sobota, 30 września 2023

Julia Biel - Memory Almost Gone



Jonatan i Amelia stali się powiernikami szmaragdów i rodzinnych tajemnic. Nie wyobrażają sobie, że mogliby się rozdzielić, więc postanawiają razem wyjechać do Nowego Jorku. W mieście, które nigdy nie zasypia, Jonatan ma odbyć staż w firmie Bellamy Lion Constructions, którą Amelia jest zainteresowana z własnych powodów. Jej celem jest konfrontacja z właścicielem firmy – mężczyzną, który naznaczył jej życie. Skazani tylko na siebie i na własne ograniczenia, zakochani i gotowi do podjęcia ryzyka bohaterowie ścigają się z czasem, który nieubłaganie depcze im po piętach. Tylko czy ci dwoje w ogóle mają szanse na szczęśliwy finał?

Pełna zagadek historia stała się inspiracją do ukrycia na okładce i we wnętrzu książki dodatkowych niespodzianek niewidocznych gołym okiem. By je poznać, potrzebne jest światło UV. Jego brak nie stanowi jednak przeszkody w podążaniu za fabułą.


Jesteście gotowi ponownie rzucić się w wir zagadek, tajemnic i zawirowań emocjonalnych? W "Memory Almost Gone", drugiej części dylogii "Memory", wszystkiego będzie do potęgi. Emocji. Bólu. Rozterek sercowych. Niemalże jakby Julka przybrała sobie za cel wycisnąć z nas jeszcze więcej łez, zabawić się naszymi sercami. Co jest zapewne prawdą, bo ja czytając tę część kilkukrotnie powstrzymywałam łzy (bezowocnie) i miałam w głowie tylko jedno pytanie: jak, do diabła, uda jej się to odkręcić, żebym nie musiała stanąć pod jej drzwiami i dobijać się z prośbą o szczęśliwe zakończenie?

Kto czytał "Memory Almost Full" z pewnością wie, jak trudna jest sytuacja Amelii i Jonatana. Nie będę tu nikomu spoilerować, w końcu odkrywanie całej zagadki życia głównej bohaterki to największa frajda pierwszego tomu, ale tym razem tajemnice schodzą na bok. Teraz pozostaje nam zmierzyć się z konsekwencjami największego szoku, jaki zaserwowała nam autorka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że dla tych bohaterów nie ma szansy na szczęśliwe zakończenie. Nieważne jak bardzo się starają siebie oszukać przeprowadzając się wspólnie do Nowego Jorku, gdzie próbują po prostu wspólnie przeżyć każdy kolejny dzień, nie da się tak naprawdę do końca unikać prawdy. Podczas gdy Jonatan odbywa staż, Amelia odkrywa kolejne fakty na temat własnej rodziny i swojego życia, jednocześnie coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, że nie jest jej pisane długie i szczęśliwe życie z Jonatanem. No bo czy jest tak naprawdę wyjście z tej sytuacji, w której się znaleźli?

Nie będę ukrywać, ta część złamała mi serce. Jestem romantyczką z krwi i kości, wielbicielką szczęśliwych zakończeń, których w prawdziwym życiu tak mało, więc naturalnie od początku do końca oszukiwałam się, że przecież z nawet najtrudniejszej sytuacji zawsze może być wyjście. Może jednak miłość wystarczy? Cóż, okazuje się, że chociaż Jonatana i Amelię połączyła niesamowicie silna więź, są w życiu rzeczy, nad którymi niestety nie da się zapanować. Nie da się zmienić naszego losu, ani tym bardziej przeszłości. Nie da się wpłynąć na przyszłość, by była taka, jak sobie wymarzymy. Bohaterów czeka trudne i bolesne zderzenie z rzeczywistością, pełna bezsilności rozpacz, nieuchronne rozczarowanie... ale też wiele pięknych momentów, bo jeśli jedno jest pewne, to to, że tę dwójkę połączyło coś pięknego.

Wiecie, ja nie jestem fanką insta love, ani takich typowo szybkich romansideł. Jestem wielbicielką slow burnów - im wolniejsze historie, tym dla mnie lepiej. Lubię czekać, kocham odkrywać jak miłość rośnie na moich oczach, doszukiwać się najmniejszych momentów, które coś znaczą. Ale czasami miłość to też nagły wybuch, strzał prosto w serce w najmniej spodziewanym momencie naszego życia. I jeśli ktoś miałby mnie przekonać do insta miłości, to z pewnością będzie to Julia. Bo historia Amelii i Jonatana trafiła prosto w moje serce. Być może z tego powodu, że to nie jest relacja usłana różami, a w tym tomie przekonujemy się o tym w wielu łamiących serce momentach. Bohaterowie muszą mocno zawalczyć, aby im się udało, szczególnie w momentach największego zwątpienia. Okrutnie bolała ta desperacja Jonatana, by zatrzymać przy sobie Amelię. A chyba jeszcze bardziej bolało powolne zrozumienie Amelii, że być może nigdy nie była im pisana wspólna historia, a ona nie ma prawa niszczyć życia Jonatana.

Ci bohaterowie tak bardzo trafili do mojego serca, że czasami pragnęłam jedynie ich przytulić. Z każdej strony wyczuwałam to, jak bolała ich sytuacja, w której się znaleźli. W całej książce przewijają się motywy straty, niesprawiedliwości, życia i śmierci. Są jak zderzenie z kruchością ludzkiego życia, przemijalnością szczęścia. To wręcz przypomnienie, że o radość trzeba walczyć każdego dnia, bo tak szybko może nam ona zostać odebrana. Poruszył mnie zarówno wątek rodziny Amelii, idealnie rozwinięty po rewelacjach z pierwszego tomu, jak i czyste pragnienie Jonatana, by po prostu być przy swojej ukochanej i ją wspierać.

Kto zna Julię ten wie, że to autorka, która wkłada w swoje powieści całe serce. A i tym razem nie mogło zabraknąć nie tylko całej gamy emocji, które doprowadzają do łez, ale i jej błyskotliwych tekstów, które stały się już jej znakiem rozpoznawczym do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie czytać książki bez jej typowych wstawek pełnych humoru. I nawet jeśli bałam się zakończenia tej dylogii, jakaś część mnie wiedziała, że autorka zadba o serca takich czytelników, jak ja, i nie zostawi nas na lodzie - no i się nie myliłam. Zakończenie tej dylogii było satysfakcjonujące, interesujące i pasowało idealnie do całego tonu tej historii. Poza tym tak to sobie autorka świetnie wykombinowała, że z pewnością każdy będzie zadowolony z końcowego efektu.

Cała ta dylogia to przepiękna przygoda, o której długo nie zapomnę. Szczególnie ten tom, który jeszcze bardziej trafił do mojego serca i dokonał wielu zawirowań emocjonalnych. A wisienką na torcie jest fakt, że całą zabawę i frajdę z odkrywania różnych znaków oraz poszlak potęguje wydanie tej książki. Widoczne jedynie pod światłem UV wiadomości dodają tej historii tajemniczości, no i z pewnością sprawią, że to będzie niezapomniana, jedyna w swoim rodzaju lektura. Bardzo polecam ją osobom, które mają ochotę na młodzieżowe fantasy, ale nie chcą niczego zbyt skomplikowanego, ani długiego. Ta dylogia was wciągnie bez reszty!


JULIA BIEL to polska autorka i miłośniczka książek, redaktorka i tłumaczka, z sercem ulokowanym w Poznaniu i gdzieś w Utah. Jej debiutancka książka to przyjemna młodzieżówka "To nie jest, do diabła, love story".


Tytuł: Memory Almost Gone
Autorka: Julia Biel
Seria: Memory. Tom 2
Wydawnictwo: Must Read
Data premiery:  27 września 2023
Liczba stron: 368
Ocena: 10/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Must Read:


Czytaj dalej »

środa, 27 września 2023

Elena Armas - The Long Game | Recenzja premierowa



Adalyn Reyes ma idealnie zaplanowany każdy dzień: wstaje o świcie, jedzie do siedziby drużyny piłkarskiej Miami Flames, ciężko pracuje, wraca do domu. Kiedy nagranie jej starcia z maskotką drużyny wycieka do internetu i staje się viralem, ta rutyna się kończy. Właściciel klubu nie zwalnia Adalyn, tylko daje jej nowe zadanie – by odzyskać dobre imię, ma odbudować drużynę Green Warriors.

Sęk w tym, że klub jest w Karolinie Północnej, jego zawodnicy trenują w strojach baletowych, hodują kozy i… są dziewięciolatkami. Na szczęście w miasteczku przebywa Cameron Caldani, znany bramkarz, który mógłby pomóc Adalyn wprowadzić drużynę do wyższej ligi. Jednak po fatalnym pierwszym spotkaniu (słowa klucze: kogut, zderzak, noga Camerona) dziewczyna raczej nie ma co liczyć na współpracę. Ale jest zdeterminowana, by z niesfornych dzieciaków zrobić gwiazdy piłki nożnej – z pomocą Cama lub bez niej.

Nawet na końcu świata gra toczy się dalej!


Jestem prostym człowiekiem - widzę nową książkę Eleny Armas i biorę ją w ciemno. Odkąd zapoznałam się z jej twórczością dzięki "The Spanish Love Deception", stała się jedną z tych autorek, po książki której sięgam, gdy potrzebuję czegoś, co przyniesie mi komfort i otuli jak najcieplejszy kocyk w chłodny wieczór. A tak się składa, że jej najnowsza książka "The Long Game" to idealny otulacz, połączenie genialnego humoru i słodyczy z emocjami oraz bohaterami, którzy zapadają prosto w serce. Zresztą, jeśli kochacie poprzednie książki autorki równie mocno, jak ja, to chyba nie muszę was przekonywać, że czeka was najlepsza rozgrywka tego roku.
 
Co wy na to, by rzucić wszystko, wyjechać do jakiegoś małego miasteczka, zamieszkać w chacie pośrodku niczego i zakochać się w emerytowanej gwieździe piłki nożnej, która, jak się okazuje, zostaje twoim nowym sąsiadem? No dobra... nie do końca tak to leciało. Właściwie zaczęło się od potrącenia koguta, wjechania samochodem w drzewo i w... ów wspomnianą gwiazdę sportu. Co z pewnością nie jest dobrym początkiem żadnej historii miłosnej. Nasza główna bohaterka, Adalyn, ma za sobą prawdopodobnie najgorsze kilka dni życia. Po tym jak wybucha skandal z nią w roli głównej, jej ojciec, będący jednocześnie jej szefem, wysyła ją do jakiegoś miasteczka na totalnym zadupiu, gdzie mieszkać ma w chacie pośrodku niczego i zająć się lokalną drużyną piłkarską w ramach naprawienia szkód, aż sytuacja w sieci trochę ucichnie. Na domiar złego nie wystarczy, że ową chatę można równie dobrze nazwać szopą, drużyna to rozbrykane dziewięcioletnie dziewczynki, a jej nowym sąsiadem jest sam Cameron Caldani, była gwiazda piłki nożnej, która ukrywa się pośrodku niczego i zachowuje się, jakby samo jej oddychanie tym samym powietrzem, co on, mu przeszkadzało. Nie, okazuje się też, że musi z nim również współpracować, gdyż jest jedynym sensownym kandydatem na trenera w tym mieście. Adalyn jest jednak zdeterminowana, aby odzyskać dobre imię i poprowadzić drużynę do wygranej, nawet jeśli oznacza to współpracę z najbardziej nieznośnym facetem pod słońcem.

Wszyscy kochamy zestawienie promiennego słoneczka i burkliwego marudy w romansach, ale co powiecie na dwóch gburków, z czego ona to bezwzględna kobieta biznesu z dużego miasta, a on to ukrywający się emerytowany piłkarz, który nie ma ochoty na obcowanie z kimkolwiek? Zagłębianie się w postaci Adalyn i Camerona to była największa frajda, jaką miałam od dłuższego czasu. Ta dwójka to istny chaos już od ich pierwszego spotkania. Żadne z nich nie ma ochoty przebywać w swoim towarzystwie dłużej, niż musi, ciągle więc się ze sobą ścierają i testują cierpliwość tej drugiej osoby. Te liczne potyczki słowne i kłótnie doprowadzały mnie do tak histerycznego śmiechu, że czasami musiałam sobie robić przerwę, bo bolał mnie brzuch. Ale najlepsza zabawa zaczyna się wtedy, gdy bohaterowie porzucają maskę wrogości i uporu, odsłaniając przed sobą wrażliwsze części siebie, których nie poznał dotąd nikt inny. Bo nagle okazuje się, że mają ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż im się zdawało.

Poza rewelacyjną chemią i osobowościami, które po prostu idealnie ze sobą współgrają, w Adalyn i Cameronie pokochałam to, że mamy szansę dostrzec jak krok po kroku budują relację opartą na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa, którego dotychczas nikt im nie okazał. Ona, nauczona doświadczeniami ze swojego życia, zawsze była przekonana, że miłość wiąże się z warunkami, którym nigdy nie potrafi sprostać. Natomiast on, znając ograniczenia i niebezpieczeństwa stylu życia jaki prowadził, nie chciał nikogo mieszać w swój bałagan. Miłość nie była na ich radarze, a jednak odnaleźli ją w swoich ramionach w sposób, którego dotąd nigdy nie znali. Armas to mistrzyni ukazywania uczuć w najmniejszych momentach, a dokładnie taka była miłości Adalyn i Camerona - rozwijająca się subtelnie, zauważalna w małych czynach, spojrzeniach i uśmiechach, które rozumieli tylko oni. Miałam motylki w brzuchu przez większość książki, aż jedyne na co miałam ochotę, to piszczeć jak mała dziewczynka.

Dodatkowo, jeśli mam być szczera, to klimat tej historii jest moim ulubionym spośród wszystkich książek Armas. Osadzenie jej w małym miasteczku w Karolinie Północnej to był rewelacyjny pomysł - nie tylko czułam się tak, jakbym sama była tam razem z bohaterami, gdzieś w chatce pośrodku lasu, ale absolutnie pokochałam wszystkich mieszkańców tego miasteczka. A szczególnie dziewczynki z drużyny, nad którą przychodzi pracować Adalyn i Cameronowi. Dawno już się tak nie uśmiałam, jak podczas scen z treningów i meczów, szczególnie, gdy w centrum znajdowała się Maria i jej ślepa koza, Brandy. Ta dynamika nadała tej historii tak rodzinnego ciepła, lekkości będącej kontrastem do życia i ludzi, których Adalyn zostawia w mieście.

Armas dobrze wie, co kocham w książkach, bo dawno już tak dobrze się nie bawiłam podczas czytania jakiegokolwiek rom-comu. Śmiałam się momentami tak niespodziewanie, że czytając ją w pociągu zaliczyłam kilka dziwnych spojrzeń, ale było warto. Na dodatek serce mi puchło z nadmiaru miłości przy każdej uroczej scenie i tylko coraz bardziej zakochiwałam się w bohaterach, w tym miasteczku i w całej jej społeczności - z kozami, kotkami i kogutem włącznie. Jeśli potrzebujecie takiej podnoszącej na duchu, ciepłej i lekkiej powieści, to cóż... Armas jest w tym mistrzynią, a "The Long Game" nie bez powodu trafia na listę moich ulubionych książek tego roku. Polecam ją całym sercem.

A w przyszłym roku jesienią będziemy mogli powrócić do Green Oak w drugim tomie "The Short List" o Matthew i Josie! :)


ELENA ARMAS to hiszpańska pisarka, kolekcjonerka książek i nieuleczalna romantyczka. Uwielbia współczesną popkulturę. Prowadzi konto na Instagramie, gdzie dzieli się swoimi opiniami o książkach. The Spanish Love Deception to jej pierwsza powieść (i od razu bestseller).


Tytuł: The Long Game
Autor: Elena Armas
Data premiery: 27.09.2023r.
Seria: The Long Game. Tom 1
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 10/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Otwartym:



Czytaj dalej »

wtorek, 26 września 2023

Meghan Quinn - Zjazd rodzinny



Martin i Peggy Chance wierzą w miłość do grobowej deski. Zbliża się złoty jubileusz ich małżeństwa, a oni sami są przekonani, że stworzyli wzór idealnego związku dla swoich dorosłych już dzieci. Ku ich rozczarowaniu wygląda jednak na to, że cała ta lekcja poszła na marne – najwyraźniej żadne z trojga rodzeństwa nie potrafi zaryzykować i odnaleźć miłości w swoim życiu.

Ford, najstarszy, poświęca się pracy i opiera jakimkolwiek romansom… tak przynajmniej twierdzi. Cooper nie może się otrząsnąć po rozwodzie aż do czasu, gdy odnawia znajomość z zadziorną właścicielką cukierni. Najmłodsza Palmer jest wyzwoloną instagramerką i podróżniczką, która zawsze widziała siebie u boku kogoś zupełnie innego niż przystojny lekarz rodzinny z małego miasteczka…

Kiedy rodzeństwo Chance spotyka się, żeby zaplanować rocznicowe przyjęcie dla swoich rodziców, musi stawić czoła sercowym komplikacjom, bratersko-siostrzanej rywalizacji oraz definitywnemu końcowi dzieciństwa. Cokolwiek się wydarzy, „Zjazd rodzinny” zapewni wam szaloną, pełną emocji i flirtu zabawę.


Wszyscy tutaj kochamy romanse, ale co powiecie na powieść, w której przeczytacie trzy historie miłosne w jednym? "Zjazd rodzinny" to najnowsza książka autorki słynnej historii "Nie od pierwszego wejrzenia", ale tym razem przenosimy się do małego miasteczka pełnego rodzinnych dramatów, utraconych miłości z młodości, drugich szans i odrobiny zdrowego chaosu. Nie mam pojęcia co jest w tej książce takiego, bo nawet nie spodziewałam się, że tak spodoba mi się pomysł kilku historii w jednej książce, ale kompletnie mnie pochłonęła. Była nie tylko przezabawna, ale miała swoje emocjonalne momenty, a autorce udało się rewelacyjnie poprowadzić każdy z wielu wątków.

Zbliżająca się 50. rocznica ślubu rodziców to świetna okazja, aby zebrać całą rodzinę w rodzinnym domu, prawda? Jedyny problem jest taki, że stosunki Palmer, Coopera i Forda są dalekie od perfekcji i jako rodzeństwo nie potrafią się ze sobą porozumieć. Wspólne organizowanie imprezy prowadzi do kolejnych spięć i kłótni, począwszy od smaku tortu, skończywszy na wyrzucaniu sobie żali z przeszłości. Zjazd rodzinny w miasteczku, w którym wszyscy się wychowali, okazuje się być nie tylko rodzinną katastrofą, ale też ostateczną konfrontacją z ich własnymi życiami prywatnymi, w których panuje bałagan. Palmer ucieka z Nowego Jorku, nie przyznając się nikomu z tego, że została bezdomna i bez grosza przy duszy; Cooper nie potrafi zaangażować się w żaden związek odkąd rozpadło się jego małżeństwo, chociaż nie może zapomnieć o przyjaciółce swojej byłej żony, z którą przespał się rok temu; a Ford skupiony jest tylko na pracy i prowadzeniu rodzinnej firmy, nie zauważając wzdychającej do niego od lat asystentki, do której sam nie rozumie swoich uczuć. Czy ten zjazd rodzinny skończy się jedną wielką katastrofą, czy pojednaniem rodziny?

Książka opowiedziana jest z perspektywy aż sześciu różnych bohaterów, ale wbrew pozorom wszystko się ze sobą idealnie łączy. Mamy Coopera i Norę, którzy rok temu się ze sobą przespali, ale potem Cooper zerwał z kobietą kontakt i zaczął jej unikać, przerażony swoim nieudanym małżeństwem z najlepszą przyjaciółką Nory. Forda i jego asystentkę, Larkin, która od lat pomaga mu w prowadzeniu firmy i się w nim potajemnie podkochuje, przekonana, że on nigdy nic do niej nie poczuje. Oraz Palmer, niegdyś popularną instagramerkę i podróżniczkę, która przestała dostawać propozycje współpracy i w rezultacie była zmuszona powrócić do rodzinnego miasteczka wcześniej, trafiając w wyniku niefortunnego wypadku prosto do gabinetu doktora Beau, który okazuje się być jej byłą niedoszłą miłością z nastoletnich czasów. A w samym środku wszystkiego chaos rodzinny, zbudowany na latach nieporozumień i braku komunikacji.

Przede wszystkim książka ta skupia się na relacji rodzinnej między rodzeństwem, których poróżniły różne wydarzenia z ich przeszłości. Nie ukrywam, czasami rwałam sobie przez nich włosy, bo dawno nie miałam do czynienia z trójką tak upartych i głuchych na słowa innych osób. Jednocześnie ich sprzeczki, szczególnie te w licznych mailach na temat imprezy dla ich rodziców, wnosiły do tej historii tyle humoru, że czasami ocierałam łzy ze śmiechu. Historia Palmer, Coopera i Forda, a nawet ich rodziców, świetnie ukazuje, jak różne potrafią być relacje rodzinne i że tak naprawdę nie ma jednego schematu, jak powinny one wyglądać. Nawet między najbardziej kochającymi się członkami potrafią wybuchnąć kłótnie, bo na tym polegają relacje - w końcu wszyscy dorastamy, zmieniamy się, czasami dochodzi do nieporozumień i zgrzytów. Jak sama autorka świetnie napisała, o ile potrafimy być dla siebie wsparciem, nie ma znaczenia, że czasami wybuchają kłótnie. Nie ma na świecie idealnej rodziny i idealnej relacji.

Świetnie pokazane jest to, jak różnie każdy może odebrać jedną sytuację, a każda historia ma różne strony. Peggy i Martin, rodzice Chance'ów, z początku ukazywani są jako cudowni rodzice, którzy swoją miłością stworzyli dom dla nich wszystkich, ale nawet oni potrafią przyznać się do swoich błędów wychowawczych, które poróżniły ich rodzinę. W Palmer, Cooperze i Fordzie widzimy trzy zupełne inne spojrzenia na ich rodzinne wzloty i upadki. Poczucie winy, urazę wynikającą z nieporozumień, to typowe dla rodzeństwa porównywanie się i wyścigi, kto lepiej poukładał sobie życie. Czasami przyłapywałam się na tym, że zastanawiałam się po której stronie powinnam stanąć, ale przecież nie ma tylko jednej racji - każdy ma prawo do czucia tych wszystkich emocji, bo dla każdego jedna sytuacja może znaczyć coś zupełnie innego.

No i nie byłabym też sobą, gdybym nie wspomniała o historiach miłosnych, które również odgrywają tutaj ważną rolę. Nawet nie jestem pewna, która para zainteresowała mnie najbardziej, bo każdy z nich miał świetną dynamikę i chemię. Z początku nie do końca mogłam się wczuć w relację Forda i Larkin, szczególnie że Ford wydał mi się pracoholikiem, który kompletnie nie zauważa co się wokół niego dzieje, ale wkrótce zaczęłam dostrzegać, jak bardzo obydwoje na sobie polegają i jak świetnie się rozumieją. Jest między nimi coś o wiele więcej, niż profesjonalna relacja między szefem a asystentką i to widać w tak wielu momentach. Ich relacja zbudowana na przyjaźni zdecydowanie była najsłodsza i najbardziej stabilna ze wszystkich trzech.

Natomiast najwięcej frajdy sprawili mi Cooper i Nora. Już na pierwszy rzut oka widać było ich wzajemne zainteresowanie, ale uwielbiam najbardziej to, że Nora nigdy się z Cooperem nie patyczkowała. Otwarcie komunikowała mu swoje uczucia, a jej szczerość pozwoliła Cooperowi zmierzyć się z faktem, że nikt poza Norą tak go nie motywuje do zmian. Na dodatek ich dynamika polegająca na flirciarskich żartach była tak dobra, że czasami chichotałam jak nastolatka.

Palmer i Beau mieli szansę na bycie najlepszą parą tej historii, ale oni jako jedyni wypadli dla mnie odrobinę płasko. Oczywiście również ich bardzo polubiłam, bo kto nie lubi wątku drugiej szansy? Szczególnie, że oni oboje w młodości strasznie się w sobie podkochiwali, nawet jeśli to drugie nigdy się o tym nie dowiedziało. Palmer to jednak najbardziej skomplikowana i zagubiona postać w całej tej książce, przed którą długa droga do dojrzałości, więc czasami niestety miałam przeczucie, że ich związek potrzebował więcej czasu, aby jakoś bardziej mógł się rozwinąć. Tego mi tutaj niestety zabrakło.

Jeśli macie ochotę na przyjemny, zabawny rom-com, w którym przeczytacie nie jedną, a aż trzy historie miłosne, to warto poznać "Zjazd rodzinny". Ja nawet nie spodziewałam się, że będę się na niej tak świetnie bawić. Wszelkie moje obawy, że sześć perspektyw to za dużo, okazały się być bezpodstawne, bo nawet nie zwracałam na to większej uwagi. Pomimo zawirowań emocjonalnych i dramatów rodzinnych, ta książka była przede wszystkim przezabawna i lekka, wręcz idealna na jeden wieczór. I podobała mi się nawet bardziej, niż poprzednia książka autorki.


MEGHAN QUINN – autorka bestsellerów z zestawień „USA Today”, żona, adopcyjna mama, miłośniczka masła orzechowego. Jej komedie romantyczne i romanse współczesne za każdym razem dostarczają czytelniczkom idealnej dawki emocji, humoru i pikanterii. 


Tytuł: Zjazd rodzinny
Autorka: Meghan Quinn
Oryginalny tytuł: The Reunion
Data premiery: 27.09.2023
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 478
Ocena: 8.5/10

Współpraca komercyjna z Wydawnictwem Insignis:


Czytaj dalej »

niedziela, 24 września 2023

Mia Sheridan - Archer's Voice



Chciałam ukryć się w małym, spokojnym miasteczku. Zapomnieć o wszystkim. O nocy, kiedy moje życie roztrzaskało się w drobny mak. I gdy już zaczęłam układać sobie wszystko na nowo, spotkałam Archera Hale’a. Trzęsienie ziemi nawiedziło moje życie… a ja już nie chciałam odbudowywać go w pojedynkę.

Archer od wielu lat z nikim nie rozmawiał – zapomniany przez ludzi z miasteczka, odtrącony i zamknięty w sobie. W jego historii było jednak coś więcej niż to, co opowiadał mi swoimi dłońmi. Całe miasto tonęło w tajemnicach i zdradach, a Archer okazał się osią tych sekretów.

Rozdarci między namiętnością i cierpieniem, szukaliśmy sposobu, aby sobie zaufać. Słowa nie są jedynymi znakami miłości. To w ciszy Archera znaleźliśmy wszystko, co potrzebne, by się uleczyć… i żyć.


Spędzamy całe życia w poszukiwaniu tej odpowiedniej osoby, której obecność wniesie do naszego życia miłość, szczęście i spokój. Która pokocha nas z naszymi wszystkimi wadami i trochę pokruszonymi cząstkami duszy, a nie pomimo nich. Której miłość poznamy w sposobie, w jakim zadba o nasze serce. "Archer's Voice" nauczyło mnie, że do okazywania miłości nie potrzeba słów, a czasami to cisza wyszepta nam wszystko, czego potrzebujemy. Że najprawdziwszą miłość odkryjemy nawet w najmniejszych momentach - w codziennych czynnościach, wzajemnym okazywaniu troski, posyłanych uśmiechach, lekkich dotykach. W robieniu małych rzeczy, które dla tej odpowiedniej osoby będą znaczyć wszystko.

Ta książka to jedna z historii, przy których dorastałam. Co jakiś czas kochałam do niej wracać, bo szukałam tego uczucia, które autorka ujmuje swoimi pięknymi słowami. I chociaż minęły lata odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy, nadal noszę ją w sercu jako wspomnienie jednej z najpiękniejszych, najbardziej wartościowych historii i powrót do niej teraz był niemalże dwukrotnie emocjonalnym doświadczeniem, które doceniłam na zupełnie innym poziomie. Przeczytałam setki książek w swoim życiu, a nigdy nie udało mi się odnaleźć drugiej takiej historii, jak historia Bree i Archera.

Czytając tę książkę, przeniosłam się do klimatycznego i malowniczego miasteczka Pelion nad jeziorkiem i czułam się tak, jakbym była jego częścią. To tutaj Bree przyjeżdża w poszukiwaniu nowego startu po traumatycznej śmierci taty i wydarzeniach, które są źródłem jej koszmarów. Wynajmuje domek nad jeziorem z nadzieją, że przeprowadzka pozwoli jej odzyskać spokój i tę część siebie, którą utraciła. Niespodziewanie wpada pod sklepem na cichego i tajemniczego mężczyznę, od którego większość ludzi w miasteczku każe trzymać się jej z daleka. Archer Hale budzi skojarzenia z tragicznym wypadkiem sprzed lat, o którym nikt w miasteczku nie chce pamiętać. Żyje samotnie i do nikogo się nie odzywa, zapomniany i odtrącony, a jego obecność w miasteczku jest niemalże jak cień. Do czasu, aż Bree trafia do jego posiadłości. Ten milczący, samotny mężczyzna staje się jej bezpieczną przystanią w nowym mieście, a ona jako jedyna podejmuje się wyzwania, by przebić się przez jego mury zbudowane na latach cierpienia i samotności.

Archer i Bree to dla mnie definicja bratnich dusz. Dwie osoby, które przeżyły w życiu ogromne tragedie, samotne i odrobinę zagubione, które znajdują w sobie dom i spokój, czego nie znaleźli w żadnym innym miejscu, w żadnej innej osobie. I chociaż zazwyczaj nie jestem największą fanką tak szybkiego rozwoju uczuć, tak w ich relacji od samego początku nic nie było łatwe i potrzeba im czasu, aby stworzyć zdrową, silną relację, która nie pęknie pod wpływem ich traumatycznej przeszłości. Archer, ten cudowny, osamotniony mężczyzna, przeszedł w swoim życiu tak wiele, że czasami pragnęłam zwinąć się w kłębek, schować z książką pod koc i przytulić ją mocno, jakbym w ten sposób mogła go pocieszyć. W tragicznym wypadku utracił nie tylko całą swoją rodzinę, ale i głos, a całe miasteczko uznało go za odludka niewartego ich uwagi. Jego życie toczyło się jedynie wokół domku na skraju ulicy, w którym żył samotnie, od śmierci wujka nie mając nikogo, z kim mógłby chociażby porozmawiać.

To Bree po raz pierwszy pokazała mu piękno miłości i zrobiła krok w jego stronę, gdy nikt inny się na to nie odważył. Te wszystkie momenty, gdy opiekowała się w nim w sposób, w który nikt inny się nim nie zaopiekował, jak uczyła go rzeczy, o których on nigdy nawet nie śmiał marzyć i podarowała mu swoje serce, wiedząc, że on się nim zaopiekuje, jednocześnie bolało i sprawiało, że serce mi puchło. Nawet nie wyobrażam sobie, ile bólu musi nosić w sobie osoba pozostawiona sobie w tak młodym wieku, nosząca ciężar tajemnicy tragicznego wypadku, który zmienił całe jego życie. Wstawki z rozdziałów z jego przeszłości doprowadzały mnie do płaczu, a serce bolało, jakbym przeżywała to wszystko razem z nim.

Gdy czytałam tę książkę w młodości, chyba nawet nie zdałam sobie sprawy, jak młodzi są Archer i Bree. Mam teraz dosłownie tyle samo lat, co oni, a wtedy wydawali mi się tak dojrzali, jakby los kazał im dorosnąć o wiele za wcześnie - bo dokładnie tak było. Chociaż miłość, która ich łączy, pozwala im powoli uleczyć złamane serca, to jest to wyboista i bolesna droga. Gdzie dla Bree Archer staje się bezpieczną przystanią po tragicznej śmierci taty, dla niego ta miłość wiąże się nieuchronnie ze strachem i bólem, że znowu zostanie sam, a Bree w końcu go opuści. Bardzo podoba mi się to, że autorka poświęciła czas, by pozwolić mu przepracować swoją niepewność i przerażenie związane z jego życiem przed Bree, zanim w pełni zaangażował się w ten związek. I chociaż to bolało, to nie wyobrażam sobie innego sposobu, aby ta miłość nie stała się toksycznym miejscem. Ta historia poza wątkiem miłosnym naprawdę świetnie sobie radzi z realistycznym przedstawieniem życia z tak ogromną traumą, wszystkich wzlotów i upadków tych postaci i ich prób przetrwania.

Nie potrafię wyrazić słowami, jak wiele "Archer's Voice" dla mnie znaczy, nieważne jak bardzo bym próbowała. Ta historia zawiera w sobie tak wiele emocji, że czytanie jej wręcz pochłania. Jest nie tylko napisana przepięknym językiem, ale sama historia niesie wiele wartości, która pozostała ze mną do dzisiaj. Tak pięknie i emocjonalnie ukazuje różne sposoby, na jakie można pokochać drugą osobę. Te małe i te wielkie. Czasami wystarczy jeden uśmiech, jeden pocałunek, aby wszystko inne przestało mieć znaczenie. I jedna osoba, która może zmienić wszystko w naszym życiu. Jestem dumna z drogi, którą razem przeżyli ci bohaterowie, aby uzdrowić swoje serca, jakby byli prawdziwymi osobami z krwi i kości. Mogę mieć tylko nadzieję, że każdy, kto tę powieść przeczyta, pokocha ją równie mocno.

MIA SHERIDAN  to pisarka urodzona w Stanach Zjednoczonych. Wielokrotnie odznaczana za swoją twórczość, między innymi nagrodą New York Timesa w kategorii Bestseller Author. Do tej pory Mia Sheridan napisała 10 książek. Wszystkie spotkały się z gorącym przyjęciem, a sama autorka ma rzeszę oddanych fanów.

Prywatnie żona i matka czworga dzieci. Jej największą pasją jest "tkanie prawdziwych miłosnych historii o ludziach, którym przeznaczone jest, by być razem". Postacie kreowane w jej opowieściach są wielowymiarowe, zazwyczaj z dużym bagażem doświadczeń, który ukształtował ich życie. Jej powieści cechuje duże poczucie humoru i przedstawianie miłości w jej najpiękniejszych odsłonach.

Utwory wychodzące spod jej pióra porywają czytelników na całym świecie. Ludzie, którzy czytają te książki, odbywają z ich bohaterami podróż, na końcu której są z nim tak związani, że po jakimś czasie z utęsknieniem powracają do lektury odświeżając sobie perypetie "nowych przyjaciół".


Tytuł: Archer's Voice. Znaki miłości
Autor: Mia Sheridan
Tytuł oryginału: Archer's Voice
Data premiery: 9 sierpnia 2023
Wydawnictwo: Znak JednymSłowem
Liczba stron: 384
Ocena: 10/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Znak:



Czytaj dalej »

piątek, 22 września 2023

Kerri Maniscalco - Jak uciec Houdiniemu



Audrey Rose Wadsworth i Thomas Cresswell wchodzą na pokład luksusowego transatlantyku RMS Etruria, który zmienia się w upiorne pływające więzienie, kiedy pozbawieni możliwości ucieczki pasażerowie zaczynają ginąć jeden po drugim z rąk niezidentyfikowanego mordercy. Audrey Rose i Thomas są zachwyceni, że tygodniowy rejs uświetnią pokazy wędrownego cyrku, pełnego artystów i wróżbitów, w którym występuje pewien charyzmatyczny młody specjalista od ucieczek. Wkrótce jednak w tajemniczych okolicznościach traci życie pierwsza zamożna młoda dama, a po niej następne, szokując wszystkich.

Niepokojąca bliskość Księżycowego Cyrku dodatkowo przyczynia się do atmosfery grozy na statku, morderstwa zaś stają się coraz bardziej makabryczne. Audrey Rose i Thomas muszą sprawnie przeprowadzić dochodzenie w sprawie ponurych zbrodni, żeby pasażerowie bezpiecznie dopłynęli do portu.

Czy Audrey Rose zdąży rozwikłać zagadkę, w której stawką może być życie bliskiej jej osoby, przed zaplanowanym przez mordercę przerażającym finałem?


Byliście kiedykolwiek tak rozczarowani książką, którą byliście pewni, że pokochacie, że wręcz czuliście, jak łamie wam się serce? Ja dokładnie tak poczułam się podczas lektury "Jak uciec Houdiniemu". Zdradzona. Rozczarowana. Sfrustrowana do potęgi. Nie jestem pewna co zaszło w tej części, ale czułam się tak, jakbym czytała zupełnie inną historię od tej, którą tak pokochałam w poprzednich dwóch tomach. I szczerze mówiąc, po skończeniu jej tkwiło we mnie tak wiele negatywnych emocji, że nawet nie miałam ochoty do niej wracać myślami i pisać tej recenzji. Ale tu jestem i przestrzegam - jeśli nie chcecie popsuć sobie relacji z tymi postaciami, pomińcie tę część.

Gdy widzieliśmy się z bohaterami po raz ostatni, po wydarzeniach na zamku w Rumunii szykowali się by ruszyć w drogę do Ameryki, gdzie czeka na nich kolejna zagadka do rozwiązania. Ta część rozpoczyna się na pokładzie luksusowego statku, gdzie podczas tygodniowego rejsu czekają ich pokazy wędrownego cyrku Mefistofelesa, w którym bierze udział także słynny Houdini. Już pierwsze dni zapowiadają niezapomnianą podróż, gdy w niespodziewanych i dziwnych okolicznościach zaczynają ginąć kolejni pasażerowie. Morderstwa budzą grozę, a nieprzewidziana obecność kuzynki na statku zmusza Audrey do podjęcia współpracy z tajemniczym Mefistofelesem. Próba rozwiązania zagadki może tym razem postawić na szali wszystko, co Thomas i Audrey dotychczas wypracowali.

Gdy zaczynałam przygodę z tą serią, byłam absolutnie zauroczona jej klimatem. Nawet nie przepadam za rozwiązywaniem zagadek morderstw, a jednak autorka tak rewelacyjnie budziła napięcie, opierając kolejne części na prawdziwych wydarzeniach historycznych, że przyłapywałam się na tym, że pochłaniałam kolejne tomy i pragnęłam więcej. Przepadłam dla tego mrocznego klimatu, poszukiwania seryjnych zabójców, dla realiów życia w dziewiętnastym wieku, a przede wszystkim dla bohaterów, których pokochałam i do których nie mogłam się doczekać, aż powrócę. No więc niech mi ktoś wytłumaczy, co tutaj się w ogóle zadziało? Jak przeszliśmy od czegoś tak dobrego i wciągającego, do zaprzeczenia dosłownie wszystkiemu, nad czym autorka pracowała przez ostatnie dwie części?

Żałuję ogromnie, że większą część tej książki pochłonął niefortunny i okropny dramat miłosny, bo w innym wypadku zapewne pokochałabym lokalizację tej części na luksusowym statku. Klimat przypominał mi połączenie serialu "Pełne morze" na Netflixie z filmem "Król Rozrywki", z całą tą otoczką wokół cyrku, magicznych sztuczek i morderstw. A jednak... nie mogłoby mnie to wszystko mniej obchodzić. Po raz pierwszy odkąd sięgnęłam po tę serię, nawet sama zagadka morderstw nie wzbudziła mojego zainteresowania, bo wszystko wokół mnie frustrowało i budziło obrzydzenie. Szczerze mówiąc, skończyło się na tym, że po jakichś 150 stronach jedynie przewertowałam kartki do końca, bo nie miałam najmniejszej ochoty tracić czasu na czytanie tego bałaganu.

Dawno już nie miałam do czynienia z tak głupim zachowaniem bohaterów, jak w tej książce. Audrey Rose z bohaterki szczycącej się swoim feminizmem i pragnieniem bycia traktowaną jako równa Thomasowi i innym mężczyznom w swoim fachu, stała się nagle zaślepioną naiwniaczką, która rani każdą osobę wokół, na której powinno jej zależeć. Nie wspominając o tym, że Thomas - mój ukochany Thomas, ulubieniec tej (i każdej) części, który niesie na barkach całą tę serię - został nagle podmieniony jakąś swoją podróbą 2.0 w postaci Mefistofelesa, którego charyzma polegała na tym... w sumie to nie wiem. A bardzo chciałabym wiedzieć, skoro w ciągu tygodnia Audrey dla niego zmieniła się w postać nie do poznania, a wszystko po to, aby cała ta drama została zamieciona pod dywan bez słowa przeprosin albo wyjaśnień z jej strony. Kto czytał, ten dobrze wie, o czym mówię.

Współpraca Audrey z Mefistofelesem autentycznie doprowadziła mnie do bólu żołądka. Tym bardziej uderzyła mnie hipokryzja bohaterki, która robiła to pod pretekstem ochrony kuzynki, jednocześnie odbierając jej dokładnie to, o co tak walczy od samego początku - wolność decydowania o swoim własnym losie. Odkrycie jej samolubnej i egoistycznej strony, która jest w stanie tak okropnie potraktować człowieka, którego rzekomo kocha, skutecznie mnie do niej zniechęciło. Thomas okazał się być jedynym powodem, dla którego dobrnęłam do końca, ale nawet on nie wystarczył, bym zaangażowała się emocjonalnie we wszystko, co działo się wokół. Potrzeba będzie wiele ze strony autorki, aby to wynagrodzić w kolejnym tomie.

Nawet nie wiem, co więcej napisać, poza tym, że chyba nigdy w życiu tak się nie zawiodłam na książce, której nie mogłam się doczekać. Może nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale ja jestem czytelniczką, która bardzo przywiązuje się do bohaterów i tym bardziej nie lubi bezsensownych dramatów, które wyraźnie zostają wprowadzone dla efektu zamieszania i rujnują cały dotychczasowy progres, a niestety całą tę książkę czytało mi się jak jedną wielką pomyłkę. Gdyby nie to, że poświęciłam tej serii już tyle czasu, zapewne nawet nie sięgałabym po czwarty tom, ale nadal mam nadzieję, że autorka jakoś postara się to naprawić. Jeśli nie chcecie sobie popsuć tej serii, to uwierzcie - nie warto marnować nerwów i czasu na tę część. Szczególnie, że nie wnosi do historii nic wartościowego.



Kerri Maniscalco jest amerykańską autorką książek dla młodzieży, w tym bestsellerowej serii Stalking Jack The Ripper.

Kerri dorastała w nawiedzonym domu w okolicy Nowego Jorku, gdzie zaczęła się jej fascynacja gotyckimi sceneriami. Studiowała sztukę, która interesowała ją już od najmłodszych lat.

W wolnym czasie czyta wszystko, co tylko wpadnie jej w ręce. Poza tym gotuje wszelkiego rodzaju potrawy z rodziną i przyjaciółmi. W dodatku pije zdecydowanie za dużo herbaty, omawiając z kotami niuanse życia.


Tytuł: Jak uciec Houdiniemu
Autor: Kerri Maniscalco
Tytuł w oryginale: Escaping from Houdini
Seria: Stalking Jack the Ripper. Tom 3
Data premiery: 31.05.2023 r.
Wydawnictwo: Must Read
Ocena: 3/10



Czytaj dalej »

wtorek, 19 września 2023

Chloe Walsh - Binding 13. Część 1



Shannon Lynch ma nadzieję, że rozpoczęcie nauki w nowej szkole stanie się dla niej początkiem lepszego życia: bez dręczenia przez rówieśników, bez koszmarów w rodzinnym domu, bez strachu, bólu i krwi. W nowym miejscu dziewczyna zrobi wszystko, żeby stać się po prostu niewidzialną.

Niestety już pierwszego dnia w prestiżowej placówce Shannon wpada na gwiazdę rugby, Johnny’ego Kavanagha. Chłopak jest jednym z najbardziej znanych sportowców w szkole, dziewczyny błagają o jego uwagę i wydaje się, że jego życie to niekończące się pasmo sukcesów.

Tej dwójki pozornie nic nie łączy, a jednak nawiązują zobowiązującą więź. Shannon będzie potrzebowała ochrony. A czego będzie potrzebował Johnny?


Macie takie historie, do których powracacie, gdy potrzeba wam poczucia komfortu i bezpieczeństwa? Których bohaterowie są częścią was, wkradają się do waszych serc i zostają w nich na długie lata? Mam przeczucie, że seria "Boys of Tommen" będzie dla mnie właśnie taką historią. Domem, do którego będę powracać, jak ukochane seriale z lat 2000, które nadal mają szczególne miejsce w moim sercu. Bałam się trochę zaczynać ją czytać, bo chociaż wszyscy opisywali ją w samych superlatywach, nie sięgam już za często za powieści osadzone w liceum, ale ta historia... ta historia skradła cząstkę mnie i już nigdy jej nie odzyskam. Dawno już nie czytałam czegoś tak prawdziwego i wciągającego - jakbym zniknęła w zupełnie nowej rzeczywistości, była częścią tej grupki przyjaciół, przeżywała razem z nimi każde przeżycia i emocje, ich ból, cierpienie, radość, złamane serca, rozczarowania.

Nie wiem jak określić "Binding 13", bo ta historia nie przypomina żadnej innej, którą czytałam w swoim życiu. To slow burn w stylu Mariany Zapaty, a nawet więcej - to historia skupiająca się na wielu bohaterach, którzy po prostu próbują nawigować przez życie jako młodzi dorośli. Z tymi bohaterami przeżyjecie wszystko, a potem przewrócicie ostatnią stronę pragnąc tylko więcej. Spodziewałam się typowej licealnej historii o popularnym sportowcu i nieśmiałej dziewczynie, a dostałam całą gamę emocji i cieknące po policzkach łzy, gdy jedyne co pragnęłam, to zamknąć bohaterów w uścisku i nigdy nie puszczać.

W życiu Shannon i jej rodzeństwa nie istnieje coś takiego jak spokój. W miejscu, które powinno być ich bezpieczną przystanią, z ludźmi, którzy powinni ich bezwarunkowo kochać, jedyne, co poznali, to strach, ból i nienawiść. Ale dla Shannon koszmar na tym się nie kończy. W szkole rówieśnicy nie dają jej spokoju, czerpiąc radość z jej strachu, aż w końcu dręczenie staje się tak problematyczne, że Shannon zmuszona jest po raz kolejny zmienić szkołę. Nauka w Tommen ma być jej nowym początkiem. To tutaj są jej przyjaciółki z dzieciństwa, a nikt z jej poprzednich dręczycieli jej tu nie zna. Jedyne, czego pragnie, to być niewidzialną i przetrwać ostatnie lata liceum. Niestety już pierwszego dnia jej plan zostaje zachwiany, gdy na boisku szkolnym dochodzi do niefortunnego wypadku z udziałem popularnego rugbisty, Johnny'ego Kavanagha. To ostatnia osoba, która powinna zwracać na nią uwagę, szczególnie że po tym zdarzeniu wszyscy każą mu się trzymać od niej z daleka. A jednak Johnny nie potrafi się o nią nie martwić i wbrew sobie ciągle wraca do niej myślami. Tylko czy dwie osoby z dwóch zupełnie różnych światów mają w ogóle szansę zaistnieć razem?

Nie ma lepszej rzeczy na świecie, niż książki, których bohaterowie są tak prawdziwi, tak złożeni i wielowarstwowi, że odkrywanie ich historii to najczystsza przyjemność. A w "Binding 13" poznajemy nie tylko Shannon jak ta rzeka i Johnny'ego, ale również ich przyjaciół i znajomych - Gibsiego, Lizzie, Claire, Hughiego, Joey'a, Aoife i całą masę innych postaci, gdzie każdy wnosi do historii coś ważnego. Na początku może i odrobinę mnie to przytłaczało, bo z pewnością potrzeba chwili, aby przyzwyczaić się do tego, że to tego typu historia, w której bardzo powoli rozwijają się poszczególne wątki i postacie, ale już wkrótce pokochałam ich tak, jakbym znała ich całe życie.

Zaskoczyło mnie to, jak wielowątkowa i złożona jest ta książka. To nie tylko slow burn pomiędzy Shannon i Johnny'm, których przyjaźń rozwija się nieśmiało w chaosie licealnego życia. I chociaż to oni są głównymi postaciami, autorka wyraźnie buduje fundament z relacji, które pozwolą tę serię rozwinąć na tak wiele poziomów. Uderzyły we mnie wszystkie emocje związane z życiami tych bohaterów. Strach życia w przemocowym środowisku, motylki w wyniku rozwijającej się pierwszej miłości, niesprawiedliwość wynikającą z tego, że Shannon i jej brat Joey musieli tak szybko dorosnąć, aby pełnić rolę rodziców dla swojego młodszego rodzeństwa, cierpienie i przerażenie, że marzenia Johnny'ego i plany na życie tak szybko mogą zostać mu odebrane. Śmiałam się, aby za chwilę opłakiwać niesprawiedliwość losu bohaterów. Ci bohaterowie mają ledwie naście lat, a muszą martwić się rzeczami, z którymi nie poradziłoby sobie nawet większość dorosłych i to jest tak szokująco smutne, że czasami pragnęłam jedynie zwinąć się w kłębek i ich opłakiwać.

Johnny i Shannon to takie promyczki tej historii. Chociaż obydwoje mają swoje własne problemy - on zmaga się z konsekwencjami trudnej operacji, które mogą zaważyć na jego przyszłości sportowca, a ona pragnie jedynie spokoju i poczucia bezpieczeństwa, którego nie może odnaleźć ani w domu, ani poza nim - rozwijająca się pomiędzy nimi nieśmiała przyjaźń i pierwsze zauroczenie były tak przepiękne, tak niewinne. Ta troska, niepewne zainteresowanie, potrzeba chronienia siebie nawzajem, szukanie spojrzenia tej drugiej osoby w tłumie, ciągłe myślenie o sobie, to było tak urocze i piękne, że szalały mi w brzuchu motylki. Nie mogę się doczekać, aż w końcu przeczytam drugą część, bo nigdy nie miałam ich dość.

Nawet nie wiem jak określić słowami uczucia, które pojawiły się we mnie podczas lektury tej książki. Myślę, że trzeba ją po prostu samemu poczuć - pokochać tych bohaterów, poczuć ich historię, przeżyć ją. Nie mogę się doczekać całej tej przygody, która dopiero przed nami. Jestem przekonana, że będzie to jedna z tych, które zostaną ze mną na długi, długi czas. I nie mogę się doczekać lektury drugiej części, a potem każdej kolejnej, dzięki której jeszcze bliżej poznam tych bohaterów.



CHLOE WALSH to autorka międzynarodowych bestsellerów, która pochodzi z małego miasta, w pięknych okolicach zachodniego Cork na południowym brzegu Irlandii. Mieszka z dwójką dzieci oraz wysokim, ciemnowłosym i przystojnym mężczyzną swojego życia - Garrym - oraz z przerośniętym szczeniakiem. Jest typową dwudziestodziewięciolatką z pasją do czytania i jeszcze większą pasją do pisania. Niezwykle dumna orędowniczka zdrowia psychicznego - Chloe nie ukrywa osobistych walk i przekłada je w swojej twórczości.


Tytuł: Binding 13. Część 1
Autorka: Chloe Walsh
Seria: Boys of Tommen. Tom 1.1
Data premiery: 29.06.2023
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 486
Ocena: 9/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem NieZwykłe:


Czytaj dalej »

piątek, 15 września 2023

Alice Oseman - I Was Born for This



W życiu Angel Rahimi liczy się tylko jedno: The Ark – pop-rockowe trio chłopaków, które podbija świat. Jako członkini ich fandomu zyskała wszystko, co kocha – przyjaciółkę Juliet, marzenia i swoje miejsce w świecie. Jej muzułmańska rodzina nie pochwala zachwytów Angel, ale dziewczyna podskórnie czuje, że są w niej emocje i tęsknoty, których jej bliscy nigdy nie zrozumieją.

Jimmy Kaga-Ricci wszystko zawdzięcza The Ark. Jest frontmanem zespołu, a gra w kapeli z przyjaciółmi to spełnienie jego marzeń, nawet jeśli tylko podsyca jego niepokój. Choć fani w pełni akceptują fakt, że Jimmy jest osobą trans, są stale obecni w jego życiu, trzymając kciuki za relację Jimmy’ego z wieloletnim przyjacielem i kolegą z zespołu, Rowanem. Jednak Jimmy i Rowan są tylko przyjaciółmi, a Rowan ma sekretną dziewczynę, o której fani nigdy się nie dowiedzą.

Marzenia nie zawsze spełniają się tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Kiedy Jimmy i Angel niespodziewanie zbliżają się do siebie, odkrywają, jak dziwne i zaskakujące może być zmierzenie się z rzeczywistością.


"I Was Born for This" to książka dla każdego, kto kiedykolwiek miał (lub ma) obsesję na punkcie jakiegoś zespołu. To historia dla tych, którzy w muzyce i fandomie znaleźli spokój i swoje własne miejsce, gdy rzeczywistość zdawała się być nieznośna. Chociaż za mną są już te lata i czytając tę książkę czułam się odrobinę staro, tak ta drzemiąca we mnie była nastolatka poczuła się rozumiana i widziana - zresztą, jak zawsze podczas czytania książek Alice Oseman.

Autorka przedstawia nam dwie zupełnie różne perspektywy tej historii. Z jednej strony mamy nastoletnią Angel, największą fankę zespołu The Ark, która żyje i oddycha ich muzyką. Samotnie wyrusza w odwiedziny internetowej przyjaciółki, z którą ma spotkać się po raz pierwszy w życiu i wybrać się na ich pierwszy koncert zespołu. Natomiast z drugiej strony dostajemy pierwszorzędny wgląd w życie The Ark, poznając perspektywę Jimmy'ego, frontmana zespołu, który przechodzi właśnie przez trudny okres w swoim życiu i zaczyna kwestionować swoją sławę i miejsce w zespole. Co się stanie, gdy te dwa zupełnie różne światy się zderzą?

Na samym początku ostrzegam, bo wiem jak brzmi opis - ta historia to pod żadnym pozorem nie jest romans. Właściwie romans to ostatnie, o czym bym pomyślała, opisując tę książkę. Dla mnie jest to przede wszystkim historia mocno skupiająca się na rozwoju bohaterów, na ich przeżyciach i turbulencjach emocjonalnych, relacjach z innymi, ale też z samym sobą. Zestawienie dwóch tak różnych od siebie perspektyw - fanki i idola - naprawdę pozwala nam dostrzec dwie zupełnie różne wersje życia i to jak łatwo jest nam idealizować innych. Czasami czytając przemyślenia Angel, obserwując jej miłość do The Ark i to, ile w stanie byłaby zrobić dla nich, czułam wewnętrzne zażenowanie, przypominając sobie siebie sprzed wielu lat. W końcu kto z nas nigdy nie oszalał na punkcie jakiegoś celebryty? Osobiście jednak nie za bardzo wciągnęłam się w tę część historii, która skupiała się na niej - być może dlatego, że nie jestem odpowiednim odbiorcą tej książki i czułam się bardzo odseparowana od jej przeżyć.

Natomiast rozdziały, które przybliżają nam życie Jimmy'ego, Listera i Rowana... to był emocjonalny rollercoaster. Wszyscy jesteśmy świadomi wad i zalet życia gwiazd, a jednak przebywanie w głowie jednej z osób, które z pierwszej ręki przeżywają ciężką pracę, brak prywatności i rozkładanie ich życia na czynniki pierwsze, naprawdę dawało momentami w kość. Rozdziały z perspektywy Jimmy'ego są tak... surowe. Prawdziwe. Trudne. Ukazują bolesną prawdę, że chociaż może nam się wydawać, że ktoś ma wszystko - sławę, miłość, szczęście, pieniądze - tak naprawdę za kulisami może dziać się tak wiele rzeczy, o których nikt nie wie. Ataki paniki Jimmy'ego, alkoholizm Listera, ukrywanie związku przez Rowana i tak naprawdę brak kontroli nad jakimkolwiek aspektem ich życia, to wszystko było momentami wręcz zbyt prawdziwe. Alice Oseman zawsze imponowała mi umiejętnością ukazania zmagań z problemami właśnie takimi, jakie są. Nie boi się pokazywania tych brzydkich, trudnych momentów, poruszania tematów tabu. Czasami musiałam sobie robić przerwy, siedząc w głowie Jimmy'ego, która potrafiła być naprawdę mroczna, bo jego myśli, jego cierpienie i samotność stawały się przytłaczająco realistyczne.

Chyba właśnie to podobało mi się w tej książce najbardziej - to, że otwarcie ukazuje, że mamy prawo czasami poczuć się źle i poprosić o pomoc innych. I że stara się przekazać, że stawianie swojego zdrowia psychicznego na pierwszym miejscu jest najważniejsze i nikt nie powinien sprawiać, że poczujemy się z tego powodu źle. Nieważne z czym się zmagamy, kim jesteśmy, jak żyjemy, każdy z nas ma prawo powiedzieć "stop", zrobić sobie przerwę i zadbać o siebie. Historia Jimmy'ego świetnie ukazuje, jak ważne jest poznanie swoich granic i limitów, nauczenie się odmawiania innym. W końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi - nawet tak wielkie gwiazdy, które zdają się nam być ze stali. 

Mam wrażenie, że nie jestem niestety odpowiednim odbiorcą tej historii, bo myślę, że bardziej przemówi do młodszych, nastoletnich czytelników, ale doceniam ją tak, jak każdą inną książkę Oseman. Porusza wiele ważnych tematów - czy to zdrowia psychicznego, uzależnień, religii, toksycznych związków, czy przyjaźni i relacji z rodziną. Niestety nie potrafiłam się w nią zaangażować tak, jak w przypadku jej innych książek i pod koniec czułam się odrobinę nieusatysfakcjonowana. Szczególnie, że pewne wątki się po prostu urywają i pozostają otwarte. Mimo wszystko i tak uważam, że każda książka Oseman jest warta przeczytania - mało kto potrafi tak prawdziwie ująć w słowa uczucia i doświadczenia wielu różnych ludzi na świecie. 


Alice Oseman - brytyjska pisarka, autorka wielu komiksów i jednocześnie studentka anglistyki na Uniwersytecie Durham. Jej pierwsza publikacja została wydana, gdy miała 17 lat. W swoich historiach skupia się na życiu nastolatków we współczesnej Wielkiej Brytanii.


Tytuł: I Was Born for This
Autor: Alice Oseman
Data premiery: 17 maja 2023
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 448
Ocena: 7/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Jaguar:

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia