a niestety parę rzeczy przyczyniło się do tego, że skończyłam ją z bardzo mieszanymi uczuciami.
Wieści o śmierci siostry przytłaczają Tabithę, która tak desperacko próbowała pomóc jej stanąć na nogi przez ostatnie lata. A najbardziej boli ją świadomość, że Erika zostawiła na świecie kilkuletniego synka, który nie ma pojęcia, że jego świat zmienił się właśnie bezpowrotnie. Nie spodziewa się natomiast kolejnego ciosu ze strony sąsiada Eriki, Rhysa, który informuje ją, że to on dostał prawa do opieki nad Milo. Tego samego Rhysa, który wyrzucił jej siostrę na bruk parę tygodni tremu i nieświadomie przyczynił się do początku jej upadku. Tabitha gotowa jest jednak zrobić wszystko, aby Milo mógł zamieszkać z nią w Rose Hill, a to oznacza dogadanie się z Rhysem dla dobra chłopca. Nawet jeśli oznacza to wzięcie z nim ślubu i zamieszkanie pod jednym dachem, aby sprzedać pełny obrazek rodziny i zapewnić Rhysowi możliwość legalnego przebywania w kraju...
Miałam już okazję czytać sześć książek Elsie i zauważyłam jedną tendencję, która jest chyba powodem, dlaczego tak trudno mi się do jej twórczości przekonać - to, że autorka bardzo mocno polega na fizycznym przyciąganiu podczas budowania relacji między postaciami. W tej książce już od pierwszych stron irytowało mnie to wyjątkowo, bo mamy do czynienia z tak delikatnymi tematami, jakimi są śmierć i osierocenie chłopca, a z jakiegoś powodu co parę zdań czytamy o tym, jak wielki jest pociąg seksualny pomiędzy Rhysem i Tabithą. Kłócą się o coś tak ważnego, jak sprawowanie opieki nad Milo, gdy oboje radzą sobie na swój sposób z żałobą? Nie możemy zapomnieć o tym, że Rhys wygląda seksownie z tą swoją tajemniczą i gburowatą postawą, a Tabitha najlepiej wspięłaby się po nim jak na drzewo. No ludzie, jest miejsce i czas na takie rzeczy, a tutaj autorka w ogóle nie ma taktu.
Ten aspekt łączy się ogólnie z faktem, że cały element niespodziewanego rodzicielstwa, z jakim muszą się zmierzyć Rhys i Tabitha, zostaje potraktowany po macoszemu. Pomyśleć, że seria, w której każda historia w ten czy inny sposób ukazuje samotne rodzicielstwo postawi ten wątek na przodzie, a tak naprawdę Milo mogłoby równie dobrze nie być, bo na palcach u jednej ręki mogłabym policzyć chwile, kiedy miał w ogóle znaczenie. Śmierć Eriki została wykorzystana jedynie jako powód, by popchnąć tę dwójkę do małżeństwa z konieczności, a nie jako coś, co jakoś mocno ich wszystkich dotyka. Nawet rozmowa z Milo, w której Tabitha i Rhys mówią mu o śmierci mamy, dzieje się gdzieś w tle i nie mamy nawet szansy jej przeczytać.
Ta historia ma dość poważny problem z tempem i skupieniem się na wątkach, które powinny być najważniejsze. Rhys i Tabitha od wzajemnej niechęci do uczuć przechodzą właściwie w mgnieniu oka i już na ich ślubie (który miał być z przymusu) zachowują się jak para, która po prostu nie mówi na głos o swoich uczuciach. A w międzyczasie mija może parę dni, z czego przez większość czasu nawet ze sobą nie rozmawiają. To chyba pierwszy raz w życiu, kiedy bardziej podobał mi się już ten moment, w którym się do siebie zbliżają i zaczynają budować prawdziwą relację, niż wszystko przedtem (a ja jestem fanką slow burnów!), bo początek ich historii to był dla mnie wielki bałagan, przez który bardzo ciężko mi się było wciągnąć.
Na szczęście druga połowa książki jest o wiele lepsza i dopiero kiedy do niej dotarłam w końcu zaczęło sprawiać mi przyjemność jej czytanie. Ponarzekałam trochę, ale muszę też przyznać, że mimo wszystko polubiłam Rhysa i Tabithę, dlatego czuję się tym bardziej sfrustrowana, że pierwsza połowa jest tak niedopracowana. Pomijając już te wszystkie wady, tę dwójkę łączy świetna chemia i kiedy skupiamy się na czymś więcej, niż na seksualnym pociągu, widać ich więź, wzajemne zrozumienie i to, co ich do siebie przyciąga.
Obydwoje wbrew pozorom mają ze sobą wiele wspólnego. Tabitha całe życie odsuwała swoje własne uczucia i potrzeby na bok, aby zaopiekować się tymi, na których jej zależy. Nosi w swoim sercu ogromny ciężar i poczucie winy, że tym razem nie udało jej się uratować siostry. To był jedyny element tej historii, który chwytał za serce, bo można było odczuć stratę Tabithy i jej skomplikowane uczucia wobec jej siostry. Widać jej pragnienie zaopiekowania się wszystkimi naokoło we wszystkim, co robi, a w szczególności w jej wsparciu Rhysa i jego kariery. Ja sama fanką wrestlingu nie jestem (i dlatego ten element historii Rhysa trochę mnie nudził), ale nie można się było nie uśmiechnąć, kiedy Tabitha zachowywała się jak jego prawdziwa fanka, w szczególności, że Rhys nigdy nie miał w nikim wsparcia, ani bliskiej osoby, która by mu kibicowała.
Rhys dorastał bez stałego miejsca i rodziny, skrycie pragnąc stabilności i to głównie dlatego łączy go tak silna więź z Milo, który również wiele stracił w młodym wieku. Chciałabym trochę lepiej zrozumieć jego relację z samą Eriką, ale tutaj autorka też niewiele nam zdradza poza tym, że traktował ją jak siostrę i zawsze chętnie pomagał jej w opiece nad Milo. Jak na człowieka z tak twardą i onieśmielającą postawą Rhys jest przekochany i poruszyło mnie to, jak bardzo zależało mu na tym, aby jakoś ulżyć Tabicie w żałobie i się o nią zatroszczyć. Ta dwójka niejednokrotnie wywołała motylki w moim brzuchu.
Wild Side to książka, która w teorii miała szansę być naprawdę dobrym romansem i te zalążki widać w szczególności w drugiej połowie, ale niestety w praktyce jej liczne wady sprawiły, że jak na ten moment w porównaniu z Wild Love i Wild Eyes wypada najsłabiej, przynajmniej dla mnie. Konflikt pod koniec tylko jeszcze bardziej mnie zirytował, bo już można się było bez niego obyć. A szkoda, bo pomimo wszystkiego nie uważam, że jest to zła książka, po prostu pod wieloma względami miała potencjał być o wiele lepsza.
Elsie Silver jest kanadyjską autorką bestsellerów USA Today. Mieszka na obrzeżach Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej z mężem, synem i trzema psami. Uwielbia gotować i próbować nowych potraw, a także spędzać czas ze swoimi chłopcami. Jest miłośniczką koni i dobrego wina.
Tytuł: Wild Side
Autorka: Elsie Silver
Seria: Rose Hill. Tom 3
Wydawnictwo: Niezwykłe
Premiera: 18.09.2025
Liczba stron: 442
Ocena: 6/10
.jpg)




Brak komentarzy
Prześlij komentarz
Dzięki za przeczytanie mojego wpisu! Byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił/a komentarz ze swoją własną opinią :)