wtorek, 31 października 2023

Emily Henry - Happy Place



Dwoje byłych partnerów. Jeden pakt. I tydzień, który może wszystko zmienić.

Odkąd poznali się na studiach, Harriet i Wyn stanowili parę idealną. Pasowali do siebie jak sól i pieprz, herbata i miód, Blake Lively i Ryan Reynolds. Tylko – z powodów, o których wciąż nie rozmawiają – nie są już razem.

Rozstali się pięć miesięcy temu. I nadal nie powiedzieli o tym swoim najlepszym przyjaciołom.

I tak oto znaleźli się w największej sypialni w domku w Maine, który co roku, od prawie dziesięciu lat, wynajmowali z grupą przyjaciół. Ten wyjazd był dla nich zawsze momentem wytchnienia – na tydzień zostawiali za sobą obowiązki i problemy. Jedli dużo sera i owoców morza, rozkoszowali się rześkim nadmorskim powietrzem, spędzając czas z ludźmi, którzy rozumieją ich najlepiej pod słońcem.

Jednak w tym roku Harriet i Wyn muszą udawać – przed resztą ekipy, a także przed sobą – że nic się
nie zmieniło. Domek jest na sprzedaż, a oni nie potrafią znieść myśli, że ich rozstanie złamie serce również ich najbliższym. Dlatego zawierają pakt – będą stwarzać pozory jeszcze przez tydzień.

Plan wydaje się doskonały (jeśli spojrzeć na niego przez naprawdę różowe okulary). W końcu czy granie roli zakochanych po latach związku może być trudne? Nawet jeśli trzeba udawać przed tymi, który znają cię najlepiej?


Kocham książki, które wprowadzają mnie w emocjonalny i nostalgiczny nastrój, a "Happy Place" nieoczekiwanie zabrało mnie w jedną z najbardziej emocjonalnie wykańczających, ale jednocześnie przepięknych przygód po przeróżnych momentach życia. Stała się nie tylko fikcyjną historią, ale momentem refleksji nad moimi własnymi doświadczeniami, bardzo szybko wkradając się w czeluści mojego serca. A zupełnie się tego nie spodziewałam, bo liczne negatywne opinie nastawiły mnie na rozczarowanie i szczerze mówiąc, byłam gotowa ogłosić, że będzie to najsłabsza książka Emily Henry. A okazała się być jedną z najpiękniejszych historii, jaką przeczytałam w tym roku. 

Jakie jest wasze szczęśliwe miejsce? Gdy zamkniecie oczy, jakie chwile waszego życia się wam przewijają w głowie? Wyobrażacie sobie wtedy ludzi? Miejsca? Najszczęśliwsze wspomnienia? A może czujecie ukłucie nostalgii i tęsknoty za czymś, co utraciliście? Dla Harriet, głównej bohaterki tej książki, takim szczęśliwym miejscem był dom w Knott's Harbor w Maine, gdzie co roku w wakacje wyjeżdżała razem z najlepszymi przyjaciółmi. To tutaj spędzała liczne wieczory, tworząc z bliskimi najlepsze wspomnienia, pijąc wino, grając w gry, zwiedzając różne miejscówki, czerpiąc radość z morskiego powietrza. I to tutaj poznała miłość swojego życia, narzeczonego Wyna Connora, z którym spędziła osiem pięknych lat życia. Powrót do tego miejsca po latach i pierwsze wspólne spotkanie z całą ekipą, która na przestrzeni lat została rozrzucona po całym kraju, powinny więc przynieść poczucie nostalgii i szczęścia. Nikt z ich przyjaciół jednak nie wie najważniejszego - że pięć miesięcy temu szczęście Harriet padło jak domek z kart za sprawą jednego telefonu, który doprowadził do zerwania. Wyn i Harriet nie wiedzą, jak zachować się w swoim towarzystwie, ale dla dobra przyjaciół postanawiają udawać, że nadal są parą. Ten tydzień jednak okazuje się być jednym wielkim zderzeniem z huraganem tłumionych uczuć, które wkrótce mogą wybuchnąć.

Czy mogę po prostu zacząć od tego, jak przepięknie jest ta historia napisana? Mam wrażenie, że autorka zaatakowała prawie wszystkie moje zmysły. Węch, wzrok, słuch, dotyk. Swoim lirycznym, obrazowym językiem, przenosiła mnie do najszczęśliwszych, ale i też do najsmutniejszych momentów życia bohaterów, opisując ważne dla nich miejsca z taką intymnością i uwagą do ważnych szczegółów, że z łatwością stałam się częścią ich świata. Ze zwykłego opisu pokoju zrobiła miejsce pełne wspomnień, chwil wypełnionych szczęściem, miłością, bólem, a także tęsknotą za dawnym życiem. W zwykłych chwilach uchwyciła miłość, przyjaźń, nostalgię. Gdybym miała wymienić najpiękniej napisaną książkę Emily, byłoby to właśnie "Happy Place".

Nawet w najmniejszym stopniu nie spodziewałam się, że ta powieść mnie tak pochłonie, że motylki szalejące w moim brzuchu będą na przemian walczyć ze spływającymi po moich policzkach łzami. Pozwoliłam negatywnym opiniom wpłynąć na moje doświadczenie z tą książką jeszcze zanim zaczęłam ją czytać, aż prawie nie dałam jej szansy, a byłby to największy błąd w moim życiu, bo jestem nią zauroczona. Rozumiem, że to nie jest powieść dla każdego. Czasami trafiała mnie prosto w serce swoją surowością, realizmem historii bohaterów, ich reakcji i problemów. Emily Henry nie boi się rozłożyć na czynniki pierwsze relacji międzyludzkich oraz ludzkich odruchów i reakcji na przeróżne wydarzenia, a w tej książce robi to z taką surowością, że powstaje nam jedna z najbardziej słodko-gorzkich historii. Ale każda chwila jest tego warta.

Według mnie autorka stworzyła tutaj najbardziej rozwiniętych, najbardziej realistycznych bohaterów spośród wszystkich swoich książek. I mam tu na myśli nie tylko Wyna i Harriet, ale również ich przyjaciół - Sabrinę, Kimmy, Partha, Cleo. Dzięki podwójnej osi czasowej poznajemy nie tylko teraźniejszość, ale i ważne momenty z przeszłości bohaterów, podczas których kształtowała się ich przyjaźń, rodziła miłość, a ich życie z nastoletnich czasów przechodziło w prawdziwą dorosłość, aż do obecnego momentu. Początek daje zalążek zawirowań emocjonalnych i odkrywa największą tajemnicę, jaką jest zerwanie Wyna i Harriet, a każdy kolejny rozdział pozwala nam się jeszcze bardziej zagłębić w historię każdej z tych postaci. Obserwujemy zmiany w ich życiu, pierwsze ich próby odnalezienia swojego miejsca na świecie, kolejne przemijające lata. Za serce chwyta ich strach przed zmianami, który jest przecież nieuchronną częścią naszego życia - przyjaźnie się kończą, ludzie się zmieniają, relacje nie zawsze zostają takie, jakie były na początku. To jedna z najtrudniejszych życiowych lekcji, z którymi czasami nawet mi jest sobie ciężko poradzić, więc naturalnie ten wątek bardzo chwycił mnie za serce.

Zaskoczyło mnie natomiast to, jak bardzo zaangażowałam się w historię Wyna i Harriet, bo byłam przygotowana, że ich sytuacja będzie mnie frustrować i nie uda mi się nawiązać z nimi emocjonalnego połączenia. A zdarzyło się coś zupełnie odwrotnego. Jeśli istnieją na świecie bratnie dusze, to dla mnie Wyn i Harriet są ich idealnym przykładem. Czułam, jak ich miłość wylewa się stronami i za serce chwytały mnie nie tylko rozdziały z ich przeszłości, ale też krótkie wspomnienia ich wspólnego życia, tych małych momentów, które mogły zajść jedynie pomiędzy dwójką ludzi, którzy znają się do szpiku kości, znają każdy swój nawyk, każde spojrzenie, każdą minę. Czułam też ich desperacką tęsknotę, frustrację związaną z ich sytuacją i pragnieniem bycia razem, chociaż wszystko zdawało się być przeciwko nim. Ich zerwanie może i wynikło z pewnego rodzaju braku komunikacji, ale nie był to niezrozumiały problem. Właściwie to chyba właśnie to uderzyło we mnie najmocniej - realizm ich sytuacji, to, jak wiele problemów może się nawarstwiać w ciszy, niszcząc po drodze najpiękniejszą rzecz w naszych życiach, nawet jeśli robimy wszystko, aby temu zapobiec.

Cierpiałam z nimi, bo rozumiem nieumiejętność mówienia o swoich uczuciach, która może być postrzegana jako bierność, z obawy, że kogoś utracimy. Znam to poczucie samotności i desperackich prób robienia wszystkiego, aby stworzyć sobie szczęśliwe życie, nawet jeśli są one wykańczające, bo nie chcemy zawieźć najbliższych i się załamać. Widziałam w Harriet cząstkę siebie, w jej niechęci do konfliktów i chełpliwym trzymaniu się krótkich chwil szczęścia, przymykaniu oczu na problemy, bo gdyby tylko zaczęła stawiać im czoła, życie mogłoby się posypać jak domek z kart. Bolało mnie jej niezadowolenie z wybranej kariery, w którą włożyła długie lata i pieniądze rodziny, jej niepewność jaką ścieżką powinna podążać, aby robić to, co będzie jej przynosić szczęście, bo było to aż zbyt realistyczne.

I rozumiałam też Wyna, który całe życie czuł się w pewnym sensie jak nieudacznik, chwytając się kolejnych szans stworzenia dla siebie dobrej przyszłości, która pozwoliłaby zapewnić sobie szczęśliwe życie u boku Harriet, ale ciągle ponosząc kolejne porażki. Ten aspekt ciągłego dążenia za oczekiwaniami wobec samego siebie oraz innych ludzi w naszym życiu siedzi w wielu z nas, szczególnie, gdy wchodzimy w dorosłe życie i próbujemy sobie wszystko poukładać. I czasami naturalną koleją rzeczy staje się to, że nasze związki z innymi ludźmi zostają wystawione na próbę, a my musimy stawić czoła prawdzie, że niekiedy miłość nie wystarczy, aby wszystko się pięknie ułożyło. Piękne były ich rozmowy o ich strachu, cierpieniu, rozczarowaniach i błędach, które popełnili, bo były tak surowe i boleśnie poruszające, nawet jeśli zajęło im chwilę, aby zdać się na odwagę, by to zrobić.

Mój jedyny problem był z końcówką, bo mam wrażenie, że autorka troszkę za bardzo przeciągnęła to rozstanie i w pewnym momencie zaczęłam się frustrować tym, że bohaterowie nie czynią żadnego kroku do przodu, aby znaleźć wspólne rozwiązanie z sytuacji, w której się znaleźli. Chciałabym też móc spędzić trochę więcej czasu z nimi już po tym wszystkim, co się wydarzyło, nawet jeśli byłam ogólnie usatysfakcjonowana zakończeniem. Nie wpłynęło to jednak na mój ogólny odbiór książki, bo absolutnie pokochałam to, jak prawdziwa i złożona była. Zawiera w sobie tak wiele prawd o życiu i związkach, że nie nadążałam z zakreślaniem ukochanych momentów. Więc jeśli jeszcze jej nie czytaliście, mogę mieć tylko nadzieję, że znajdziecie się w gronie tych osób, którzy ją pokochali.



Emily Henry to amerykańska autorka powieści młodzieżowych oraz takich przeznaczonych tylko dla dorosłych. Kilka jej książek osiągnęło status bestsellerów. Studiowała kreatywne pisanie w Hope College i nieistniejącym już New York Center for Art & Media Studies. Obecnie spędza większość czasu w Cincinnati w Ohio, ale też w sąsiednim stanie, Kentucky. W Polsce znana choćby jako autorka powieści "Miłość, która przełamała świat".


Tytuł: Happy Place
Autor: Emily Henry
Tytuł w oryginale: Happy Place
Data premiery: 23 sierpnia 2023
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432
Ocena: 9/10



Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Kobiecym:
Czytaj dalej »

piątek, 27 października 2023

Sally Thorne - The Hating Game



Nemezis (rzeczownik)
1. Przeciwnik lub rywal, którego osoba nie może pokonać
2. Czyjaś zguba
3. Joshua Templeman

Lucy Hutton i Joshua Templeman wzajemnie się nienawidzą. Nie chodzi o nielubienie się ani niechętne tolerowanie swojej obecności. To czysta nienawiść.

Nie mają również żadnego problemu z jawnym okazywaniem swoich uczuć. Przelewają je w serii rytualnych pasywno-agresywnych manewrów, które wykonują, siedząc naprzeciwko siebie w pracy. Pech chciał, że dzielą biuro jako asystenci prezesów wydawnictwa. Lucy nie może zrozumieć ponurego, sztywnego i drobiazgowego podejścia Joshui do pracy. On zaś nie dowierza i dziwi się, widząc jej dziwactwa, jaskrawe outfity i niepohamowany optymizm.

Rywalizacja tych dwojga nabiera zupełnie innego wymiaru, gdy okazuje się, że będą walczyć o ten sam awans. Żadne z nich nie zamierza się poddać, a napięcie między nimi sięga zenitu. W końcu Lucy zaczyna dostrzegać, że być może wcale nie darzy Joshui nienawiścią. A on wcale nie nienawidzi jej. 

Czy jest to tylko ich kolejna gra?


Właśnie tak się pisze dobre komedie romantyczne. Zupełnie mnie nie dziwi, że ta książka doczekała się ekranizacji (jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, film znajdziecie na Prime Video), bo niektóre momenty tej historii zostały wręcz stworzone, by je odwzorować na ekranie. Bardzo długo czekałam, aż ktoś w końcu wznowi u nas tę książkę (niegdyś wydaną przez Wydawnictwo Rebis pod tytułem "Wredne Igraszki"), aby mogła trafić do szerszej grupy odbiorców, którzy być może nie mieli okazji przeczytać jej za pierwszym razem i w końcu moje prośby zostały wysłuchane! A ja mogę napisać tyle - czeka was niezapomniana przygoda z całą masą śmiechu i motylków w brzuchu. 

Joshua i Lucy. Lucy i Joshua. Ogień i woda. Najwięksi nemezis, którzy codziennie rzucają sobie kpiarskie spojrzenia zza swoich biurek. Praca w wydawnictwie może i jest dla Lucy spełnieniem marzeń, ale odkąd dwa lata temu doszło do połączenia z innym wydawnictwem, a jej towarzyszem w biurze został sam podmiot szatana, codziennie musi się szykować na nową wojnę. Obydwoje nie mają problemu z dogryzaniem sobie, a ich wzajemne kłótnie i skargi do działu HR są wręcz klasykiem. Rywalizacja nabiera tempa, gdy okazuje się, że obydwoje mają szansę na awans, ale tylko jedno z nich może zdobyć tę posadę. Lucy wie, że jeśli to Josh wygra, nie będzie mogła zostać w biurze i być jego podwładną. I chociaż mówi mu to otwarcie... wkrótce obydwoje zaczynają zdawać sobie sprawę, że być może wcale nie chcą, aby ich drogi się rozeszły, a za wieloletnimi docinkami kryją się uczucia, do których żadne z nich nie chce się przyznać.

Wiem, że ta książka promowana jest głównie jako enemies to lovers, ale szczerze powiedziawszy, nie tak bym ją określiła. Jeśli już, to bardziej rivals to lovers. Josha i  Lucy dzieli wiele, przez co ciągle dochodzi między nimi do spięć i kłótni, ale powiedziałabym bardziej, że to podsycone flirtem i chemią docinki, aniżeli nienawistne kłótnie. Jednym się to spodoba, inni mogą być zawiedzeni - to już pozostawiam wam do oceny. Ja natomiast byłam zachwycona. Czytałam już tę książkę kilka razy lata temu, ale od tamtej pory nie miałam czasu do niej powrócić i zdążyłam już zapomnieć, jak przyjemnie się ją czyta. Chemia między tymi bohaterami jest tak naturalna i niewymuszona, że dosłownie przez większość książki miałam w brzuchu motylki i nie mogłam się przestać uśmiechać.

Autorka przykłada uwagę do tak wielu detali, jeśli chodzi o ich relację. Chociaż zaczynają jako rywale, od razu można zauważyć te małe momenty i szczególiki, które pozwalają nam myśleć, że tu chodzi o coś więcej, niż zwykłą nienawiść. Wzajemne podpuszczanie się i irytowanie tej drugiej osoby spotęgowane zostają wszelkiego rodzaju grami, w które angażują się po cichu - grę w spojrzenia, grę w zazdrość... aż w końcu w grę w pocałunki i w grę w miłość. Ta napisana z humorem relacja jest jednocześnie podszyta niesamowitą wrażliwością i emocjami, które kumulowały się między mi przez lata, więc bardzo często dochodzi między nimi do emocjonalnych konfrontacji.

Moje ulubione książki to te, które pozwalają mi poznać bohaterów na różnych poziomach, a Josh i Lucy to bohaterowie z krwi i kości. Poznajemy nie tylko ich frywolną, zabawną stronę, która ujawnia się w ich licznych sprzeczkach, ale też tę bardziej wrażliwą, podatną na zranienie i skrywającą różne demony. Ich szczere rozmowy, w których dzielili się swoimi obawami, historiami rodzinnymi, porażkami i bólem, to były moje absolutnie ulubione momenty, bo właśnie wtedy ich uczucie objawiało się najmocniej.

Lucy to bohaterka, która lubi zadowalać wszystkich wokół, ale rzadko kiedy robi coś dla siebie. Jest miła dla wszystkich współpracowników, nawet jeśli oni tę dobroć wykorzystują, niejednokrotnie zmuszając ją do odwalania za nich ich roboty. Natomiast Josha wszyscy się boją - jest rewelacyjny w swojej pracy, ale nie socjalizuje się z nikim, jeśli nie musi, a na dodatek odpycha wszystkich od siebie swoją surowością. Mogą zdawać się swoimi całkowitymi przeciwieństwami, ale są jednocześnie tak do siebie podobni - on spędził lata szukając miłości u ojca, jedynej osoby, która powinna go nią obdarzać bezwarunkowo, nie mogąc nigdy sprostać jego oczekiwaniom, a ona wolała zrezygnować z własnego komfortu, jeśli dzięki temu wszyscy by ją lubili, za wszelką cenę unikając myślenia o tym, jaka jest w rzeczywistości samotna. Kocham to, jak na siebie oddziaływali i motywowali, aby coś w swoim życiu zmienić, jednocześnie obdarzając się ciepłem bezpieczeństwa i akceptacji.

Obiektywnie mówiąc, koncept tej historii nie jest niczym nowatorskim i pewnie znalazłoby się parę podobnych książek, które może byłyby nawet lepsze. Ale czy to mi przeszkadzało w tym, by się absolutnie, bezpowrotnie zakochać w Joshu i Lucy? Ani trochę. Czytanie tej książki to była dla mnie czysta przyjemność, przygoda, dzięki której na moich ustach cały czas tkwił szeroki uśmiech, na policzkach zdrowe rumieńce, a w brzuchu szalał cały rój motylków. Dla mnie "The Hating Game" to takie guilty pleasure, lekka historia, do której powracam, gdy potrzebuję się rozerwać i zakochać. Osobiście uważam, że to jeden z przyjemniejszych rom-comów na rynku.


SALLY THORNE to autorka, która mieszka w Australii. Po godzinach pracy zamyka się w swoim barwnym, fikcyjnym świecie. Wierzy, że miłośniczki romansów w każdej książce szukają uczuć jeszcze bardziej intensywniejszych niż je znalazły w poprzedniej, a nie jest to łatwe...


Tytuł: The Hating Game
Autor: Sally Thorne
Tytuł w oryginale: The Hating Game
Wydanie: II
Data premiery: 6 września 2023
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 400
Ocena: 10/10




Czytaj dalej »

wtorek, 24 października 2023

Adalyn Grace - Belladonna




Signa Farrow ma typowe dla dziewiętnastolatki marzenia. Chce nosić piękne suknie, chodzić na bale i dobrze wyjść za mąż. Jednak jej przeznaczeniem okazuje się coś zupełnie innego, coś, od czego całe życie próbowała uciekać.

Osierocona w dzieciństwie, trafia pod opiekę różnych osób, które są bardziej zainteresowane jej spadkiem niż nią samą. Jej kolejny dom to Thorn Grove, dwór zamożnych krewnych. Patriarcha rodu jest pogrążony w żałobie po zmarłej żonie, jego synowie walczą zaciekle o majątek, a córka, Blythe, cierpi na tajemniczą i zdaje się śmiertelną chorobę. To właśnie w tym miejscu Signa odkryje swoją prawdziwą naturę. I dowie się, dlaczego Śmierć jest tak blisko…


Zbliżający się okres halloweenowy to idealny czas na czytanie i oglądanie klimatycznych historii, a ja od razu wiedziałam, że "Belladonna" będzie idealną jesienną powieścią. Nie myliłam się - od razu przepadłam dla tego mrocznego, gotyckiego klimatu, pochłonięta rozgrywającą się akcją i kolejnymi tajemnicami. Nie mogłam odłożyć tej książki na bok, tak przyjemnie mi się ją czytało. Szczególnie, że pod wieloma względami ogromnie przypominała mi "Jak podejść Rozpruwacza" Kerri Maniscalco, a to jedna z moich ulubionych powieści w tym klimacie.

Dziewiętnastoletnia Signa Farrow została sierotą jako młoda dziewczynka i od tamtej pory jej opiekuni zmieniali się szybciej, niż zdążyła się do nich przyzwyczaić. Każdy z nich był bardziej zainteresowany jej bogactwem i dziedzictwem, niż nią samą i ich wszystkich łączyło jedno - każdy w końcu umierał. Śmierć krok po kroku odbierała jej wszystko, każdą osobę, która pojawiała się w jej życiu, odbierając jej szansę na normalne życie wśród innych rówieśników. Gdy dostaje zaproszenie od swoich ostatnich żyjących przodków i przeprowadza się do odrobinę mrocznej posesji Thorn Grove, nie może pozbyć się nadziei, że to wreszcie jej szansa, by rozpocząć życie, którego zawsze pragnęła. Zdobyć przyjaciół, być może znaleźć męża i w końcu się ustatkować. Ale wtedy Śmierć powraca, a jej nadzieje pryskają jak bańka, gdy dowiaduje się, że jej kuzynka powoli umiera w tajemniczych okolicznościach, a piękna posesja skrywa duchy i tajemnice przeszłości, które błagają ją o rozwiązanie zagadki. Gdy objawia się jej duch zmarłej żony głowy domu i zdradza szokującą prawdę, Signa postanawia podjąć wszelkie środki, aby uratować rodzinę i jej jedyną szansę na normalne życie. Jej nieoczekiwanym sojusznikiem zostaje odrobinę arogancki, ale pociągający stajenny, Sylas, oraz... sam Śmierć.

Ta książka przeniosła mnie w miejsce przyprawiające o ciarki na całym ciele, ale tak intrygujące, że z szybszym biciem serca pochłaniałam kolejne wskazówki, które pomogłyby mi odkryć odpowiedzi na różne pytania wirujące w mojej głowie. Wyobraźcie to tylko sobie - ogromna, ale stara posesja, duchy osób, które z różnych powodów tkwią w tym miejscu, dziwne sytuacje i próby morderstw na członkach rodziny, a wszystko to osadzone w realiach życia w XIX wieku. Autorka opisuje ten świat tak rewelacyjnie, że oczami wyobraźni widziałam wydarzenia z tej książki. Zagadki rodziny Hawthorne'ów i duchów przeszłości związanych z ich domem już od pierwszych stron budowały napięcie. Ja sama z zapartym tchem śledziłam fabułę i szukałam kolejnych wskazówek, kto za wszystkim stoi - niestety z czasem ta ekscytacja zaczęła trochę opadać, a rozwiązania poniektórych wątków okazały się być oczywiste, ale i tak świetnie się bawiłam.

Postacie w tej historii są tak dobrze nakreślone, że poznawanie ich to była czysta przyjemność. Signa nie zostanie raczej moją nową ulubioną bohaterką, ale polubiłam ją zarówno za jej determinację i upór, jak i tę bardziej wrażliwą stronę, która po prostu pragnęła normalności i uwagi innych osób. Całe życie czuła się tak, jakby ciążyła na niej klątwa, zresztą niejedna osoba nie omieszkała się jej tego wytknąć. Wszyscy, którzy się nią opiekowali, w końcu umierali. Nikt z nich, poza jej babką, nie potrafił okazać jej miłości. Naturalne więc stało się jej pragnienie wpasowania się w jakieś miejsce za wszelką cenę - nawet jeśli oznacza to przyporządkowywanie się normom społecznym, które bardziej ją tłamszą, niż ekscytują.

Jej pobyt w Thorn Grave okazuje się być pełen mrożących krew w żyłach tajemnic, poszukiwania odpowiedzi po ciemnych kątach starej biblioteki, krążenia po mrocznych odmętach zamkniętego i porzuconego ogrodu, ale jest też jej pierwszą szansą na nawiązanie znaczących relacji. Poza rodziną Hawthorne'ów, pogrążonego w żałobie Elijaha, leżącą na łożu śmierci Blythe, która niespodziewanie staje się jej najbliższą przyjaciółką, a nawet odrobinę niepoważnym, lecz zabawnym Percym, autorka przedstawia nam także dwa potencjalne obiekty miłosne, czego zupełnie się nie spodziewałam. Sylas staje się zmorą życia Signy, ale jednocześnie jej nieoczekiwanym przyjacielem i kimś, kto po raz pierwszy w życiu budzi w bohaterce uczucia, jakich nie dane jej było dotychczas zaznać. Jego postać może i nie była tak permanentna, jak inne, ale strasznie się z nim polubiłam. Może dlatego, że mam słabość do wszelkich Thomasów Cresswellów tego świata (owszem, znowu porównanie do "Jak podejść Rozpruwacza"), a on tak bardzo mi go momentami przypominał, że natychmiast zdobył moje serce. Odrobinę arogancki, pewny siebie, ale z sercem na dłoni.

Natomiast Śmierć... tutaj już moje uczucia są bardziej skomplikowane. Jego postać została stworzona rewelacyjnie - nie jako ktoś, kto jedynie niesie za sobą spustoszenie, zostawia rozpacz i cierpienie. Jak na fantastyczne stworzenie, to ze wszystkich postaci w tej książce właśnie on wydał mi się być najbardziej człowieczy. Chociaż ma tak potężną moc odbierania komuś życia, poznajemy go przede wszystkim jako osamotnioną osobę, która przez długie tysiąclecia miała tylko jedno zadanie, nie mogąc pozwolić sobie nawet na chwilę ludzkiego życia. Został stworzony w jednym celu i tego dokonywał - patrząc z daleka na ludzi, którzy żyli, kochali, łamali sobie serca, rodzili się, umierali. Do czasu pojawienia się Signy, jedynej osoby, którą mógł dotknąć bez obawy, że odbierze jej życie. Którą mógł poczuć.

I tutaj pojawiają się moje skomplikowane uczucia, bo romans mnie tak naprawdę najmniej mnie interesował, a niestety miałam wrażenie, że przez większość czasu Śmierć pojawiał się właśnie w celu popchnięcia wątku romantycznego do przodu. Być może dlatego, że przez całą książkę nie wiedziałam, co o ich relacji myśleć. Połączenie człowieka ze Śmiercią, kosiarzem, którzy swoim dotykiem zabija i pomaga zmarłym przejść na drugą stronę, to bardzo dziwne połączenie. Nie mogłam zapomnieć o tym, że mamy tu do czynienia z postacią mającą tysiące lat, która znała Signę zanim Signa poznała jego - zanim w ogóle nauczyła się mówić. I chociaż bardzo go polubiłam, a ich relacja była naprawdę piękna i wzruszająca, to ten jeden aspekt ciągle do mnie powracał i nie mogłam o nim tak po prostu zapomnieć. Na dodatek jeden z największych plot twistów tej książki związany ze Śmiercią udało mi się przewidzieć już po pierwszych paru rozdziałach, więc tym bardziej poczułam się rozczarowana.

Pomimo paru zgrzytów i tak uważam, że "Belladonna" to rewelacyjna, niezwykle klimatyczna powieść, która mnie pochłonęła. Autorka pisze tak kolorowym, wciągającym językiem, że poczułam się, jakbym była na planie serialu "Nawiedzonego domu w Bly", tylko z elementami fantastyki. Aż nie mogę się doczekać drugiego tomu, który autorka już idealnie wprowadza pod koniec tej części, aby ponownie spotkać się z tymi bohaterami i być może poznać paru nowych. Jeśli macie ochotę na dziewiętnastowieczny gotycki paranormalny romans z tajemnicami oraz morderstwami w tle, o kimś, kto przez całe swoje istnienie nie mógł nikogo dotknąć, żyjąc w samotności, i dziewczynie, która jest pierwszą osobą, która go widzi i rozumie, to bardzo wam polecam "Belladonnę".


ADALYN GRACE to bestsellerowa autorka "New York Timesa" i "USA Today". Jej powieść Władczyni dusz została okrzyknięta przez Entertainment Weekly najlepszą książką fantasy young adult 2020 roku. Zanim zaczęła pisać, pracowała w teatrze, była naczelną redaktorką gazety non profit i stażystką w Nickelodeon Animation Studio. Mieszka w San Diego. 


Tytuł: Belladonna
Autorka: Adalyn Grace
Seria: Belladonna. Tom 1
Data premiery: 11.10.2023
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 7/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Uroboros:


Czytaj dalej »

sobota, 21 października 2023

Ana Huang - Nienawiść. Seria Twisted



Nienawidzi jej… prawie tak mocno jak jej pragnie.

Josh Chen to przystojny i pewny siebie student medycyny. Nie poznał jeszcze kobiety, której nie potrafiłby oczarować – z wyjątkiem Jules Ambrose.

Piękna rudowłosa jest solą w oku Josha od czasu ich pierwszego spotkania. Jednocześnie pochłania jego myśli w znacznie większym stopniu, niżby tego chciał.

Gdy ich wzajemna niechęć nieoczekiwanie przeradza się w niezapomnianą noc, Josh proponuje układ, który ma pozwolić mu na dobre pozbyć się obsesji na punkcie Jules: wrogowie od seksu z prostymi zasadami:

Żadnej zazdrości.
Żadnych zobowiązań.
I absolutnie żadnego zakochiwania się.

***
Jules Ambrose to towarzyska i ambitna dziewczyna, była imprezowiczka, która obecnie ma tylko jeden cel: zdać egzamin adwokacki.

Ostatnia rzecz, której potrzebuje, to zagmatwany związek z lekarzem przyprawiającym ją każdym swoim oddechem o ból głowy… bez względu na to, jak bardzo jest przystojny.

Jednak im bliżej go poznaje, tym bardziej przekonuje się, że mężczyzna, którego nienawidziła przez tyle czasu, ma z nią więcej wspólnego, niż przypuszczała.

Brat jej najlepszej przyjaciółki.
Jej nemezis.
Jej jedyne ocalenie.

To związek z piekła rodem. Gdy na jaw wyjdą skrywane demony przeszłości, zmierzenie się z prawdą może tę dwójkę ocalić lub… zniszczyć wszystko, na co pracowali.


Kojarzycie to uczucie rozczarowania, które pojawia się, gdy czytacie książkę tak zachwalaną przez wszystkich, a wy nie możecie się w nią wkręcić? Ja dokładnie tak czułam się podczas lektury tej powieści. "Nienawiść" to już trzecia część słynnej serii "Twisted" Any Huang, ale od początku miałam obawy, czy powinnam po nią sięgać. Nie jestem ogólnie największą fanką tej serii (chociaż pokochałam historię Rhysa i Bridget w "Grach"), a Jules i Josh niestety najmniej mnie interesowali od samego początku. Chociaż kocham wątek enemies to lovers i potrafię masowo pochłaniać książki, w których się pojawia, tak w tej książce mi się on po prostu nie podobał. A może to po prostu ta historia - niestety nic w niej do mnie nie przemówiło, chociaż bardzo starałam się do niej przekonać.

Jules i Josh nie znoszą się, odkąd tylko poznali się lata temu za sprawą Avy, najlepszej przyjaciółki Jules i jednocześnie siostry Josha. Tylko dla niej starają się być cywilizowani, ale wystarczy wspólne przebywanie w jednym pomieszczeniu, aby zaraz wybuchła kłótnia. Nie mogliby się od siebie bardziej różnić - on jest poważnym i czarującym lekarzem, którego każdy uwielbia, a ona jest roztrzepaną przyszłą prawniczką, za którą ciągną się kłopoty... a przynajmniej tak uważają, dopóki nie zostają zmuszeni współpracować ze sobą w pracy i nagle odkrywają, że być może obydwoje bardzo się mylili. Nienawiść napędza niechętne pożądanie, aż w krótce jedna rzecz prowadzi do drugiej i obydwoje lądują ze sobą w łóżku, pozbywając się długich lat wzajemnej niechęci i frustracji. Z tym, że Josh nie chce na tym zaprzestać. Chociaż Jules jest wrzodem na jego tyłku, jest jednocześnie idealną partnerką do łóżka. Proponuje jej więc układ - przyjaźń z bonusami, tylko bez przyjaźni. W łóżku obydwoje mogą dać upust, a poza nim nadal utrzymują takie same stosunki, jak dotychczas. Z tym, że może się okazać, że brak zobowiązań może być niewystarczający...

Historia Josha i Jules rozwijała się w tle już od pierwszego tomu, więc kto zna całą serię, z pewnością ich dobrze kojarzy. Jednakże zupełnie szczerze, niezbyt mnie oni interesowali i z przykrością muszę napisać, że nie zmieniło się to nawet po przeczytaniu ich książki. Po prostu kompletnie ich nie czułam. Kocham enemies to lovers, ale ich kłótnie i sprzeczki były czasami tak dziecinnie głupie, że prawie mi się oczy wywróciły na drugą stronę. Czy to moją być dorośli ludzie, czy nastolatkowie w liceum? Cały ich problem wynikał z tego, że obydwoje wyrobili sobie na swój temat zdanie i za wszelką cenę się go trzymali przez lata - co rozumiem. Pierwsze pozory mogą mylić, ale taka natura człowieka, że czasami wręcz instynktownie szufladkujemy ludzi i nie mamy ochoty podejmować prób, aby to zmienić. Zresztą niektórzy po prostu nie nadają na tych samych falach od początku, a Jules i Josh w swojej obecności są jak papier i zapałka - wystarczy malutka iskra, aby zaczął się pożar.

Nie spodziewałam się jednak, że cała ta faza wrogów skończy się szybciej, niż zdołałam się przyzwyczaić, a zacznie się jeden z moich najmniej lubianych motywów - relacja z bonusami. Przysięgam, w pewnym momencie po prostu umierałam z nudy. Książki Any Huang nie są dla fanów słodziutkich, łatwych romansów, bo pikanterii i sprośnych scen seksu powstydziłby się nawet sam Christian Grey, ale ile można? Rozdział za rozdziałem, jedyne co czytałam, to jak myślą o seksie i to robią, na różne sposoby i w różnych miejscach. Przez połowę tej książki przysypiałam, bo ani mnie ich relacja nie ciekawiła, ani nie poczułam tu żadnej chemii, która powaliłaby mnie na kolana.

Nie byłoby jednak książki Huang bez konfliktu, który może postawić całą relację na szali, więc gdy w końcu zaczynamy się zagłębiać w te postaci, zaczyna się robić ociupinkę ciekawiej (podkreślam "ociupinkę", bo nawet później walczyłam z chęcią rzucenia tej książki z nudy). Historia przeszłości Jules okazuje się być okropnie smutna i tragiczna, związana z latami robienia rzeczy, z których nie jest dumna, aby tylko przetrwać i mieć za co przeżyć. Może nie przywiązałam się do niej za bardzo, ale nikomu nie życzyłabym takiego życia - tym bardziej, że nawet lata później, gdy za wszelką cenę stara się ułożyć sobie życie na nowo, zostać prawniczką i już nigdy nie musieć martwić się o pieniądze, pewne demony przeszłości nie dają o sobie zapomnieć. Niestety wątek jej przeszłości rozwija się w tak przewidywalny i komiczny sposób, że pod koniec nie wiedziałam już, czy powinnam się śmiać, czy jej współczuć. Głupota goniła za głupotą, decyzje Jules (szczególnie biorąc pod uwagę problemy Josha z zaufaniem) mnie frustrowały, a wisienką na torcie był konflikt z Joshem, który tylko mnie dobił i spotęgował moją niechęć do relacji tej dwójki.

A skoro już o Joshu mowa - niech ktoś wyśle go na terapię, bo jego reakcje na ludzkie błędy i przypisywanie im najgorszego, tylko i wyłącznie z powodu paru nieudanych relacji w przeszłości, nie są zdrowe. Jego toksyczne zachowanie w punkcie kulminacyjnym tej książki zasługiwało na dwa razy dłuższe przeprosiny od samego Alexa, a jego sytuację przynajmniej potrafiłam zrozumieć. Lubiłam Josha jako brata, kibicowałam jego przyjaźni z Alexem, ale jeśli chodzi o Jules potrafił być dla niej okropny. A w pewnym momencie wręcz okrutny - do tego stopnia, że czułam niesmak do samego końca książki. Wiem, że reakcje na ten jeden moment (kto wie, ten wie) są różne i to zrozumiałe, ale ja poczułam się brudna i zniesmaczona, a zwykłe "przepraszam" nie zdołało wymazać tego, że zrobił i powiedział coś obrzydliwego.

Jedyny powód, dla którego nie obniżyłam oceny tej książki jeszcze bardziej, jest cała reszta bohaterów. Nawet Ava i Alex, chociaż nie są moimi ulubieńcami, mieli tutaj więcej sensu i chemii, niż nasza główna dwójka. Może dlatego, że Alex dla odmiany w końcu zaczyna być bardziej człowieczy i po upływie lat widać, że bardzo się zmienił dzięki miłości i wsparciu Avy. Wątek jego przyjaźni z Joshem ciągnie się od samego początku i bardzo podobało mi się to, że w końcu autorka postanowiła do niego powrócić, pozwalając tym postaciom przegadać sytuację sprzed lat, która ich poróżniła. Złamane zaufanie i poczucie zdrady nie jest łatwe do przepracowania, ale ich nieśmiałe i powolne próby, by w końcu ruszyć do przodu, przyniosły mi najwięcej frajdy - może dlatego, że dla odmiany miło było zobaczyć tych samców alfa otwierających się przed sobą i mówiących o uczuciach, jak my wszyscy zwyczajni ludzie. No i nie mogłabym zapomnieć o mojej ulubionej parze, czyli Bridget i Rhysie, którzy w końcu dostają swoje długo szczęśliwie. Zawsze mi się uśmiech pcha na usta, gdy o nich czytam i chłonęłam każdą scenę, w której byli, albo zostali wspomniani. Ah, a bonusem jest krótkie pojawienie się Dantego, którego wszyscy poznamy już za jakiś czas w "King of Wrath"... nie jesteście gotowi na niego i jego udawaną narzeczoną, Vivian!

Chociaż bardzo chciałam, by było inaczej, niestety uważam "Nienawiść" za dotychczas najsłabszą część z całej serii. Autorce nie udało się przekonać mnie do Josha i Jules, no ale trudno - nie ma takiej książki, którą pokochałby każdy. Może gdyby nie ta drama pod koniec, która była bezsensowna i z łatwością można było jej uniknąć, nie oceniałabym jej tak nisko, ale nie lubię frustrować się na książkach. Mam tylko nadzieję, że Stella i Christian mnie nie zawiodą.


Ana Huang jest autorką przede wszystkim namiętnych i pełnych pasji książek z gatunku New Adult i współczesnych romansów. Jej książki zawierają zróżnicowane postacie i emocjonalne, czasem kręte drogi do szczęśliwego zakończenia (z dużą ilością żartów i pikanterii). Poza czytaniem i pisaniem Ana uwielbia podróżować, ma obsesję na punkcie gorącej czekolady i jest w związkach z wieloma fikcyjnymi chłopakami.


Tytuł: Nienawiść. Seria Twisted
Autor: Ana Huang
Seria: Twisted. Tom 3
Tytuł w oryginale: Twisted Hate
Data premiery: 26.07.2023
Liczba stron: 528
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ocena: 4/10



Czytaj dalej »

środa, 18 października 2023

Jennifer L. Armentrout - Zaufaj mi



Czy chłopak, który uwielbia imprezować, grać w Call of Duty i oglądać w telewizji sporty walki może mieć duszę wrażliwca?

Cameron przywykł do tego, że zawsze dostaje to, czego chce. Spojrzenie jego błękitnych jak ocean oczu potrafi stopić lód w sercu każdej dziewczyny. Każdej, tylko nie Avery. Spotykają się tuż przed zajęciami z astronomii. Avera jest zachwycająca – burza rudych loków, duże brązowe oczy - do tego nieco zagubiona, bardzo zadziorna… i całkowicie odporna na wdzięki Camerona.

Chłopak nie zamierza się jednak poddać. Powodem wcale nie jest urażona męska duma. Po prostu nie potrafi wyrzucić z głowy intrygującej 19-latki. Postanawia zrobić wszystko, by zdobyć serce Avery i zasłużyć na jej zaufanie. Niestety, na drodze do szczęścia mogą stanąć mroczne sekrety, które oboje ukrywają.

Historia miłości Avery i Camerona napisana z perspektywy chłopaka.


Jeśli mieliście szansę przeczytać "Zaczekaj na mnie" i pokochaliście postać Camerona, to "Zaufaj mi" będzie dla was idealną okazją, by poznać jego uczucia, doświadczenia i myśli. Ta sama historia, ale tym razem odpowiedziana z jego perspektywy z paroma bonusowymi scenami. Mieliśmy już okazję poznać historię Avery, jej zmagania z traumatyczną przeszłością i próbami zaufania Cameronowi. Teraz nadszedł czas na Camerona, którego perspektywa pozwala nam przeczytać o wszystkich jego próbach zdobycia zaufania Avery i przebicia się przez jej mury, prosto do jej serca, zmagając się jednocześnie z własnym poczuciem winy i przeszłością, do której nie lubi się przyznawać.

Cameron Hamilton stara się prowadzić typowe, studenckie życie. Imprezy, alkohol, spotkania z przyjaciółmi i zabawy z kobietami. Pomijając piątkowe wieczory, podczas których zmuszony jest chodzić na grupową terapię, może niemalże udawać, że wydarzenia sprzed paru lat, które prawie zniszczyły jego przyszłość nie miały miejsca. Nie spodziewa się jednego - kobiety, która wpada w jego ramiona już pierwszego dnia zajęć. Dosłownie. Potrącony przez rudowłosą Avery, która okazuje się być także jego nową sąsiadką, Cameron nie może jej sobie wybić z głowy. Chociaż w niczym nie przypomina kobiet, z którymi spotykał się dotychczas, pragnie za wszelką cenę dowiedzieć się o niej wszystkiego. Nawet powodu, dlaczego zdaje się bać zbliżenia do kogokolwiek nowego, a na samą myśl o randce cała się zamyka w sobie. Cameron jednak się nie poddaje i gotów jest poczekać nawet wieczność, aby zyskać jej zaufanie... i serce.

Jak już wspomniałam, jeśli macie za sobą lekturę pierwszego tomu, ta część nie zaskoczy was raczej niczym nowym. Poleciłabym ją głównie osobom, które pokochały tych bohaterów i chcieliby poznać uczucia Camerona, których być może nie dostaliśmy tak wiele w pierwszym tomie. Czy lektura tej książki jest konieczna? No nie. Ale ja absolutnie uwielbiam możliwość poznania myśli i uczuć Camerona, na co nie mieliśmy szansy, poznając tę historię jedynie oczami Avery. To tutaj czytamy o pierwszym momencie, gdy zdał sobie sprawę, że ją kocha. To tutaj poznajemy jego myśli, gdy Avery wpada na niego tego pierwszego dnia na uczelni, a potem pozostaje w jego głowie, chociaż jego przyjaciele nie rozumieją jego obsesji na jej punkcie i radzą mu dać sobie z nią spokój. Kocham te wszystkie etapy, w których jego uczucia rosły w siłę, pragnąc jedynie, aby Avery mu zaufała i pozwoliła mu się pokochać. Ta część jeszcze lepiej pokazuje jego determinację i zauroczenie, ale także skomplikowane uczucia związane z jego własną przyszłością i tym, że nie do końca wie, jak poradzić sobie z kimś, kto wyraźnie został w przeszłości poważnie zraniony.

Nie chcę się po raz kolejny rozpisywać na temat fabuły, bo wystarczająco dużo napisałam w mojej recenzji "Zaczekaj na mnie", mogę jedynie dodać, że bardzo podoba mi się to, że tutaj w końcu dostajemy wgląd w postaci Jase'a oraz siostry Camerona, Teresy, o których będzie następna część. Autorka rozwija tę historię o parę ważnych scen i informacji, które budują fundament pod kolejną książkę, a czego nie byliśmy świadomi wcześniej. Ale bez obaw - wszystko i tak zostanie wyjawione w kolejnej książce. Czekam z niecierpliwością na wznowienie ich historii, bo z chęcią do niej powrócę po latach!

Jedyne, co mnie wybijało z rytmu w tej książce - ale to tylko i wyłącznie moje osobiste preferencje - to nowy przekład, który pod wieloma względami nie pasował mi do tej historii (na przykład zmiana ksywki Avery z Babeczki na Kruszonkę). Być może dlatego, że mam sentyment do pierwszego wydania i jestem do niego przyzwyczajona, ale tę wersję czytało mi się ciężej. Jeśli więc miałabym jeszcze raz wrócić do tej książki, z pewnością wróciłabym do pierwszego wydania.

Jako osoba, która czytała tę historię milion razy i ma do niej ogromny sentyment, z czystą przyjemnością przeczytałam ją również oczami Camerona. Może i nie pogardziłabym większą ilością bonusowych scen, których nie widzieliśmy wcześniej, jednakże cieszy mnie sama możliwość przebywania w głowie jednej z moich ulubionych książkowych postaci. Potraktowałabym ją jednakże jako bonus, a nie konieczność - raczej coś dla największych fanów Avery i Camerona, którzy chcieliby zagłębić się w postać Cama.


J. LYNN (JENNIFER L. ARMENTROUT) - Bestsellerowa autorka New York Timesa i USA Today.  Jennifer pochodzi z Zachodniej Virginii i tam też mieszka do tej pory z mężem i psami. Urodziła się 11 czerwca 1980 roku. Autorka twierdzi, iż pisze przez 8 godzin niemal każdego dnia. Jeśli tego nie robi, swój czas spędza czytając, ćwicząc, oglądając filmy zombie i udając, że pisze.
W 2011 roku w Stanach Zjednoczonych jej książki sprzedały się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy, dostały się do finałów Goodreads Choice Awards, w 2017 roku wygrały w plebiscycie romansów RITA, a także były nominowane do wielu innych nagród. 



Tytuł: Zaufaj mi
Autor: J. Lynn (Jennifer L. Armentrout)
Tytuł w oryginale: Trust in me
Seria: Zaczekaj na Mnie. Tom 1.5
Data premiery: 27 września 2023 (Wydanie II)
Wydawnictwo: Muza
Ocena: 8/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Muza:
Czytaj dalej »

niedziela, 15 października 2023

Rebecca Yarros - Ostatni list



Beckett, jeśli to czytasz, cóż… wiesz, jak to jest z listami pożegnalnymi. Przeżyłeś. Ja nie. Jednak daj sobie spokój z wyrzutami sumienia, bo wiem, że gdyby istniała jakakolwiek szansa na to, abyś mnie uratował, na pewno byś to zrobił.

Chcę jednak, żebyś wyświadczył mi pewną przysługę – porzuć wojsko i jedź do Telluride.
Moja młodsza siostra samotnie wychowuje bliźnięta. Jest bardzo niezależna, niechętnie pozwala sobie pomagać, jednak najpierw zmarli rodzice, potem nasza babcia, a teraz Ella utraciła również mnie. Zbyt wiele nieszczęść, jak na jedną osobę. To po prostu niesprawiedliwe.

I jeszcze jedno – nie wiesz o poważnym problemie, który wyniszcza jej rodzinę. Ella będzie potrzebowała pomocy.

Jeżeli zginąłem, nie zdołam już jej wesprzeć. Nie podam jej pomocnej dłoni, jednak Ty nadal możesz być przy niej i jej dzieciach. Zatem błagam Cię, przyjacielu, zaopiekuj się moją siostrą, moją rodziną.
Proszę, nie pozwól, aby samotnie musiała zmagać się ze wszystkimi kłopotami.

Ryan


Może jestem masochistką, ale sięgnęłam po tę książkę, bo miałam ogromną ochotę popłakać. Zresztą, moim zdaniem płakanie na książkach (i ogólnie) potrafi być naprawdę uzdrawiające, więc gdy nadeszła w końcu odpowiednia pora, zakopałam się z tą powieścią pod kocyk z całym pudełkiem chusteczek pod ręką i przygotowałam się mentalnie na to, że zapewne zostanę zniszczona. I wiecie co? Okazało się, że nic nie mogło mnie przygotować na ten emocjonalny huragan w moim wnętrzu, który wywołał pewien wątek w tej książce - nawet to, że się go spodziewałam, bo sama zrobiłam sobie spoiler. Nie mogłam oddychać, tak mocno płakałam pod koniec. Jeśli to nie jest wyznacznik emocjonalnej historii, to ja nie wiem.

Beckett Gentry całe swoje nastoletnie życie spędził przerzucany od jednego domu zastępczego do drugiego. Nikt nigdy nie okazał mu bezwarunkowej, rodzicielskiej miłości, nikt nie postawił go na pierwszym miejscu. Dopiero w dorosłym życiu znalazł coś przypominającego jego pierwszą rodzinę - kumpli z wojska, z którymi połączyły go doświadczenia, których nikt inny nie rozumiał. I chociaż nie ma domu i nikogo, do kogo miałby wracać, jest mu z tym dobrze. Do czasu, aż przychodzi do niego pierwszy list od siostry swojego najlepszego kumpla i zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, czego zawsze mu brakowało. Ella samotnie wychowuje dwójkę dzieci w małym miasteczku Telluride, porzucona w młodym wieku przez byłego męża. Dobrze rozumie, czym jest samotność, więc od razu tworzy się między nimi nić porozumienia. Ale kiedy uderza w nich tragedia, ich krucha relacja zawisa na włosku. Ostatni list od przyjaciela, w którym prosi go o pomoc jego siostrze i zaopiekowanie się nią i jej dziećmi po jego śmierci zmusza Becketta do przeniesienia się do Telluride. Ella jednak nie wie, że mężczyzna, który nagle pojawia się w jej życiu z chęcią pomocy i listem od brata w dłoni, to Chaos - ten sam mężczyzna, z którym od miesięcy pisała listy. A on nie ma zamiaru jej tego mówić, bo nie może pozwolić sobie na nic więcej, niż spełnienie ostatniej prośby przyjaciela. Czy można jednak zbudować zaufanie, gdy zostało one oparte na kłamstwie?

Swego czasu czytałam bardzo dużo romansów o żołnierzach (w tym inną serię autorki, "Wszystkimi zmysłami", którą wydawało Wydawnictwo Amber), ale już od bardzo dawna nie sięgałam po nic nowego. I cóż, pamiętam już dlaczego - bo czytanie tych historii jest jak policzek w twarz, emocjonalnie wykańczająca podróż po całej masie traum i rozstań, nad którymi nie mamy żadnej kontroli. A Rebecca Yarros wie, jak wywołać w czytelniku emocje tak silne, że po skończeniu książki zostanie nam dziura w sercu, której nie da się z łatwością załatać. Tym razem dokonała tego poruszając dwa wątki, których unikam od zawsze za wszelką cenę, bo po prostu nigdy nie daję sobie z nimi rady. Wątki, których zupełnie się nie spodziewałam, a przez które cały czas czułam ciężar na sercu, który mnie nie opuszczał.

Ta książka, chociaż zawiera w sobie wszystkie elementy romansu, które wywołują szybsze bicie serca, nie jest tak naprawdę jedynie romansem. I owszem, z pewnością przyłapiecie się na tym, że będziecie pochłaniać każdą interakcję pomiędzy Beckettem i Ellą, potęgowane ich pełnymi wrażliwości i szczerości listami, ale w samym centrum tej książki jest historia tak łamiąca serce, że czasami ciężko mi było przewrócić kolejną stronę. A pod koniec (o czym mam więcej do powiedzenia, ale o tym później) emocje sięgają zenitu w najbardziej bolesny sposób, aż nie pozostaje nam nic innego, jak robić sobie przerwy w czytaniu, bo inaczej nie da się przebrnąć do końca. To historia bohaterów, których samotność jest tak przytłaczająco obecna, że łamało mi się serce. Zarówno Ella, jak i Beckett, na tak wiele sposób stracili wszystkich, których kochali, że otworzenie się na kogoś nowego jest wręcz niemożliwe. Szczególnie, że w grę wchodzi także opieka nad dziećmi, którym Ella poświęciła całe swoje serce.

Przewijające się w tej historii niesamowicie trudne, ale prawdziwe motywy żałoby, śmierci i choroby, utrzymywały tę powieść w bardzo melancholijnym i smutnym klimacie, ale wśród tego mroku najbardziej błyszczała przyjaźń i miłość. To te dwa uczucia pomogły przetrwać bohaterom w najtrudniejszych chwilach, które na nich spadały. Bohaterowie tej historii składają się z tak wielu warstw doświadczeń życiowych, cierpienia, traumy i samotności, że czasami trudno było o myślenie o takich przyziemnych rzeczach, jak związek, a jednak miłość Becketta i Elli podniosła ich na duchu, gdy obydwoje tego najbardziej potrzebowali. Dała im rodzinę, której nigdy nie mieli. Żałuję jedynie, że potrzeba było do tego tak wielu kłamstw i niedopowiedzeń, które wręcz nad wyraz skomplikowały sytuację i bardzo, bardzo mnie frustrowały. Czasami do tego stopnia, że śledzenie ich ciągłego przyciągania i odpychania mnie zwyczajnie męczyło.

Czuję wewnętrzny konflikt, bo jednocześnie pochłonęła mnie ta historia bez reszty, a autorka ma niesamowity i chwytający za serce talent do uchwytywania słowami emocji, ale też czasami byłam tą książką zwyczajnie zmęczona. To była słodko-gorzka historia miłosna, w której znajdziemy wiele przepięknych i wzruszających momentów, a wątek przyszywanej rodziny chwytał za serce, z czego chyba najbardziej wzruszyła mnie relacja Becketta z dziećmi Elli. Jednocześnie czasami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że tego cierpienia i rozczarowań było za dużo, co tylko zostało spotęgowane przez fakt, że bardzo często przeskakujemy w przyszłość o parę miesięcy, a historia naturalnie się wydłuża, chociaż w życiu bohaterów niewiele się zmienia. 

A największy problem miałam z zakończeniem, o czym wspomniałam już trochę wcześniej... niestety tutaj historia w moim odczuciu wiele straciła i jest jednym z powodów, dlaczego zaniżyłam ocenę i skończyłam książkę odrobinę rozczarowana. Ilość tragedii i cierpienia w życiu bohaterów była tak ogromna przez całą tę książkę, że czasami pragnęłam jedynie chwili radości, a tymczasem pod koniec autorka zrzuciła największą bombę, która wykończyła mnie psychicznie. I jasne, byłam przygotowana na to, że to będzie emocjonalna lektura, ale to było już za dużo i szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że niestety autorka wrzuciła ten wątek dla samych emocji, bo fabularnie kompletnie nie było to konieczne. Szczególnie, że wydarzyło się to w może ostatnich 10% książki, nie dając ani bohaterom, ani czytelnikowi czasu, by się z tym oswoić, zanim wszystko zostało zwieńczone epilogiem. W żaden sposób nie dodało to niczego ważnego do historii bohaterów, bo po prostu nie było wystarczająco czasu, aby poradzić sobie z tak ogromnie ważnym wątkiem.

Jak kocham twórczość Rebekki Yarros i po jej książki mogłabym sięgać w ciemno, tak od tej oczekiwałam czegoś odrobinę innego. Przygotowywałam się na wzruszającą i wypełnioną bólem historię, ale chyba nie spodziewałam się, że będę dostawała po twarzy jedną tragedią za drugą, aż w końcu szczęśliwych momentów zostanie garstka, niewystarczająca, by połatać pogruchotane serce. I to nie tak, że mi się nie podobało - autorka nie potrafi napisać złej książki, bo jej słowa zawsze chwytają za serce i trzymają je w garści. Ale jak na razie jest to niestety moja najmniej lubiana jej książka. Co nie oznacza, że nie warto jej przeczytać - myślę, że każdy, kto lubi sobie na historii popłakać, powinien dać jej szansę. I może pamiętajcie o chusteczkach, bo bez nich się nie obędzie.

TRIGGER WARNINGS (jeśli nie chcecie spoilerów, nie czytajcie): śmierć, śmiertelna choroba, śmierć dziecka, żałoba


REBECCA YARROS to autorka z list bestsellerów "Wall Street Journal" i "USA Today", na których znalazło się ponad dziesięć jej książek. Mieszka w Kolorado z rodziną i od dziewiętnastu lat jest żoną przebywającego już na emeryturze pilota wojskowego. Ma sześcioro dzieci. Zadebiutowała jako pisarka w 2014 powieścią Wszystkimi zmysłami, dzięki której dołączyła do czołówki autorek literatury dla młodych dorosłych. Rozpoczęła nią serię wydawaną również w Europie i wysoko ocenianą przez czytelniczki Goodreads.


Tytuł: Ostatni List
Autorka: Rebecca Yarros
Tytuł w oryginale: The Last Letter
Liczba stron: 544
Wydawnictwo: Filia
Data premiery: 23.08.2023r.
Ocena: 7/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Filia (Hype):




Czytaj dalej »

czwartek, 12 października 2023

Amy Lea - Set on You. Trening uczuć



Crystal Chen może i ważyła kilka kilogramów za dużo, ale w ogóle się tym nie przejmowała. Była popularną trenerką osobistą i influencerką właśnie dzięki temu, że wiedziała, jak znajdować równowagę między akceptacją swojego rozmiaru a treningami na siłowni. Uwielbiała siłownię - to był jej azyl, źródło energii i dobrych emocji. A ostatnio, kiedy rozpadł się jej kolejny związek, właśnie tego potrzebowała najbardziej. Do nowego faceta nie miałaby już ani odrobiny cierpliwości.

Wkurzająco przystojny Scott Ritchie przekonał się o tym bardzo szybko, kiedy podczas treningu zajął stojak do ćwiczeń, który Crystal akurat szczególnie lubiła. Wywiązała się sprzeczka. Jedna, druga, dziesiąta... Scott nie miał zamiaru ustępować pyskatej trenerce, a ona nigdy nie potrafiła być potulna. Iskrzyło między nimi coraz mocniej. Aż któregoś dnia dziewczyna spotkała Scotta tam, gdzie nigdy by się go nie spodziewała: na kolacji zaręczynowej swojej babci.

Skoro ich dziadkowie mieli zamiar się pobrać, Crystal i Scott postanowili zakopać topór wojenny. Co więcej, niedługo oboje się przekonali, że idealnie do siebie pasują ― niepostrzeżenie bowiem rywalizacja przerodziła się w zainteresowanie, a potem pojawiło się pożądanie i uczucie. Świeża miłość została jednak wystawiona na poważną próbę, gdy Crystal postanowiła zaprezentować na Instagramie swojego nowego chłopaka...


Komedie romantyczne straciły dla mnie odrobinę na znaczeniu w ciągu ostatnich paru lat, bo niestety mało komu udaje się stworzyć coś naprawdę zabawnego i zapadającego w pamięci. Na szczęście od czasu do czasu trafiają się takie perełki, jak "Set on You", które na nowo przypominają mi dlaczego czytanie rom-comów może sprawić tak wiele radości. Debiutancka książka Amy Lea to była jedną z przyjemniejszych historii z tego gatunku, nawet jeśli niekoniecznie najlepsza. Zawiera dobry wątek miłosny, ale to, co przemówiło do mnie najbardziej, to to, jak w prawdziwy sposób porusza tematykę samoakceptacji, zdrowia, kultury fitnessu, a nawet cyberprzemocy. To tematy, które są szczególnie ważne w czasach, w których żyjemy, kiedy to zapewne większość z nas zmaga się z własnym wizerunkiem i idealizowaniem życia w Internecie.

Główna bohaterka książki, Crystal, to trenerka personalna oraz influencerka o pełnych kształtach i chińskich korzeniach, promująca ciałopozytywność i miłość do samego siebie. Siłownia jest jej bezpieczną przystanią, miejscem, dzięki któremu zdobyła pewność siebie i pokochała swoje ciało, co stara się przekazać również swoim obserwatorom oraz klientom. Jej dobra energia zostaje jednak zachwiana, gdy pewnego dnia ktoś kradnie jej spod nosa jej ulubiony stojak do ćwiczeń, chociaż wyraźnie zaklepała go pierwsza. Stojakowy Złodziej na tym nie przystaje i już wkrótce rozwija się między nimi treningowa, zimna wojna, ciągnąca się dnie. On nie zamierza jej ustąpić, a ona nie pozwoli mu sobie z nią pogrywać. Jedna sprzeczka prowadzi do drugiej, a iskrząca się chemia w końcu wybucha w szatni siłowni... Sprawa komplikuje się jednak jeszcze bardziej, gdy okazuje się, Stojakowym Złodziejem jest Scott Ritchie, wnuk przyszłego męża babci Crystal. Nie tylko jest on ostatnią osobą, której spodziewała się na kolacji zaręczynowej swojej babci, ale to także podczas niej kobieta dowiaduje się, że Scott ma za sobą skomplikowany związek. A komplikacje to ostatnie, na co Crystal ma ochotę. Czy tej dwójce uda się zakopać topór wojenny i odnaleźć wspólną drogę?

Samoakceptacja to prawdopodobnie najdłuższa podróż, jaką odbywamy w naszym życiu - wymagająca ogromnych pokładów pracy, pełna wzlotów i upadków. Gdy zaczynałam tę książkę, spodziewałam się przesłania w stylu "miłość do samego siebie jest najważniejsza i nikt nie powinien nam wmówić inaczej". Crystal, kobieta o pełnych kształtach, która za wszelką cenę pragnie pomóc swoim klientom oraz obserwatorom zaakceptować siebie i zbudować zdrową relację z własnym ciałem, jest prawdopodobnie najlepszym przykładem na to, że odrobina pracy i wytrwałości może zaprowadzić nas daleko. Kultura fitnessu potrafi być okropnie toksycznym środowiskiem, który może wyrządzić więcej krzywdy, niż dobra, ale dla bohaterki najważniejsze jest to, aby znaleźć równowagę i nie pozwolić na to, aby ktokolwiek zniszczył jej ciężką pracę, ciągnąc za sobą jej obserwatorów, którzy szukają u niej wsparcia.

Ogromnie mi się podoba, że to początkowe przesłanie zmieniło się w końcu w coś odrobinę bardziej realistycznego i dającego kopa. Bo kto z nas akceptuje siebie 24/7 i nigdy nie ma chwili zwątpienia? Zapewne nikt. W momencie, gdy dzieje się coś ważnego, co każe nam wątpić we wszystko, w co do tej pory wierzyliśmy, wszystkie nasze przekonania rozpadają się jak domek z kart. Podobnie wyglądała historia Crystal, która brutalnie zmierzyła się z rzeczywistością, gdy wraz z rozwojem jej relacji z przystojnym, dobrze zbudowanym Scottem, wzrastało zainteresowanie jej osobą w Internecie, a razem z tym liczba komentarzy na temat jej ciała i prawdziwości ich miłości. Media społecznościowe potrafią być tak mrocznym miejscem, w którym naokoło powielane są tradycyjne standardy piękna, że czasami brakuje w nich miejsca dla osób, które czują, że nie pasują do żadnej ze społecznie akceptowalnych kategorii.

Ogromnie podoba mi się to, jak autorka ukazuje, że nie chodzi o jedynie miłość do siebie. Może najważniejsze jest podejmowanie kroków, czasami najmniejszych, które pozwolą nam zaakceptować siebie, jednocześnie nie kładąc presji na to, by kochać się w każdej minucie każdego dnia, bo jest to wizja niemożliwa do osiągnięcia. Czasami pojawią się gorsze chwile i w tym również nie ma niczego złego - największa siła pojawia się wtedy, gdy potrafimy się podnieść pomimo tego mroku, ale też zaakceptować porażki i chwile zwątpienia jako część naszego człowieczeństwa. A przecież ciało to jedynie część tego, czym jesteśmy - człowiek jest tak złożony, że zniżanie istoty naszego istnienia jedynie do naszych ciał może narobić więcej szkody, niż pożytku.

Niepewność i kompleksy potrafią mieć ogromny wpływ na związki z innymi ludźmi, co widać świetnie w relacji Scotta i Crystal. Początkowo poznajemy ich jako zwykłych nemesis z siłowni - on kradnie jej miejsce do ćwiczeń, a ona nie daje mu tego przeżyć. Uwielbiam tę część książki, bo frajdę sprawiały mi nie tylko ich potyczki i obopólna wojna podczas treningów, ale paląca chemia, którą można było odczuć w każdej ich interakcji. To tego typu enemies to lovers, które być może jest bardziej niechęcią, niż nienawiścią, ale każde ich spotkanie to było humorystyczne złoto. I żałuję trochę, że skończyło się tak szybko, bo potem już trochę moja ekscytacja tą dwójką opadła. Gdyby nie charyzma Scotta, który był wręcz rozkosznie zakochany w Crystal i jak dziecko we mgle próbował zwrócić na siebie jej uwagę, a potem czekał, aż będzie na niego gotowa, pewnie nie polubiłabym się z nimi aż tak bardzo, bo późniejsze konflikty odrobinę ostudziły mój zapał. 

Moim zdaniem "Set on You" to będzie taka idealna, lekka lektura na jeden wieczór, która nie wymaga od nas większego skupienia. To była bardzo przyjemna komedia romantyczna z dającymi się lubić bohaterami (Scott z pewnością skradnie wam serce), która porusza jednocześnie bardzo ważne tematy i robi to w rewelacyjny, dający do myślenia sposób. Zapewne nie będzie to książka, która pozostanie ze mną na dłużej, ale nie ma w niej też niczego, do czego miałabym się przyczepić. Jeśli więc macie ochotę na coś niezobowiązującego i szybkiego, to polecam!


Amy Lea jest kanadyjską autorką współczesnych romansów. Pisze przezabawne komedie romantyczne ― ich bohaterkami są silne kobiety, które dzięki inteligencji i poczuciu humoru zawsze znajdują drogę do szczęśliwego zakończenia. Uwielbia pisać romanse, chrupać chipsy i… przytulać się do ukochanego męża.

Tytuł: Set on You. Trening uczuć
Autorka: Amy Lea
Tytuł w oryginale: Set on You
Data premiery: 12.07.2023
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Editio Red
Ocena: 7/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Editio Red:


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia