czwartek, 28 grudnia 2017

[Recenzja] Brittainy C. Cherry - Kochając Pana Danielsa



Tytuł: Kochając Pana Danielsa
Autor: Brittainy C. Cherry
Data wydania: 2015-06-17
Liczba stron: 300
Tytuł w oryginale: Loving Mr Daniels
Wydawnictwo: Filia

Nie byłam pewna czy powinnam pisać o tej książce, w końcu jej premiera była ponad dwa lata temu. Ale są książki o których warto pamiętać zawsze, nieważne czy minął rok od premiery, czy 20 lat, a ja zawsze będę uważała, że wszystko co wychodzi spod pióra Brittainy C. Cherry jest warte zapamiętania.

Chyba każdy z nas jest trochę złamany – jedni mniej, inni bardziej. Cz
asami tak trudno się odnaleźć, tak trudno zrozumieć jak przetrwać i jak żyć, gdy wszystko wydaje się nas przytłaczać. Czujemy się samotni, nawet jeśli wokół nas są ludzie, bo to samotność zakotwiona głęboko w naszych sercach i wydaje się, że nic nie może jej uleczyć. „Kochając Pana Danielsa” pokazuje jak wielką moc ma miłość, kiedy nadchodzą trudne dni.

„Bo udawanie szczęścia to niemal jego odczuwanie. Przynajmniej póki nie przypomnisz sobie, że to tylko pozory. Wtedy jest smutno. Naprawdę smutno. Bo noszenie na co dzień maski jest bardzo trudne. A po jakimś czasie jesteś trochę przestraszony, bo maska staje się twoją częścią.”
Ashlyn właśnie pochowała swoją siostrę bliźniaczkę, która zmarła na skutek białaczki. Jej serce jest pełne cierpienia, żalu i tęsknoty. Na prośbę matki przeprowadza się do swojego ojca, którego po raz pierwszy zobaczyła na pogrzebie siostry, i jego nowej rodziny. W pociągu do Edgewood poznaje Daniela – chłopaka o pięknych, niebieskich oczach. Dostając od niego jedynie zaproszenie, wybiera się na występ jego zespołu do baru. Jego muzyka leczy jej złamane serce, jego głos koi jej rany. Szybko okazuje się, że wiele ich łączy. Oboje kochają literaturę i Szekspira. Oboje rozumieją się bez słów. I oboje mają sponiewierane serca, które wracają do życia, gdy są przy sobie. Wszystko się komplikuje, gdy podczas pierwszego dnia w szkole okazuje się, że Daniel to także pan Daniels – jej nauczyciel angielskiego.

„Myślałem, że sobie ciebie wymyśliłem. Myślałem, że żyłem w świecie ciemności i wymarzyłem twoje istnienie. Że w jakiś sposób mój umysł cię stworzył (..). Ale potem uświadomiłem sobie, że nigdy nie potrafiłbym marzyć o czymś tak pięknym. Jesteś powodem, dla którego ludzie wierzą w jutro. Jesteś głosem, który odstrasza cienie. Jesteś miłością, dzięki której oddycham. (..) Nie odchodź. Zostań ze mną na zawsze. (...) Pozwól mi być dla ciebie wszystkim. Zrób ze mnie swoje złoto. Nie. Odchodź.”
Zasiadając do tej lektury, nie bardzo wiedziałam jak się czuć. „Kochając pana Danielsa” swoją premierę miało już ponad dwa lata temu, a ja jakimś sposobem przez cały ten czas unikałam tego tytułu. Wszyscy znamy powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”, prawda? Chyba tak zrobiłam. No, mniej więcej, bo nie oceniłam po okładce (która swoją drogą jest przepiękna), ale po samym opisie. Przez całe swoje życie obejrzałam i przeczytałam tyle pozycji z romansem nauczyciel-uczennica, że nie miałam ochoty zagłębiać się w kolejną. Trochę odepchnął mnie sam nieoryginalny pomysł.

„Kocham cię powoli. Kocham cię głęboko. Kocham cię szeptem. Kocham cię zapamiętale. Kocham cię bezwarunkowo. Kocham cię czule i ostro, wolno i szybko. Poza czasem i na zawsze. Kocham cię, ponieważ po to się urodziłem.”
Okazało się, że nie mogłam być w większym błędzie. „Kochając pana Danielsa” to piękna historia o miłości, która pomaga przetrwać. Wnioskując po tym, że to przecież romans, wszyscy pewnie pomyślą, że mówię o miłości, jaka połączyła Ashlyn i Daniela. I chociaż owszem, zaliczają się tu głównie oni, nie mogę nie wspomnieć o miłości pomiędzy rodziną, przyjaciółmi, a nawet zwykłymi ludźmi, którzy potrafią sprawdzić, że nie czujemy cierpienia i samotności. Autorka wspaniale nakreśliła historię głównych bohaterów, ale również wątki poboczne.

„- Ludzie mawiają, że z czasem powinno być łatwiej, jednak…
- Robi się coraz trudniej – dopowiedziałam, doskonale rozumiejąc (…).
- I wszystkim wokół to brzydnie. Męczy ich, że o tym wspominasz. Zostają naznaczeni twoim smutkiem. Więc zachowujesz się, jakby już nie bolało. Tylko po to, by bliscy się o ciebie nie martwili. Tylko po to, by nie drażnić nikogo swoim żalem.”
Każdy bohater tej powieści jest idealnie nieidealny. Brittainy C. Cherry ma to do siebie, że zawsze tworzy głębokie, poruszające historie. Umieszcza bohaterów w przykrej rzeczywistości, pełnej bólu, cierpienia, straty. Ashlyn jest młoda, ma dziewiętnaście lat, a już zdążyła pochować swoją przyjaciółkę i jednocześnie siostrę. Razem z tym straciła również matkę, która nie mogła patrzeć na osobę tak bardzo przypominającą jej zmarłą córkę. Trafiła pod dom do człowieka, który przez całe życie wysyłał jej jedynie kartki urodzinowe, a mieszkał z inną rodziną, o którą dbał i którą kochał. Podobało mi się to, jak autorka realistycznie nakreśliła jej postać. Ashlyn jest zagubiona i samotna, często podejmuje irracjonalne decyzje, pyskuje i robi na złość ojcu, co może się wydawać dziecinnym zachowaniem. Ale przecież, gdy spada na nas coś takiego, mamy tylko ochotę wrzeszczeć i płakać, byle tylko wrócić do normalności. Za to Daniel na własnych oczach stracił matkę, a potem ojca, a na dodatek jego brat siedzi w więzieniu i pała do niego nienawiścią. Muzyka jest jego jedynym sposobem na przetrwanie, dopóki nie pojawia się Ashlyn i daje mu nadzieję na lepsze jutro. To, co najbardziej kocham w stylu pisania Brittainy, jest jej umiejętność nazywania uczuć i emocji. Ona pisze tak, że czytelnik to czuje. W głębi duszy, całym sercem. Niełatwo jest tak posługiwać się słowem. Miłość jaka łączy Daniela i Ashlyn jest piękna, namiętna, głęboka i wieczna. Nie łatwo na taką trafić, szanse są właściwie znikome. Taka miłość trwa i wzrasta w sile, nawet, gdy pojawiają się przeciwności.

„Bycie młodym to jednocześnie przekleństwo i dar. To wiek, w którym bajki przestają istnieć, a Święty Mikołaj nie jest realny, jednak część naszych serc chce krzyknąć: „A co, jeśli…?”.
To czas, w którym człowiek odczuwa wszystko intensywnie, choć wszyscy wokół twierdzą, że przesadza.”
Moim ulubionym bohaterem jest jednak postać drugoplanowa, Ryan – syn Rebecci, dziewczyny ojca Ashlyn, z którym zamieszkała pod jednym dachem. To z tym chłopakiem najbardziej cierpiałam przez całą książkę. To właśnie jego historia zmiażdżyła mnie najbardziej. Kiedy wgłębiałam się w nią, moje serce roztrzaskiwało się na kawałeczki sekunda po sekundzie, strona po stronie. W pewnym momencie leżałam na łóżku, patrząc się w sufit i obrzydliwie płakałam, cierpiąc razem z nim. Tak nagle spadło na mnie wszystko przez co on przeszedł, podziwiam autorkę za tą umiejętność. Myślę, że wielu z nas utożsami się z tym chłopakiem.

„Ale kiedy przestanę się śmiać, zdam sobie sprawę, jakie to wszystko pojebane. I zrozumiem, jak bardzo pragnę przestać oddychać. Przez ostatnią godzinę już wiele razy żałowałem, że żyję.”
Książki Brittainy C. Cherry są jednymi z najpiękniejszych na świecie. Nie są proste i banalne, ale jak najbardziej warte przeczytania. Trzeba jednak wybrać odpowiedni moment i zagłębić się w którąś, z jej historii. „Kochając pana Danielsa” trafia na półkę moich absolutnie ulubionych. Każdy, kto kocha romanse, powinien sięgnąć po tą pozycję.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Dzięki za przeczytanie mojego wpisu! Byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił/a komentarz ze swoją własną opinią :)

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia