piątek, 23 sierpnia 2019

Samantha Young - (Nie)zwyczajna



Nazywam się Comet Caldwell.
I nienawidzę swojego imienia.
Ludzie spodziewają się niesamowitych rzeczy po dziewczynie o imieniu Comet. 
Kogoś wyluzowanego, kogoś, kto potrafi rozświetlić pokój, tak jak kometa przemierzająca niebo.

Ale Comet nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Nie może się doczekać, aż ukończy liceum w Edynburgu i wyjedzie studiować gdzieś daleko.

Nowy uczeń Tobias King przeprowadza się ze Stanów i powoduje zamieszanie w szkole, a Comet sądzi, że rozgryzła tego bad boya. Jednak potem bohaterowie są zmuszeni pracować razem nad szkolnym zadaniem i zaczyna się między nimi tworzyć wyjątkowa więź.

Samantha Young wie, jak napisać dobry romans, dlatego zawsze z chęcią sięgam po jej nowe książki. (Nie)zwyczajna to najnowsza jej powieść na naszym rynku i chociaż jestem kilka miesięcy spóźniona, cieszę się, że udało mi się wreszcie do niej zasiąść. Tym razem autorka przedstawia nam historię young adult, coś innego niż znanego nam dotychczas. Miałam okazję przeczytać tylko jedną jej książkę YA ("Nieznośny Ciężar Tajemnic") i muszę przyznać, zostałam pozytywnie zaskoczona. Okazało się, że kolejne podejście także było sukcesem.

Comet Caldwell większość swojego życia spędziła czując się samotnie. Jej rodzice są tak zaabsorbowani sobą i swoją sztuką, że nie zwracają na nią uwagi, nie wspominając o tym, że tak naprawdę nigdy jej nie chcieli. Co prawda ma pieniądze, dom, jedzenie, ale brakuje jej najważniejszego - miłości. Tymczasem żyje ze swoimi rodzicami jak ze współlokatorami. Ma dwójkę najlepszych przyjaciółek, ale nawet z nimi czasami czuje się jak piąte koło u wozu. Nawet w szkole uznawana jest za dziwaczkę, bo inaczej się ubiera, lubi się uczyć i nienawidzi być w centrum uwagi. Dlatego tak bardzo kocha uciekać w fikcyjny świat. Jej pokój pełen jest regałów wypełnionych od dołu do góry książkami, jej ulubioną ucieczką od problemów. Uwielbia także pisać wiersze, w których może szczerze i bezwstydnie podzielić się swoimi myślami i na chwilę dać upust emocjom.

Jak żyć pełnią życia,
Kiedy nikogo nie możesz nazwać towarzyszem?
Jak pogodzić się z tym, że życie
Jest tylko nieustającym przypływem?

Kiedy w jej szkole pojawia się nowy uczeń z Ameryki, Tobias King, od razu poznaje w nim kłopoty. Przypomina jej typowego bohatera książek, które czyta - atrakcyjny, mroczny, typowy bad boy, za którym oglądają się wszystkie dziewczyny. Najgorsze jest jednak to, że rozpoznaje w swoim ciele te reakcje, o których piszą wszystkie autorki. Comet nie może sobie jednak pozwolić na zauroczenie tym chłopakiem, dlatego stara się o nim w ogóle nie myśleć. Jej plan legnie w gruzach, kiedy nauczyciel łączy ich w parę i zmusza do wspólnej pracy nad szkolnym projektem. Kiedy ta dwójka zaczyna spędzać razem czas poza szkołą, nagle wytwarza się pomiędzy nimi przyjaźń, której się nie spodziewali, a której być może oboje tak bardzo potrzebowali.

Uwielbiam to, że Comet jest jedną z nas. Zapaloną książkoholiczką, która na okrągło oceniana jest za to, że kocha literaturę i ucieka się w świat fikcyjny. Znalazłam z nią wiele wspólnych cech i chyba jeszcze nigdy nie poczułam się tak połączona z bohaterką, jak z nią. Niektóre jej myśli, zachowania, to wszystko co chwilę przypominało mi mnie i chociaż z jednej strony było to dziwne, to z drugiej jednak byłam zachwycona, że znalazłam bratnią duszę w książkowej postaci. Comet jest osobą bardzo nieśmiałą, przez co życie towarzyskie i sytuacje, które inni ludzie uznają za normalne, są dla niej mega stresujące i wymagają dużo wysiłku. Jako osoba, która cierpi na fobię społeczną i wie, jak ciężkie jest z nią życie, w wielu momentach się z nią solidaryzowałam. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy naokoło ją oceniali i nie próbowali zrozumieć, że nie każdy tak łatwo nawiązuje nowe relacje, chodzi na imprezy, czy wychodzi spoza swojej strefy komfortu. Comet bardzo dojrzewa pod wpływem doświadczeń i zmienia się w silną, odważną osobę, wbrew swoim granicom. Stawia na siebie i dlatego jej historia jest tak inspirująca.

Właśnie o to chodzi w życiu tu i teraz. O akceptację faktu, że większość ludzi nie jest jak heroiczne postacie z książek. Ludzie mogą być wyjątkowi, ale przez większość dni mają wady i są zwyczajni. A ci zwyczajni czasem mają rany, które nie goją się nigdy.

Tobias nie jest prostą postacią, a tak naprawdę przez długi czas nie mogłam go rozgryźć. Autorka rzeczywiście przedstawiała go jako typowego bad boya, który do szkoły chodzi z wielką łaską, w głowie mu imprezy i dziewczyny, niczego nie traktuje na serio. Nie wiedziałam co o nim myśleć dopóki Comet nie zaczęła się z nim bliżej poznawać, a wtedy i my dostaliśmy wgląd w jego wnętrze. Okazuje się, że nic nie jest takie, jak wygląda. I chociaż nie pochwalam jego zachowania, to każdy z nas reaguje inaczej na kłody, jakie życie rzuca nam pod nogi. A Tobias w tak młodym wieku został obarczony wieloma problemami i narzucił sobie obowiązek pomocy komuś, kto tej pomocy nie chce. A każdy kto był w takiej sytuacji wie, że niemalże niemożliwe jest uratować kogoś, kto nie chce być uratowany.

Nie będę ukrywać, przez pierwsze sto stron nie mogłam się w tę książkę wkręcić. Cały czas czekałam na coś, co mnie zaciekawi, bo tak naprawdę miałam wrażenie, że autorka niepotrzebnie rozciąga wprowadzenie, powtarza sytuacje i zaczynałam się nudzić. Na szczęście im dalej tym lepiej, bo w końcu zaczęło się coś dziać. W momencie kiedy Tobias i Comet zaczęli się przyjaźnić, historia nabrała rozpędu. Od razu pokochałam relację, jaka wytworzyła się między nimi. Mogli porozmawiać ze sobą o wszystkim, o rzeczach ważnych i mniej ważnych, a ich przyjaźń sprawiła, że przestali czuć się samotni. Niestety Tobias nie chciał dzielić się ich przyjaźnią z resztą świata, dlatego nikt poza nimi nie wiedział, że poza szkołą spędzali razem każdą ważną chwilę. Aż do momentu kiedy nakrywa ich Stevie - kuzyn Tobiasa, chłopak, za którym Comet nie przepada. Dziwnym zrządzeniem losu jednak w końcu i on zostaje członkiem ich małej paczki. I wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby nie to, że Stevie skrywa w sobie wiele mroku, który wychodzi na jaw w nieprzyjemnym momencie.

Kiedy kocha się kogoś tak, jak kochaliśmy my, istnieje tylko tymczasowe "na zawsze". Trzeba wiedzieć, że to, co jest, jest na całe życie, ale życie zmienia się z sekundy na sekundę. Więc nie ma na nic gwarancji.

Historia Steviego zainteresowała mnie chyba jeszcze bardziej, niż wątek miłosny między Comet, a Tobiasem. Oczywiście i tamtą dwójkę pokochałam, ale było coś takiego w tym smutnym, poturbowanym przez los chłopaku, że moje serce mnie dla niego bolało. Jego historia szybko obrała drogę, której nawet się nie spodziewałam i posiekała moje serce na tysiąc drobnych kawałeczków. Nawet nie spodziewałam się, że podejdę do tego tak emocjonalnie, ale w pewnych momentach płakałam tak bardzo, że musiałam przerwać lekturę, bo nic nie widziałam. Samantha Young wie, jak wywołać w czytelniku skrajne emocje i tym razem także jej się to udało.

Ta książka to tak więcej, niż zwykła historia miłosna. I chociaż na początku tak się nie zapowiadało, nie twierdzę też zresztą, że to historia wolna od wad, ale jest bardzo inspirująca i na swój sposób wyjątkowa. Young porusza tu wiele ciężkich tematów, które wywołują różne skrajne emocje. Od problemów rodzinnych, czy między przyjaciółkami, po znęcanie się w szkole, uzależnienie, radzenie sobie ze śmiercią i wiele, wiele innych, które pozostawię wam do odkrycia. Bohaterowie i relacje między nimi przechodzą wiele zmian, niektóre dojrzewają, niektóre się rozpadają - tak, jak to bywa w życiu.

[...] czasami to, co nas najbardziej uszczęśliwia, jednocześnie najbardziej przeraża. Czasami bycie szczęśliwym jest równoznaczne z wykazaniem się odwagą.

"(Nie)zwyczajna" to piękna, emocjonalna historia. Na pierwszy rzut kolejna schematyczna historia miłosna, ale uwierzcie mi - ta książka skrywa w sobie o wiele więcej. Niby prosta, nieskomplikowana, a jednak ma inspirujący przekaz. Samantha Young opowiada historię o pierwszej miłości, trudach dorastania, problemach rodzinnych, przyjaźniach. Wielokrotnie złamała mi serce i chociaż na początku trudno mi się było w nią wkręcić, tak w końcu nie mogłam się oderwać. Polecam.
SAMANTHA YOUNG to młoda autorka, która ma już na swoim koncie wiele sukcesów. Powieści takie jak "Szkoła uwodzenia", "Wbrew zasadom" czy "Wszystkie odcienie pożądania" zdobyły wielkie uznanie na rodzimym oraz europejskim rynku wydawniczym. Wszystkie wymienione pozycje zostały napisane z niebanalnym i niemal niedoścignionym kunsztem jakim autorka dowodzi, iż wszelkie nominacje na listach bestsellerów New York Timesa i Wall Street Journal nie były bezpodstawne. Dziewiętnaście pozycji w wieku dwudziestu ośmiu lat to doskonały bilans - jednak nie można jej zarzucić, że pisze na akord, lecz z natchnieniem jakiego brakuje wielu innym twórcom. Samantha Young to rozchwytywana powieściopisarka, której opowieści grają na naszych uczuciach i wszystkich zmysłach, i dla których warto poświęcić nie jeden wieczór na lekturę.


Tytuł: (Nie)zwyczajna
Autor: Samantha Young
Tytuł w oryginale: The Fragile Ordinary
Data premiery: 5 czerwca 2019
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 365
Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki.





Czytaj dalej »

wtorek, 20 sierpnia 2019

Penelope Bloom - Jej Wisienki


Jak poznałem Hailey?
Cóż, dżentelmen nigdy się nie przechwala…
Na szczęście ja nie jestem dżentelmenem.
Najpierw zapłaciłem za jej wisienki, a potem skradłem jej bukiecik.
A jeszcze później? Zostawiłem swoją wizytówkę i wyszedłem.

Jak poznałam Williama?
Wszedł do mojej piekarni, kupił placek z wiśniami, ukradł wazon pełen kwiatów – wciąż nie mam pojęcia, po co mu one były – i zostawił wizytówkę.
Nie uratował mojego podupadającego interesu, nie sprawił, że mój walnięty były chłopak się odczepił, ale bardzo chciałam, żeby rozwiązał mój inny problem… dwudziestopięcioletniego dziewictwa.
Dlatego wiedziałam, że wykorzystam tę wizytówkę. I wiedziałam, że jestem w tarapatach, kiedy usłyszałam w telefonie ten jego seksowny, głęboki głos: „Wciąż pragnę twojej wisienki. Jest szansa na dostawę do domu?"

Swego czasu na bookstagramie było bardzo głośno o książce "Jego Banan", która wiele czytelniczek skusiła niespotykanym tytułem i okładką, a przede wszystkim przezabawnym opisem, który zapowiadał świetną lekturę. Trochę gorzej książka wypadła w praktyce, co jednak nie oznacza, że się przy niej świetnie nie bawiłam. Na pewno na tamten czas czytało mi się ją miło, a i kilka razy się zaśmiałam. Czekałam jednak aż znajdę czas na drugą część, jaką jest pozycja "Jej Wisienki", bo wielokrotnie widziałam opinie, że wypada ona jeszcze lepiej i jeszcze zabawniej. I świeżo po lekturze ja również przyznaję - ta książka doprowadziła mnie do łez ze śmiechu i zdecydowanie przyćmiła swoją poprzedniczkę. Penelope Bloom napisała świetną książkę na kilka godzin, będącą połączeniem rewelacyjnego humoru, wielowarstwowych postaci i przyjemnej, uroczej historii miłosnej.

Hailey to przesympatyczna kobietka, która zaraża swoim uśmiechem i ciepłem. Dziewczyna prowadzi dość poukładane życie. W prowadzenie swojej cukierni wkłada pasję oraz serce i chociaż coraz bardziej dają o sobie znać problemy finansowe i wiza bankructwa, ona się nie poddaje. Cały swój wolny czas poświęca jej rozwojowi, przez co nie ma czasu na życie towarzyskie. A przynajmniej tak sobie to tłumaczy. Niestety, nie ma ani klientów, ani pieniędzy, ani chłopaka. Jej siostra i współpracownik nie dają jej spokoju, ciągle wypominając jej dziewictwo w wieku dwudziestu pięciu lat. I chociaż samotność zaczyna jej doskwierać, związki międzyludzkie nie są dla niej tak proste, jak mogłoby się wydawać. Jest dość nieśmiała i ciągle pamięta ostatni raz, kiedy z kimś była. Wszystko zakończyło się nieprzyjemnie, a konsekwencje tego związku dotykają ją do dziś.

Kiedy jej przyjaciel rzuca jej wyzwanie polegające na flircie z pierwszym mężczyzną, który zamówi jej wiśniową tartę, postanawia pokonać swoje bariery i dać szansę losowi. Nie spodziewała się jednak, że tym mężczyzną będzie on - niezwykle atrakcyjny biznesmen, przy którym język jej się zaplątał, a policzki nabrały intensywnie czerwonego odcienia. Przystojny facet, nie kto inny, jak brat bliźniak naszego Bruce'a, bohatera pierwszego tomu. William to mężczyzna lubiący zabawę, lekkoduch, przy tym też arogancki i można by powiedzieć, irytujący. Bardzo często robi rzeczy, do których normalni ludzie nie zdołaliby się posunąć. Na dodatek jest kleptomanem i niekoniecznie się z tym ukrywa. A nawet mimo tego tej postaci po prostu nie da się nie polubić. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo do czego następnie się posunie. Ten facet potrafił wkraść się na przyjęcie, ukraść łódź ratunkową i nie czuć przy tym ani krztyny poczucia winy. Gdy w oko wpada mu Hailey, nie podda się łatwo, dopóki jej nie zdobędzie.

Nieważne jak głupio i przewidywalnie może brzmieć opis tej książki, dawno nie śmiałam się tak bardzo podczas lektury. Z każdą kolejną stroną tylko bardziej i nim się obejrzałam, przekręcałam już ostatnią kartkę. Owszem, nie jest to książka górnych lotów, nie ma co się w niej nie wiadomo czego doszukiwać, ale okazała się być idealną komedią romantyczną na chwilę. Hailey i William to na pierwszy rzut oka połączenie, jakie nie miałoby szansy zaistnieć, ale przecież już niejednokrotnie się przekonaliśmy, że przeciwieństwa się przyciągają. On jako lekkoduch, a ona bardziej ułożona dopełniali się idealnie, a w rezultacie dostaliśmy kilka przekomicznych scen, które nie tylko bawiły, ale też ocieplały serducho. A brew temu, że i tytuł, i wielokrotnie docinki o dziewictwie mają podtekst erotyczny, wcale nie ma tu za wiele scen seksu. Jeśli już się pojawiają, są one z jakiegoś powodu. Autorka bardziej skupia się na tym, aby w prawidłowy sposób rozwinąć relację bohaterów i niczego nie pośpieszać. Co nie oznacza, że nie przeczytamy tu wywołujących rumieńce komentarzy, bo takich jest tu pełno. Równocześnie dzięki nim lektura tej pozycji była tak zabawna.

"Jej Wisienki" bez dwóch zdań wygrywa ze swoim poprzednikiem. Książka jest błyskotliwa, zabawna, słodka i idealna, gdy na kilka godzin potrzebujemy zniknąć ze świata. Być może nie jest to historia, która zapada w głowie na dłużej, ale nie szkodzi - Hailey i William z pewnością przyniosą wam masę rozrywki na czas lektury. Czasami przecież każdy potrzebuje takiej książki. Więc jeśli nie macie większych oczekiwań, a pragniecie dobrej komedii romantycznej, ta pozycja z pewnością was zadowoli. Polecam!

PENELOPE BLOOM - Bestsellerowa autorka według "USA Today", jedna z 5 najpopularniejszych autorek na Amazonie! Kocha pisać o takich romansach, jakie sama chciałaby przeżyć. Podobają jej się mężczyźni o grzesznych myślach i złotym sercu skrzętnie za nimi ukrytym. Żeby na poważnie zająć się pisaniem, porzuciłam pewny etat nauczycielki. Zawsze marzyła o tym, by zostać pisarką, i w końcu postawiła wszystko na jedną kartę, by udowodnić swoim córko, że nie ma rzeczy niemożliwych ani marzeń zbyt wielkich i śmiałych - niezależnie od tego, co mówią nam inni. Wszystkie bezsenne noce, fale zwątpienia i ataki lęku warte były tego, by stać się żywym dowodem na to, że chcieć znaczy móc. Pisanie okazało się dla Penelope niezwykłą podróżą, w trakcie której odkrywała siebie i swój niepowtarzalny styl.


Tytuł: Jej Wisienki
Autor: Penelope Bloom
Seria: Obiekty Pożądania. Tom 2
Tytuł w oryginale: Her Cherry
Wydawnictwo: Albatros
Data premiery: 5 czerwca 2019
Liczba stron: 254
Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!


Czytaj dalej »

niedziela, 18 sierpnia 2019

Mona Kasten - Save Us


Czy mogą ocalić siebie? A może zniszczą się nawzajem?

Ruby jest w szoku: została zawieszona przez Maxton Hall College. A co najgorsze, wszystko wskazuje na to, że odpowiedzialny za to jest nikt inny, tylko James. Ruby nie może w to uwierzyć - nie po tym, przez co przeszli razem. Oboje muszą się zastanowić, czy światy, w których żyją, nie są dla siebie zbyt odległe...

Próbowałam się powstrzymać przed natychmiastowym sięgnięciem po trzeci tom, jakoś opóźnić jego lekturę, bo nie chciałam tak szybko się żegnać z tymi bohaterami... no ale mi nie wyszło. Nie po takim zakończeniu. Byłam jednocześnie gotowa i niegotowa. Rozumiecie ten stan? Kiedy po prostu chcecie już poznać zakończenie, ale w tym samym czasie też wolelibyście je jak najbardziej przedłużać? Niestety nie mam wystarczająco cierpliwości i od razu wzięłam się za lekturę "Save Us". Przepadłam w jednej krótkiej chwili.

Gdy pod koniec "Save You" do dyrektora Maxton Hall trafiło kompromitujące nagranie z udziałem Ruby i jej nauczyciela, wszystko zostało zrujnowane. Graham został natychmiastowo zwolniony, a Ruby wyrzucona ze szkoły. Na dodatek wszystko wskazywało na to, że za filmikiem stoi nie kto inny, jak James. Dziewczyna nie może uwierzyć, że po tym wszystkim, przez co przeszli, on ponownie ją zranił i przyczynił się do ruiny całej jej przyszłości. On jednak ma dość tego, że wszyscy ciągle chcą kontrolować jego życie. Pragnie uwolnić się od toksycznego ojca i naprawić wszystkie błędy. Tym razem nie pozwoli, aby ktokolwiek zranił jego ukochaną dziewczynę oraz siostrę.

W tej części moje serce wybuchło niemożliwą do wytłumaczenia miłością do każdego pojedynczego bohatera tej serii. Owszem, każde z nich zaskarbiło sobie moją sympatię w taki czy inny sposób już wcześniej, ale dopiero w obliczu nadchodzącego pożegnania zdałam sobie sprawę, jak bardzo się do nich przywiązałam i jak bardzo nie chcę tej serii kończyć. Nie pomogło też to, że tutaj do głosu dochodzą niemalże wszyscy ważni bohaterowie - Ruby, James, Lydia, Ember, a także Graham, czy Alistair. Przez to poczułam jeszcze większe przywiązanie do każdego bohatera i im bardziej zbliżałam się do końca, tym bardziej nie tego chciałam.

Spodziewałam się, że ta część ponownie rozerwie mi serducho, ale mam wrażenie, że czytało mi się ją najspokojniej. Co prawda nie zabrakło momentów, kiedy chciałam przytulić któregoś z bohaterów i odebrać cały ból, ale jednak było lżej, niż myślałam. Począwszy od głównej pary, czyli Jamesa i Ruby, którzy zaskoczyli mnie tym, jak dojrzały stał się ich związek w porównaniu z chociażby tomem pierwszym. Po tym jak Ruby zostaje wyrzucona ze szkoły, cały jej świat staje na głowie. Jej rodzice nie chcą słuchać jej wyjaśnień, marzenie o Oksfordzie się oddala, a na dodatek James po raz kolejny ją rani. Utrata swoich marzeń i planów boli niemiłosiernie, więc cierpiałam razem z nią. Jednocześnie bolało mnie też serce z powodu Jamesa, który po raz kolejny został wplątany w intrygi swojego okropnego ojca, którego niejednokrotnie miałam ochotę rozdeptać jak wstrętnego karalucha. Nie rozumiem jak którykolwiek rodzic tak bardzo może ranić swoje własne dzieci. Byłam dumna, kiedy chłopak wreszcie mu się postawił i zaczął walczyć o swoje marzenia. James i Ruby okazali się być prawdziwymi partnerami, takimi na dobre i na złe, którzy są przy tej drugiej osobie nieważne jak ciężko się robi. Kocham ich całym serduszkiem i żałuję, że nie dostaliśmy trochę więcej takich "szczęśliwych" scen, bez widma porażki, beznadziejnego ojca i straconych marzeń. Bardzo chętnie przeczytałabym więcej.

W tej części jeszcze bardziej bolało mnie serce przez sytuację, w jakiej znaleźli się Lydia i Graham. Tu po raz kolejny nie mogę uwierzyć, jakim skurczybykiem okazał się własny ojciec Lydii. To, co jej zrobił zmroziło mi krew w żyłach i wywołało potok łez. Nie mogłam uwierzyć, że posunął się do takich czynów, a jednocześnie wcale nie byłam zdziwiona. Jedynym plusem jest to, że Lydia i Graham wreszcie zaczęli pracować nad swoim związkiem. Żałuję tylko, że nie dostaliśmy trochę więcej ich historii.

Najbardziej jednak czuję się rozczarowana, że autorka poświęciła tak mało uwagi Alistairowi i Keshavowi oraz Ember i Wrenowi. Co prawda teraz bohaterowie wreszcie dochodzą do głosu i ich problemy zostają rozpracowywane, aczkolwiek nie mogę pozbyć się tego poczucia niedosytu. Żałuję bardzo, że autorka nie poświęciła im więcej czasu, może osobnej części. Chemię między Alistairem i Keshem wyczułam już w pierwszym momencie i mocno im kibicowałam, nawet wtedy, kiedy raz za razem łamali mi serducho. Osobiście jest to moja druga ulubiona para, której niesamowita chemia i przyciąganie nie do końca zostały wykorzystane. A może mówię tak tylko, bo tak ich pokochałam, że ciągle było mi ich mało. Jeśli chodzi o Ember i Wrena, to myślę, że oboje potrzebowali tej relacji, jaka się między nimi wytworzyła. Zabrakło mi tych kilkunastu stron, żeby pokazać jak ich relacja wygląda później, zupełnie jak w przypadku Kesha i Alistaira, bo przyznam szczerze, że bardziej polubiłam ich jako przyjaciół, niż coś więcej.

No i mamy też postać Cyrila, na przykładzie którego Mona Kasten wspaniale pokazuje, że nie ma ludzi tylko złych, czy tylko dobrych. Chłopak zdecydowanie nieźle namieszał w życiu bohaterów i popełnił wiele błędów, ale cieszę się, że jego przyjaciele go nie zostawili, a starali się naprowadzić go na lepszą drogę. Nadal nie mogę wyjść z podziwu jak wspaniałomyślni i dobrzy okazali się w niektórych sytuacjach. Moja miłość do tych postaci jeszcze bardziej w takich momentach wzrastała. No i na koniec muszę też wspomnieć o kierowcy Beaufortów - Percym, oraz ich ciotce - Ophelii, których niesamowicie polubiłam.

"Save Us" to idealne zakończenie historii grupki ludzi z Maxton Hall, której koniec był dla mnie trudny i bolesny, a nawet pozostawił trochę niedosyt. Gdyby była taka możliwość, z ogromną chęcią przeczytałabym jeszcze jedną część, może skupioną bardziej na bohaterach pobocznych, których dostaliśmy zdecydowanie za mało. Nie wiem jak inaczej podsumować tę serię, jak tym, że pokochałam tych bohaterów, pokochałam historie, jakie mieli do opowiedzenia. Autorka jak zwykle świetnie sobie poradziła, tworząc fabułę od której nie można się oderwać i bohaterów, którzy na te kilkanaście godzin stają się jak twoi przyjaciele. Ta historia pełna intryg, pieniędzy, zdrady, samotności, niezrozumienia, a jednak uwielbiam, jak ci bohaterowie na koniec stworzyli niemalże taką małą rodzinkę, gdzie każdy się wspiera i chroni. Długi czas będę za nimi tęsknić i z pewnością jeszcze kiedyś do tej serii powrócę.

MONA KASTEN urodziła się 1992 roku w Hamburgu i jest niemiecką pisarką, która skupia się w swojej twórczości literackiej głównie na nurcie Young Adult. Jest absolwentką bibliotekoznawstwa. Ostatecznie postanowiła podporządkować swoje życie pasji, jaką jest pisanie. Prócz serii  “Maxton Hall”, na którą składają się: “Save Me”, “Save You” i “Save Us”, przygotowała również inne powieści dla młodych czytelników, m.in. książki wchodzące w skład cyklu “Begin Again”. W opisywanych historiach autorka skupia się przede wszystkim na dokładnym przedstawieniu bohaterów i targających nimi emocji, za co pokochały autorkę miliony czytelników na całym świecie.


Tytuł: Save Us
Autor: Mona Kasten
Seria: Maxton Hall. Tom 3
Data premiery: 19 czerwiec 2019
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 351
Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.




Czytaj dalej »

sobota, 17 sierpnia 2019

Przeczytaj rozdział drugiej części spin-offu serii Lux! "The Burning Shadow" Jennifer L. Armentrout | TŁUMACZENIE


Witajcie, kochani! Kilka miesięcy temu mieliśmy okazję poznać pierwszą część losów Evie i Luca z "The Darkest Star. Magiczny Pył", pierwszej części serii "Origin". Seria ta jest spin-offem wszystkim nam dobrze znanego cyklu "Lux". Co prawda nie znamy jeszcze daty premiery drugiej części "The Burning Shadow" w Polsce, ale za to akcje promocyjne w Stanach już dawno ruszyły pełną parą, przygotowując na premierę drugiej części, która zapowiedziana jest na 8 października. Na stronie The Nerd Daily pojawił się promocyjny fragment, który z pewnością spodoba się fanom Lux. Pojawia się tam nie kto inny, jak nasz ukochany Daemon Black, a nawet Dee!

Wiem, że mam tu kilku zagorzałych fanów obydwu serii, więc dzisiaj przychodzę do was z niespodzianką - moim tłumaczeniem tego fragmentu. Miejcie na uwadze, że nie jestem żadną profesjonalistką i bardzo możliwe, że wkradną się tu jakieś błędy ;) Mimo wszystko mam nadzieję, że wam się spodoba. Nie mogę się już doczekać premiery drugiej części!

Piszcie w komentarzu, co sądzicie i czy wy też już się stęskniliście za bohaterami!


***


4

Czułam niepokój w żołądku, kiedy siedziałam na brzegu kanapy.

Problemem mogło być cokolwiek, począwszy od walnięcia się w palec u nogi, skończywszy na ataku na klub. Wszystko było tutaj możliwe.

- Wybaczcie, że wam przeszkadzam – Kent przekrzywił głowę w bok. Nie miałam pojęcia, jak ciężar jego irokeza go nie przewrócił. Pomachał do mnie. – Hej, słoneczko. Cieszę się, że nic ci nie jest. Twoja śmierć byłaby do bani.

Odmachałam mu. Nie widziałam Kenta od czasu ataku Micah. Nie brał udziału w porządkach.

Ponownie skupił się na Lucu.

- To funkcjonariusz Bromberg. Znowu. Tym razem odmawia wyjścia zanim z tobą nie porozmawia.

- Funkcjonariusz? – moje serce stanęło. – Czy coś się dzieje?

- Nic, o co trzeba się martwić, Brzoskwinko – Luc się odwrócił i skierował do kuchni. - Bromberg jest z oddziału SAK, lubi przychodzić tu i zgrywać ważniaka, bo wie, że mamy tutaj niezarejestrowanego Luksjanina. - Luc uśmiechnął się do mnie szeroko, kiedy wyciągał pojemnik ze szkłami kontaktowymi. - Po prostu nie potrafi tego udowodnić.

SAK? To oznaczało, że był tu funkcjonariusz Sił Anty-Kosmicznych, a ja nie miałam pojęcia, dlaczego nikt się tym nie przejmuje.

- Właśnie dlatego zostanę tutaj - usłyszałam głęboki, znajomy głos w drzwiach. Wysoki, czarnowłosy Luksjan stał w drzwiach obok Kenta. Daemon Black. - Jestem zbyt leniwy, żeby zakładać soczewki.

- Albo zbyt przerażony - Luc zażartował, wkładając kontakty, które zmieniały kolor jego oczu z intensywnego fioletu w ciemny brąz. - Powinnaś była zobaczyć pierwszy raz, kiedy to robił. Myślałem, że zwymiotuje. 

Daemon posłał mu spojrzenie.

- Ja też nie znoszę pomysłu soczewek. To całe wsadzanie mojego palca do mojego oka... nie, dziękuję - wtrąciłam, a jeden kącik ust Daemona uniósł się do góry.

- To dlatego, że nie powinnaś wsadzać swojego palca do oka, Brzoskwinko - Luc odpowiedział.

Zignorowałam jego komentarz.

- Jesteś pewien, że nie powinniśmy się martwić obecnością tego funkcjonariusza?

- Nie ma czym - dumnie ruszył w stronę drzwi. - Myślałem, że wychodzisz? - powiedział do Daemona, a kiedy stanęli obok siebie, oko w oko, zastanawiałam się, czy Daemon uznałby mnie za dziwną, gdybym zrobiła im teraz zdjęcie. 

Prawdopodobnie tak.

Więc się powstrzymałam.

- Za chwilę - wparował do mieszkania Luca, jakby należało do niego. - Dotrzymam towarzystwa Evie, kiedy ty będziesz zajęty.

Luc zmrużył oczy i przysięgam, uśmiech Daemona się poszerzył, gdy padł na kanapę obok mnie, zarzucając ramię na oparcie.

- Niedługo wrócę - powiedział Luc, posyłając ostatnie, długie spojrzenie, po czym zahaczył palec o kołnierzyk Kenta i go obrócił. 

Kent pomachał na pożegnanie, po czym drzwi za nimi się zamknęły, a ja siedziałam tuż obok Daemona Blacka. Z jego pofalowanymi, czarnymi włosami i wyrzeźbionymi rysami twarzy był równie piękny, jak jego szmaragdowozielone oczy.

DNA kosmitów niesamowicie wpływało na ciało.

Bawiąc się paskiem mojego aparatu, gapiłam się w telewizor, niepewna co powiedzieć. Włączony był kanał z wiadomościami, ale głośność była tak niska, że nie mogłam zrozumieć co mówią. Na dole leciał pasek z najnowszymi wiadomościami, coś o kwarantannie w Boulder, Kolorado. 

- Nie musisz się martwić funkcjonariuszem - powiedział Daemon, spoglądając na mnie. Jego szmaragdowozielone oczy były tak jasne, że z lekka wytrąciło mnie to z równowagi. - Luc wie co robić. To dla niego tylko kolejny, normalny poniedziałek.

- Nie sądzę, iż to normalne, że funkcjonariusze SAK pojawiają się tutaj od tak - zniżyłam aparat do moich kolan. - Co jeśli znaleźliby dowód na jakiegokolwiek niezarejestrowanego Luksjana przebywającego tutaj?

- Wtedy Luc się tym zajmie.

- Zajmie? W sensie "zajmie" funkcjonariuszem?

- Prawdopodobnie nie jesteś gotowa na tą odpowiedź.

Otworzyłam usta, ale zaraz je zamknęłam. Nie byłam głupia. Nie trzeba geniusza, żeby zrozumieć co Daemon miał na myśli, ale podejrzewać, że Luc uciszyłby funkcjonariusza w sposób "na zawsze" to co innego niż usłyszeć jak Daemon to potwierdza.

Więc zmieniłam temat.

- Nie poszedłeś jeszcze do domu? - zapytałam.

Daemon pokręcił głową.

- Wyruszę dzisiaj, jak zapadnie zmrok. Pokręcę się tu, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku po całym tym gównie z Micah, ale muszę wracać. Moja dziewczyna niedługo urodzi nasze pierwsze dziecko i muszę być przy niej.

- Dziecko? Moje gratulacje! - natychmiastowo wyobraziłam sobie Daemona tulącego niemowlaka i moje jajniki chyba troszkę eksplodowały. - Bycie z dala od niej musi być teraz trudne. 

- Tak jest. Przychodzenie tutaj i dostarczanie paczek to coś, co muszę robić, ale nie mam zamiaru stracić kolejnej sekundy ciąży Kat - powiedział. Paczki to kod na niezarejestrowanych Luksjan. Daemon i inni przewozili ich z ich tymczasowego schronu tutaj w klubie do bezpiecznego miejsca, gdzie mogą żyć bez strachu i bez zmuszania do noszenia dezaktywatorów. Gdzie ich przewozili, nie miałam pojęcia. Nikt mnie w to jeszcze nie wtajemniczył. - To ostatnia podróż, w jakiej biorę udział na jakiś czas, więc niedługo pewnie poznasz mojego brata. 

- Świetnie - wymamrotałam, myśląc o niebezpieczeństwie w jakim byli i ryzyku jakiego się podejmowali. - Czy poznałam twoją...

- Żonę. Nazywa się Kat i poznałyście się kilka razy - Daemon uciekł spojrzeniem. - Luc pewnie się wścieknie, że ci to mówię, ale kiedy ja i Kat zobaczyliśmy cię po raz pierwszy, tańczyłaś.

Moje serce drgnęło. Deamon widział jak tańczę? Nie mogłam w to uwierzyć. Kochałam taniec, ale robiłam to w prywatności mojej sypialni, gdzie mogłam miotać się jak Muppet na haju i nikt mnie za to nie oceniał. Ale Nadia tańczyła przed ludźmi - ludźmi takimi jak Daemon?

- Naprawdę? - zapytałam, czując suchość w gardle.

Pokiwał głową.

Najwyraźniej Nadia - ta stara, nieznajoma ja - miała większe kobiece jaja, niż ja.

No patrzcie.

Z tego co już wiedziałam o życiu Nadii, była odważniejszą, silniejszą i pod każdym względem twardszą wersją mnie.

Pokiwał głową.

- W klubie Harbringer, innym, którego właścicielem był Luc. Już go nie ma, został zniszczony w inwazji, ale tam cię zobaczyliśmy. Byłaś kilka lat młodsza niż Luc, byłaś na scenie i tańczyłaś. Byłaś naprawdę dobra. To było zanim...

Powoli pokiwałam głową, przetwarzając ten mały skrawek informacji. Wiedziałam, co oznaczało zanim. Zanim ci inni Luksjanie, ci, którzy nie zamieszkiwali naszej planety przez ostatnie dekady, anonimowi wśród ludzkiej populacji, dokonali inwazji. Zanim miliony ludzi i Luksjan zostało zabitych w otwartej wojnie. Zanim, kiedy byłam znana jako Nadia Holliday i zanim zostałam tak chora, że umierałam z powodu raka krwi, który nie mógł być wyleczony przez żadnego Luksjanina, czy Origina.

Nie wiedziałam, że był inny klub, a znając przedział czasowy szybko dokonałam przeliczeń. Moje oczy się rozszerzyły, gdy pokręciłam głową. - Luc był właścicielem klubu w wieku trzynastu, czternastu lat?

Pojawił się skrzywiony uśmiech.

- Tak, miałem podobną reakcję, kiedy dowiedziałem się, kim był Luc. Ale to było nawet zanim dowiedziałem się, że istnieją Origini. W każdym bądź razie, później tamtej nocy, podczas gdy ja i Kat rozmawialiśmy z Lukiem, ty wsadziłaś głowę w drzwi. Sposób, w jaki zareagował, gdy cię zobaczyliśmy, dowiedzieliśmy o twoim istnieniu… właśnie tam i wtedy dowiedziałem się, że ja i Luc mamy ze sobą coś wspólnego.

Moje brwi się uniosły.

- Co? Ogłupiająco dobry wygląd?

W odpowiedzi usta Daemona powoli powędrowały w górę, lekko ukazując głębokie dołeczki.

Chwila. Powiedziałam to na głos?

Trochę chciałam dać sobie w twarz. Mocno.

- Tak, to też mamy wspólne, ale nie o tym myślałem - odpowiedział spokojnie. Jego uśmiech zniknął. - Mogę dać ci nieproszoną radę?

- Jasne - odpowiedziałam, ciekawa. Pewnie miała coś wspólnego z moją jazdą, skoro prawie go wcześniej rozjechałam. Co totalnie nie było moją winą, przy okazji. Pojawił się znikąd prosto przed moim samochodem, bez żadnego ostrzeżenia. 

Daemon milczał przez dłuższą chwilę.

- Luc i ja zrobilibyśmy wszystko, aby ochronić tych, których kochamy.

Zamarłam, niezdolna do zrobienia niczego więcej, jak wzięcie płytkiego oddechu, gdy wpatrywałam się w Luksjanina. Nie wiedziałam, jak na to odpowiedzieć.

- Błagałbym, prosił, wykłócał się i zabił, aby ochronić Kat - kontynuował niskim głosem, ale każde jego słowo uderzało we mnie jak błyskawica. - Nic na tym świecie by mnie nie powstrzymało i nie ma niczego, czego bym nie zrobił... to samo Luc czuje w stosunku do ciebie.

Następny wdech utknął mi w gardle, gdy światło rozprzestrzeniło się w moich żyłach. 

Niezdefiniowana ilość szczęścia stała się balonem w centrum mojego mostka, wypełniając mnie. Czułam się, jakbym mogła unieść się do sufitu. Być w ten sposób kochaną? Widziałam taki rodzaj pochłaniającej wszystko, potężnej miłości, gdy Emery patrzyła na moją przyjaciółkę Heidi, więc wiedziałam, że jest prawdziwa, a świadomość, że Luc czuł...

Luc czuł ją do Nadii.

To przypomnienie przebiło cały balon i powróciło mnie do rzeczywistości. 

Sprawy między mną, a Lukiem były skomplikowane i nie miało to nic wspólnego z faktem, że ja byłam człowiekiem, a on Originem, a wszystko z tym, kim byłam kiedyś.

Dziewczyną, którą Luc kochał i stracił - dziewczyną, którą kochał nadal.

Dziewczyną, którą byłam.

Dziewczyną, której nie mogłam sobie przypomnieć, nieważne jak bardzo się starałam.

- Luc kocha Nadię, a ja nią nie jestem - powiedziałam, pocierając moje nagle wilgotne dłonie o spodnie. - Może i byłam nią kiedyś i może wyglądam jak ona, ale nie jesteśmy tą samą osobą.
Daemon ucichł, studiując mnie.

- Może nie masz tych wspomnień, ale to nie oznacza, że nią nie jesteś, ani, że Luc nie czuje w stosunku do ciebie tego, co czuł, gdy znał cię jako Nadię. Był wtedy dzieciakiem, Evie, a był skory poświęcić każdego wokół, aby cię uratować.

Coś w tym pociągnęło za sznurki moich wspomnień. Poczułam błysk czegoś znajomego, ale zanim mogłam to złapać, znikło.

- Co masz na myśli?

- Naprawdę chcesz wiedzieć?

Nie byłam tego pewna, ale pokiwałam głową.

- Tak.

Odchylił się, patrząc w stronę telewizji i opierając kostkę na swoim kolanie.

- Wiesz, że Kat została pojmana przez Daedalusa? - Daedalus był sekretnym oddziałem Departamentu Obrony, odpowiedzialnym za asymilację Luksjan z ludzką populacją na długo przed inwazją, a potem za okropną serię przerażających eksperymentów na Luksjanach oraz ludziach. – Jak to wszystko się potoczyło?

Pokręciłam głową.

- Próbowaliśmy uratować dziewczynę mojego brata i zrobiliśmy to na podstawie informacji od Luca, nawet pomimo tego, że wiedział, iż jeden z nas zostanie złapany, a drugi zrobi wszystko, aby go uwolnić. Przez cały ten czas miał to w planach. Potrzebował jednego z nas wewnątrz, jednego z nas, który zostanie narażony na przeróżne rodzaje serum, zwłaszcza te najnowsze, które tworzyli. W pewien sposób nas wrobił.

Podejrzewałam, że wiem, w którą stronę się to kieruje i poczułam się niedobrze.

- Luc wysłał nas tam po ostatnie serum, jakie Daedalus rzekomo stworzył, aby cię uzdrowić. Nazywało się serum Prometeusza - Daemon kontynuował. - Serum było dla ciebie. Kat i ja mogliśmy umrzeć. Nie umarliśmy, ale inni owszem, Evie, ale mówię ci to teraz, zrobiłby to ponownie, nawet wiedząc, jak to się skończy.

- Kto umarł? - wyszeptałam, zmrożona do ostatniej kości.

- Dużo ludzi. Dużo dobrych ludzi umarło w tej akcji.

Przyszło mi na myśl imię.

- Paris?

- Był jednym z nich.

Otworzyłam usta, ale nie wiedziałam co powiedzieć. Nie mogłam w to uwierzyć. Paris umarł przez Luca.

Przeze mnie.

Na tyle, ile Luc rozmawiał o Parisie, nigdy tego nie wspomniał. Ani razu.

- Skoro Luc stał za tym wszystkim, za pojmaniem przez Daedalusa i śmiercią ludzi, jak możesz się z nim przyjaźnić? - zapytałam.

- Przyjaźnić z Lukiem? - Daemon parsknął i nie ukrywam, to był przyjemny dźwięk, chociaż nie rozumiałam co go tak rozbawiło. - Chyba masz na myśli, jak mogę zapomnieć o fakcie, że niemalże zabił mnie i Kat? To proste. Bo ja zrobiłbym dokładnie to samo, będąc na jego miejscu.

- Naprawdę? - gapiłam się na niego.

- Żebyś wiedziała. Gdyby to Kat umierała i byłaby szansa na uratowanie jej, wepchnąłbym wszystkich w tym budynku pod koła autobusu, wliczając w to ciebie - uniósł ramię, gdy posłałam mu spojrzenie. - Luc i ja zawarliśmy porozumienie.

- To... interesujące porozumienie. - Odsuwając kosmyk włosów z twarzy, spojrzałam na telewizję, dobierając kolejne słowa. - Zrobił te rzeczy dla Nadii, bo ją kochał... myślę, że nadal jest zakochany w Nadii, a ona praktycznie umarła, Daemon. Ja i ona nie mogłybyśmy się bardziej różnić.
Pochylił się w moją stronę, a nasze spojrzenia się spojrzały.

- Gdyby Kat jutro miała stracić wszystkie wspomnienia i nie wiedziała kim jestem, albo kim byłem, nie zmieniłoby to nawet jednej cholernej rzeczy w tym, co do niej czuję. Nadal bym ją kochał tak mocno, jak dzień wcześniej.

Połknęłam gulę w gardle.

- To nie to samo. Wasza dwójka była razem. To nie tak, że ona zniknęła na lata, a potem pojawiła się znowu, nie pamiętając niczego ze swojego wcześniejszego życia.

Jego oczy zaszły czymś mrocznym.

- Kat zniknęła już kiedyś. Nic w stylu ciebie i Luca, ale czas z dala od siebie nie sprawia, że uczucia się zmniejszają. Sprawia jedynie, że jesteś tylko bardziej opiekuńczy i gotowy zrobić rzeczy, których inni by nie zrobili, aby być pewnym, że nic takiego już nigdy się nie wydarzy. 

Odrywając od niego spojrzenie, wgapiałam się w moje skarpetki w kratkę z małymi duszkami. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że to co mówi o Kat jest w stu procentach prawdą, ale sprawy miały się inaczej między Lukiem, a mną.

- I tutaj do gry wchodzi moja nieproszona rada. Czy wierzysz, że Luc kocha cię nadal, nieważne, czy tą dawną ciebie, czy tą teraz, to nie ma znaczenia. On zrobiłby wszystko, byś była cała i zdrowa, a to oznacza, że musisz być ostrożna.

Przez dłuższą chwilę myślałam nad odpowiedzią.
- Dlaczego muszę być ostrożna?

- Ludzie tacy jak Luc i ja? Nie jesteśmy tymi złymi, Evie, ale nie jesteśmy też tymi dobrymi. Rozumiesz, co mam na myśli?

- Nie bardzo.

Spojrzenie Daemona wróciło do mojego.

- Masz władzę nad nim i jego czynami, a przez to, że nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, on jest bardzo niebezpieczny. 

Posłałam mu sceptyczne spojrzenie.

- Nie uważam, że mam nad nim jakąkolwiek władzę, jak miałoby to zrobić z niego niebezpiecznego, albo jakim sposobem to, co robi, albo nie, jest moją odpowiedzialnością.

- Nie mówię, że to twoja odpowiedzialność. Bo nią nie jest. Czyny Luca są jego winą. Mówię tylko, że musisz być świadoma, do czego on jest zdolny.

- Jestem świadoma. Widziałam to, siedząc z pierwszym rzędzie.

- Widziałaś tylko zajawki tego, do czego może się posunąć. I ja również, a lubię myśleć o sobie jako o twardzielu. Moja rzesza fanów by się zgodziła - pojawił się szybki uśmiech, ujawniający głębokie dołeczki. - Ale on mógłby zburzyć cały budynek pstryknięciem palców.

Moje oczy się rozszerzyły, a żołądek opadł. Widziałam, jak Luc wyrywał drzewa wysokie jak drapacze chmur, ale zburzyć cały budynek? - Chyba trochę przesadzasz, nie sądzisz?

Kręcąc głową, odwrócił się do telewizora.

- Moja siostra.

Zmarszczyłam brwi. - Co?

- Moja siostra jest w telewizji.

Głośność podkręciła się bez żadnego dotyku, domyśliłam się, że to Daemon użył jednego ze swoich dziewięćdziesięciu talentów kosmity. Odkręciłam się w stronę TV.

Poznałam mężczyznę. Senator Freeman pojawił się na połowie ekranu z Nowym Jorkiem w tle. Był senatorem jednego z środkowo-zachodnich stanów. Oklahomy? Missouri? Nie wiedziałam, ale facet był mocno przeciwko Luksjanom i za zaostrzeniem PRK - Programu Rejestracji Kosmitów - systemu, który prezydent McHugh próbował przeprowadzić przez Kongres, razem z uchwaleniem Dwudziestej Ósmej ustawy, która zezwalała Luksjanom na te same podstawowe prawa, jak ludzie.

Nie był sam na ekranie. Była tam też dziewczyna, niesamowicie piękna młoda kobieta, która była kobiecym odzwierciedleniem Daemona.

- Dee? - zapytałam, wyciągając to imię z głębin mojej pamięci.

- Tak, to jest Dee.

- Co ona robi w telewizji? - podejrzewam, że jak jej brat, była niezarejestrowana.

- Pełni dzieło Boże - powiedział i się zadziornie uśmiechnął.

Ta Luksjanka była całkowicie opanowana, jej włosy czarne jak noc spięte, a szmaragdowozielone oczy szokująco jasne. Nie potrafiłam rozpoznać, gdzie była. W tle była jedynie biała ściana.

Senator Freeman był czymś przejęty, jego policzki zaczerwienione, a usta ściśnięte w wąską kreskę. - Ciągle powtarzasz, że twój gatunek nie jest niebezpieczny, że można wam zaufać, a jednak wzrosła przemoc między Luksjanami, a ludźmi.

- Nie ma dowodów, że te niefortunne wydarzenia pełne przemocy względem ludzi były dokonane przez Luksjan, jedynie domysły...

- Cała rodzina w Charleston została dzisiejszego ranka znaleziona spalona żywcem - senator Freeman zjadliwie jej przerwał, jego policzki przybrały jeszcze głębszego koloru. - Twierdzisz, że jeden z twoich ludzi tego nie dokonał?

Dee nawet nie mrugnęła, kiedy spokojnie odpowiadała. - Jest wiele powodów, które mogłyby wyjaśnić ich śmierć, innych niż spotkanie z Luksjanem...

- Jak bycie porażonym przez piorun? - zadrwił.

Dee zignorowała jego komentarz. 

- Żadna z tych niezrozumiałych śmierci nie została oficjalnie połączona z Luksjanem, ale są za to niepodważalne dowody przemocy przeciw Luksjanom...

- Doprawdy?

Pokiwała głową.

- Filmiki walk wpłynęły do internetu...

- Filmiki, na których mieszkańcy Stanów Zjednoczonych się bronili.

- Boże, czy pozwoli jej dokończyć jedno zdanie? - wymamrotałam. - Jak ktokolwiek może rozmawiać z tym facetem?

- Przerywa jej, bo nie interesuje go, co ma do powiedzenia - Daemon powiedział, uderzając dłonią o swoje zgięte kolano. - Nie chce, aby ktokolwiek ją usłyszał.

- Nie rozumiem jakim sposobem ona jeszcze nie oszalała i nie przewróciła stołu.

- Poznałaś mnie, prawda? Miała dwadzieścia dwa lata praktyki użalania się z kimś, kto ciągle jej przerywa.

Uśmiechnęłam się.

- Musiałeś ją dobrze przygotować.

- Na to wygląda.

Dee nie była ani trochę zirytowana, gdy senator przerzucił się na kolejną tyradę na temat tego, jak to Luksjanie hurtowo popełniali ludobójstwo, co było przesadą, nawet jeśli Luksjan albo ich grupa byli odpowiedzialni za ostatnie morderstwa - nawet te, za które odpowiedzialny był Micah. On twierdził, że nie miał z nimi nic wspólnego, ale i tak wiedzieliśmy.

- Jest taka młoda - odsunęłam włosy z twarzy. - Jestem zaskoczona, że to ona przeprowadza te wywiady. - Jej młodość to kolejna rzecz, która wyraźnie irytowała senatora, zwyczajnie oceniając po tym, jak się wywyższał. Był definicją wywyższającego się i protekcjonalnego człowieka, a miałam przeczucie, że zwracał się tak do każdej kobiety.

- Nie pozostało zbyt wielu starszych Luksjan - Daemon powiedział. - Większość została zamordowana podczas inwazji i w jej skutkach. Dee w pewnym sensie stała się naszym nieoficjalnym rzecznikiem.

- To bardzo odważne.

- Tak. Większość niezarejestrowanych Luksjan woli się nie wychylać, nie chcąc, aby poznali ich twarze. Ona jest pod dobrą opieką, ale co najważniejsze, niczego się nie boi.

- Archera? - zapytałam. - Twoją?

- Nas wszystkich - jego spojrzenie przeskoczyło na mnie. - Cała nasza społeczność ją ochrania.

- Nie ma czego się obawiać w Luksjanach - Dee powtarzała to już chyba milionowy raz. - Nie jesteśmy bardziej niebezpieczni, niż ludzie. Nie jesteśmy monolityczni, senatorze Freemanie, tak samo jak ludzie. Jeśli mielibyśmy oceniać całą ludzkość po ogromnych numerach seryjnych morderców, masowych mordowań, gwałtów, rasistów, i tak dalej, jakbyście się wtedy czuli?

- Oh, dobre pytanie - spojrzałam na Daemona. Jego głowa była pochylona, odkrywając szyję. - Założę się, że je całkowicie zignoruje.

- Jeśli nie ma czego się obawiać, to dlaczego nie prowadzimy tej rozmowy twarzą w twarz? - Senator Freeman zapytał z dobrze wyćwiczonym uśmieszkiem, ignorując słowa Dee, jak podejrzewałam. - Zamiast tego ukrywasz się w jakiejś nieznanej lokalizacji.

Dee utkwiła stalowe spojrzenie w kamerze. - Bo nikt nie powinien się nas bać, ale nie możemy powiedzieć tego samego o was. O ludziach.


***

Zostawcie w komentarzu swoje opinie! Kto cieszy się tak jak ja, że Daemon i Kat będą mieli dzidziusia? :D 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia