Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liz Tomforde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liz Tomforde. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2026

Liz Tomforde - In Her Own League

 
Reese Remington przez lata przygotowywała się do roli właścicielki drużyny w MLB, i tak się składa, że będzie pierwszą kobietą na tym stanowisku. Opinia publiczna jednak widzi w niej jedynie damę w męskim świecie – nie osobę, która zapracowała sobie na tę pozycję. Z racji ogólnej presji Reese nie może pozwolić sobie na to, by cokolwiek ją rozpraszało.

W szczególności kiedy tym rozproszeniem uwagi okazuje się pociągający Emmett Montgomery, były najlepszy zawodnik MLB, a obecnie trener drużyny. 

Emmett traktuje zawodników jak własną rodzinę, a boisko jak dom. Po latach zarządzania drużyną na własnych zasadach nie potrzebuje nowego przełożonego. Niestety jest zmuszony spędzać długie godziny w biurze i na meczach wyjazdowych przy boku szefowej, a to powoduje, że zaczyna zauważać, skąd bierze się pasja Reese do przewodzenia i niewzruszona determinacja, by udowodnić wszystkim swój profesjonalizm.

Gdy zapalczywe sprzeczki powodują wzajemne przyciąganie, zawodowe granice zaczynają się zacierać. Reese natomiast wie, że wiele osób tylko czeka, aż powinie się jej noga, dlatego najbezpieczniej jest utrzymać Emmetta z dala od siebie.

Wydaje się, że pośród tej dwójki nie ma wygranych w grze pozorów i trzymaniu się na dystans.

 
Nie ma zbyt wielu fikcyjnych bohaterów, którzy tak zapadli w moje serce, jak ci z Windy City. Ta pozszywana z różnych ludzi i doświadczeń grupka stała się synonimem wszystkiego, za co tak kocham czytać książki, moim komfortowym miejscem, do którego zawsze wracam z czystą przyjemnością. Dlatego ze słodko-gorzkim uczuciem piszę recenzję ostatniej już książki o tych postaciach. W In Her Own League zgłębiamy się w losy Monty'ego, ojca Miller z Caught Up, a jego historia to jednocześnie idealne zakończenie, będące zwieńczeniem tego, co jest sednem wszystkich tych powieści - dowód na to, że prawdziwą rodzinę nie łączą więzy krwi, a miłość, wsparcie i troska o siebie - jak i pełne emocji pożegnanie.

Drużyna Warriors przeszła w ostatnich latach przez wiele zmian, a jedną z największych było przejęcie drużyny przez pierwszą w lidze kobietę. Reese Remington przygotowywała się do tej roli całe swoje życie i choć wie, że bycie kobietą u władzy nie spotyka się nigdy z pozytywnym odzewem, zamierza zrobić wszystko, aby udowodnić, że zasługuje na tę rolę równie dobrze, jak zasługiwałby na nią mężczyzna. Nie ma mowy o żadnych rozpraszaczach. Niestety największym z nich okazuje się być uwielbiany przez wszystkich trener, Emmett Montgomery, z którym Reese kompletnie nie potrafi dojść do porozumienia. Zdają się mieć inne spojrzenie na wszystko, co dotyczy drużyny i nie ukrywają wzajemnej niechęci. A jednak długie godziny pracy i ciągłe wyjazdy zmuszają ich do współpracy i wkrótce zaczynają dostrzegać w sobie więcej, a nawet odczuwać rzeczy, których nie powinni. W końcu Reese jest szefową Emmetta i nie może sobie pozwolić na to, aby media znalazły kolejny powód, by oczernić ją i drużynę, na której jej zależy...

Wiedziałam, że Monty zasługuje na swoje własne szczęśliwe zakończenie odkąd poznałam go w Caught Up jako jednego z najlepszych fikcyjnych ojców, o jakich czytałam. To facet, który przeżył już w swoim życiu miłość i ją stracił. Miał wtedy dwadzieścia lat, całe życie przed sobą i z pewnością nie spodziewał się, że zostanie sam z kilkuletnią dziewczynką, dla której obiecał stać się ojcem. I stał się najlepszym, jakiego Miller mogła sobie wymarzyć, a czytanie o ich więzi w tej książce, tym razem jego oczami, doprowadziło mnie niejednokrotnie do łez ze wzruszenia. Ta dwójka jest usposobieniem wszystkiego, co w tej serii jest najlepsze, przykładem, że rodzina to nie DNA, a wszystko inne i można ją znaleźć w przeróżnych osobach przewijających się przez nasze życie.

Książki Liz już niejednokrotnie to ukazały i zdaje się, że po pięciu historiach, kiedy para za parą wszyscy odnajdowali w końcu swoje własne szczęście, Reese jest idealnym zakończeniem dla Monty'ego i brakującym elementem, który wskakuje na swoje miejsce. Zdeterminowana, bystra i pewna siebie Reese, która wkracza w nową rolę gotowa utrzeć nosa każdemu, kto będzie próbował jej umniejszyć, tylko dlatego, że jest kobietą. To pierwsza kobieta od wielu lat, przy której Monty pragnie być kimś więcej, niż jedynie trenerem czy ojcem. Która budzi w nim dawno uśpione pragnienia, sprawia, że odżywa i zaczyna myśleć, że być może i on może mieć u swoim boku kogoś, kto będzie jego osobą.

Tę dwójkę łączy wspaniała chemia i z uśmiechem na twarzy czytałam o tym, jak zrzucają swoje maski, burzą mury obronne, aż zostaje tylko wrażliwość, otwartość i wzajemne zrozumienie. Emmett nie próbuje odbierać światła Reese, pozwala jej robić swoje, zwłaszcza, że jej rola i tak jest trudna, a Reese naturalnie próbuje poukładać jakoś trudną sytuację, w której się znajduje jako nowa właścicielka klubu. Tomforde ukazuje niestety smutne i prawdziwe realia kobiet pracujących w środowiskach zdominowanych przez mężczyzn i czasami miałam ochotę rozszarpać wszystkich, sfrustrowana okrutnymi komentarzami i szowinistycznym zachowaniem - w szczególności, że wszystko to niestety spotyka wiele kobiet, nieważne czy mowa o sporcie, czy innych branżach. Tym bardziej cudowne było to, z jakim zrozumieniem podchodził Emmett do wewnętrznego konfliktu Reese, nawet jeśli było to dla nich trudne.

Jest niestety jedna rzecz, przez którą ich historia nie stała się moim ulubieńcem spośród książek Liz, a mianowicie nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś jest nie tak z jej tempem. Przyjemnie spędziłam z tą dwójką czas, ale pierwsze rozczarowanie pojawiło się już wtedy, kiedy od wzajemnej niechęci do pociągu seksualnego przeszliśmy właściwie w przeciągu pierwszych paru rozdziałów. Miałam nadzieję, że ten okres zostanie pociągnięty dłużej, pozwoli zbudować prawdziwe napięcie, a nim się spostrzegłam, Reese i Monty dzielili ze sobą łóżko w jednej z najbardziej naciąganych scen w całej książce.

Od niechęci przeszliśmy błyskawicznie do wzajemnego pragnienia, a potem... zrobiło się powtarzalnie i trochę nudno. Bo skoro największe napięcie opadło, a ich wzajemne zainteresowanie sobą stało się oczywiste, pozostał tylko konflikt, do którego ciągle wracaliśmy, jak koło, z którego nie dało się wyjść. Przez to środek tej książki niestety zaczął mi się dłużyć i uważam, że można było ją trochę skrócić, aby tempo miało większy sens. Nie było to nic tragicznego, nadal bawiłam się dobrze, ale poczułam się trochę rozczarowana, że nie zakochałam się w nich bez pamięci, jak we wszystkich parach Liz dotychczas.

Moim ulubionym elementem natomiast nadal pozostaje element rodziny, jak zdążyłam już kilkukrotnie napomknąć wcześniej. Nie mam tu na myśli tylko Monty'ego i Miller, ale całą resztę bohaterów, którzy powracają - Kaia, Maxa, Kennedy, Isaiaha, resztę członków drużyny. Zabrakło jedynie Zandera, Stevie, Indy, Ryana, Rio i Hallie, a byłabym w niebie (choć rozumiem, czemu się nie pojawili). To książka pełna kolejnych cudownych i ciepłych chwil między nimi wszystkimi, momentów, przez które śmiałam się sama do siebie do późnych godzin i nigdy nie chciałam się z nimi rozstawać. I tak, polały się łzy - bo jak ja mam się z nimi wszystkimi pożegnać?

I choć In Her Own League jako książka ma może parę niedociągnięć i wad, to jako zakończenie tej przygody z bohaterami z Chicago była cudowna, zwłaszcza jeśli sparujemy ją z Rewind It Back, która również była swego rodzaju pożegnaniem. Nie mogę się doczekać następnej serii Liz, bo jestem pewna, że nią również skradnie moje serce. A tymczasem ze wzruszeniem i ogromną miłością po raz kolejny piszę wam, że jeśli potrzebujecie komfortowej serii i bohaterów, którzy zapadną w wasze serca na długie lata, to koniecznie poznajcie tę wyjątkową grupkę przyjaciół, bo nie pożałujecie.
 


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.


Tytuł: In Her Own League
Autorka: Liz Tomforde
Data premiery: 03.03.26
Liczba stron: 400
Ocena: 7/10
 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Liz Tomforde - Rewind It Back



HALLIE

When I was eleven, my family moved next door to his.
When I was thirteen, he was my first crush.
When I was sixteen, we fell for each other.

And when I was nineteen, we broke each other's hearts.

Six years later, I've landed an internship with a big-name interior designer in a new city. Unfortunately, that city just so happens to be the one he plays hockey for.

I thought Chicago was big enough to avoid him, until I get the surprise of a lifetime and unknowingly move in right next door. Even worse? The renovation project I'm assigned to in hopes of turning that internship into my full-time dream job...

It's his house.

But how am I supposed to update his bachelor pad into a family home when we can't even stand to be in the same room?

I may have loved Rio DeLuca once, but I'm not that same girl anymore.

RIO

I never thought I'd be the only single one left in my friend group. But after years of trying to find love, I've concluded it may not exist for me anymore.

That is, until I accidentally hire Hallie Hart to renovate my house and our jaded history has me rewinding memories I've kept secret for years.

You see, there's something that my friends don't know.

That connection I've been looking for since I moved to Chicago, that one person some search their entire lives to find . . . I had already found her when I was twelve years old.

And now the only girl I've ever loved is moving into the house next door.

Again.


Każdy, kto mnie zna, dobrze już wie, jak bardzo kocham serię Windy City. Uwielbiam ją za grupkę przyjaciół posklejaną z różnych ludzi i różnych doświadczeń, jaka wytworzyła się na przestrzeni lat. Za całą masę śmiechu i motylków w brzuchu, jaką mi zapewniła. I za to, że dzięki niej na kilkanaście godzin mogę kompletnie zniknąć ze świata i zanurzyć się w rzeczywistości, która otula mnie jak ciepły kokon. I być może dlatego czytanie Rewind it Back to tak słodko-gorzkie doświadczenie - z jednej strony odliczałam dni, aż w końcu będę mogła poznać historię Rio, który od Mile High był moim ulubieńcem... z drugiej moje serce łamało się na myśl, że to już koniec. Będąc świeżo po lekturze finalnego tomu mogę jednak napisać, że Liz Tomforde nie mogła lepiej zakończyć tej serii (miejcie jednak pod ręką chusteczki, bo bez nich nie da się przez ten tom przebrnąć!).

Rio i Hallie kiedyś nie widzieli poza sobą świata i planowali wspólną przyszłość. Sąsiedzi od czasów dzieciństwa, którzy stali się swoją pierwszą miłością. Aż do czasu, gdy w wieku dziewiętnastu lat wszystko się zakończyło. Sześć lat później Rio jest uwielbianym hokeistą drużyny NHL z Chicago, a Hallie ciągnie dwie prace, aby wykopać się spod stosu długów. Ich ścieżki krzyżują się niespodziewanie, gdy Hallie zostaje zatrudniona do projektu renowacji jego domu i, o ironio, zamieszkuje w domu sąsiadującym z jego domem, zupełnie jak wiele lat temu, gdy ich rodziny mieszkały obok siebie. Ich ponowne spotkanie rzuca ich w wir wspomnień i utraconych lat. I przypomina im na każdym kroku, że chociaż jest między nimi wiele niewyjaśnionych spraw i żalu... prawdziwej miłości nie da się tak łatwo zapomnieć.

Nie jest to tajemnicą, że nie jestem największą fanką motywu drugiej szansy w książkach. Trzeba bardzo specyficznej historii, aby mi się spodobała i niewielu autorkom udało się to dotychczas dokonać. Ale jeśli jest ktoś, kto potrafi z tego motywu stworzyć coś wspaniałego, jest to Liz. Pisząc historię Hallie i Rio udało jej się ukazać wszystkie emocje związane z utratą tej jednej osoby, którą kochaliśmy ponad wszystko, tę tęsknotę za nią, jednocześnie nie sprawiając, że czytelnik czuje się sfrustrowany tym, jak wszystko się potoczyło. Co prawda powód ich zerwania jest główną tajemnicą fabularną, ale w międzyczasie bohaterowie jednocześnie sami krok po kroku odnajdują drogę powrotną do siebie i przepracowują wszelkie uczucia, jakie nazbierały się przez ostatnie sześć lat ich rozłąki.

Wszyscy dobrze znamy już Rio, tego zawsze uśmiechniętego, złotego chłopca i nieobce jest nam jego pragnienie znalezienia miłości. Przez cztery poprzednie części obserwowaliśmy jego próby odnalezienia tego, co mają jego przyjaciele ze swoimi partnerami. Fascynujące było znaleźć się w końcu w jego głowie, zwłaszcza, że w końcu dowiadujemy się, jaki jest jego największy sekret - że kiedy jego pragnienie odnalezienia miłości stało się wręcz żartem w ich grupie, on tak naprawdę już kiedyś tej miłości zaznał i ją utracił. A kiedy pojawia się ona w jego życiu ponownie, odkrywamy jego zupełnie inną stronę, którą tak naprawdę zna tylko Hallie. Chłopaka, który jest ponad wszystko lojalny, który kocha na zawsze, który sprawi, że zawsze będziesz dla niego priorytetem. Jego cierpliwa miłość do Hallie mnie kompletnie rozbroiła. Dla niej porzuca całą swoją dumę, dla niej się zmienia i robi wszystko, by być dokładnie takim mężczyzną, jakiego potrzebuje.

Zawsze zastanawiałam się, jak będzie wyglądała osoba, która w końcu skradnie jego serce i szczerze nie wyobrażam sobie nikogo lepszego, niż Hallie. Wszystkie żeńskie postacie z tej serii uwielbiam z różnych powodów, ich przyjaźń zresztą także, a Hallie staje się ich brakującym elementem, który idealnie wpasowuje się w ich dynamikę. Wiele musiała w swoim życiu poświęcić, aby zapewnić opiekę choremu tacie, a jej serce ciągle boli po tym, w jaki sposób utraciła Rio, nie jest jej więc łatwo się przed nim na nowo otworzyć. To dziewczyna z sercem na dłoni, która jednocześnie nie lubi prosić innych o pomoc, bo jest tak przyzwyczajona do radzenia sobie ze wszystkim samotnie. Od razu poczułam z nią więź.

Rio i Hallie rozumieją się bez słów, nawet pomimo upływu lat, nawet pomimo cierpienia i żalu. Ich chemia wybucha od pierwszej chwili, gdy spotykają się ponownie i nietrudno jest im wpaść w stary rytm flirciarskich żartów, czy dać się ponieść mocy wspomnień i dawnego uczucia. I chociaż na początku jest im ciężko, bo za wszelką cenę pragną trzymać się od siebie z daleka i nie dać się ponieść temu, co z taką łatwością powraca, gdy są w swoim towarzystwie, bycie wrogim wobec siebie jest dla nich zbyt nienaturalne - nie, kiedy przez większość swojego życia byli dla siebie najbliższymi osobami na całym świecie, którzy rozumieli się lepiej, niż ktokolwiek inny.

Uwielbiam wstawki z ich przeszłości, które pozwalają nam poznać nie tylko początki ich związku, ale całej przyjaźni. Obraz ich domów z dzieciństwa, w których wszystko się zaczęło. Ich małe tradycje, wzajemne wspomnienia, które noszą w swoich sercach nawet do tej pory - jakby cząstki ich wspólnej przyszłości już na stałe się w nich zakorzeniły. A także to, że chociaż przez dłuższy czas nie wiemy, co wydarzyło się lata temu, że ich związek nie przetrwał, to nie ma nawet jednego momentu niepewności, że nie odnajdą drogi powrotnej do siebie. Że jest dokładnie tak, jak miało być, razem z cierpieniem oraz tęsknotą, jakich doświadczyli, a które pomogły im upewnić się w przekonaniu, że to oni są swoimi osobami - swoim zawsze. Ich historii nie da się opisać słowami, trzeba jej doświadczyć w każdym, nawet najmniejszym momencie, w każdej piosence i playliście.

Jednym z największym powodów, dlaczego czytanie tego tomu było dla mnie tak emocjonalnym doświadczeniem jest to, że jak sam tytuł wskazuje, autorka zabiera nas nie tylko w podróż do przeszłości Rio i Hallie, ale całej grupki, począwszy od Stevie i Zandersa. Czytając ten tom oczami Rio, który był z nimi wszystkimi od samego początku i tak samo, jak my, obserwował zachodzące zmiany oraz ich rozrastającą się grupę wybranej rodziny, nie sposób nie uronić chociaż jednej łezki. To niesamowite, jak bardzo wszyscy dojrzali, zmienili się, odnaleźli swoje własne wersje szczęśliwego zakończenia. Czuję się tak, jakbym dorastała razem z nimi i nawet pisząc tę recenzję teraz jestem ogromnie wzruszona, że nie tylko doświadczałam tego wszystkiego jako czytelniczka, ale też miałam okazję być tego częścią jako patronka trzech polskich wydań. Czytając epilog zalewałam się łzami.

10 postaci, 5 par, 3 drużyny, 2 pary rodzeństwa, jedna niesamowita grupa przyjaciół. Rewind it Back to idealne zakończenie przecudownej serii, której nigdy nie przestanę wam polecać. Jako wielbicielka złożonych i życiowych historii o różnych rodzajach relacji długo będę wspominać te lata, które z nimi spędziłam. I jako że nienawidzę pożegnań, napiszę tyle: Stevie, Zanders, Indy, Ryan, Kai, Miller, Isaiah, Kennedy, Rio, Hallie, dziękuję wam za bycie moim komfortowym schronieniem w chwilach, gdy najbardziej tego potrzebowałam. I chociaż Rewind it Back to nieuchronne zakończenie tej serii, niecierpliwie będę wyczekiwać spin-offu o Monty'm (ojcu Miller oraz trenerze drużyny baseballa z Caught Up) oraz Reese (nowej właścicielce drużyny), a potem nowej serii Liz, której pierwsze okruszki pojawiają się już tutaj. Jestem pewna, że pokocham ją równie mocno. 


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.


Tytuł: Rewind it Back
Autorka: Liz Tomforde
Seria: Windy City. Tom 5
Język: angielski
Data premiery: 20.05.25
Liczba stron: 491
Ocena: 10/10

Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 lutego 2025

Liz Tomforde - Caught Up | Patronat medialny



Kai Rhodes to gwiazda drużyny baseballowej z Chicago. Coraz trudniej jest mu pogodzić uprawianie zawodowo sportu z organizacją opieki dla swojego piętnastomiesięcznego syna. Mężczyzna został samotnym ojcem i kompletnie sobie z tym nie radzi.

Nie pomaga mu też fakt, że po zaledwie paru tygodniach pracy zwalnia każdą nianię. Tym razem jednak nie będzie mógł tak szybko zrezygnować z opiekunki, bo jego trener powierzył tę funkcję… własnej córce.

Miller Montgomery z zawodu nie jest nianią, a cukiernikiem. Lecz kiedy tata prosi ją, żeby pomogła w opiece nad dzieckiem jednego ze swoich najlepszych zawodników, dziewczyna nie potrafi odmówić.

Spędzi z baseballistą i jego małym synem całe wakacje i szybko się okaże, że to zdecydowanie zbyt krótko. Wszystko kiedyś się kończy, a ona nigdy nie była typem dziewczyny, która lubi zobowiązania.


Nie ma słów, by opisać, jak wiele znaczą dla mnie książki Liz Tomforde i bohaterowie, których tworzy. I jak wdzięczna jestem za to, że mogę patronować kolejnej już napisanej przez nią historii, dzielić się moją miłością do Kaia, Miller i Maxa, a przede wszystkim czytać wasze wspaniałe wiadomości o tym, że skradli oni również wasze serca. Ta seria nie bez powodu jest jedną z moich ulubionych - autorka stawia na więzi, rozwój postaci, na różne formy i rodzaje miłości. W "Caught Up" czytamy historię Kaia, samotnego ojca piętnastomiesięcznego chłopca oraz jego nowej, lekko nieokrzesanej niani, Miller - historię tak przesłodką, tak pełną emocji i tak rodzinną, że zapada prosto w serce.

Jeszcze rok temu życie Kaia Rhodesa składało się z gry w baseball, ciągłej zabawy, kolejnych kobiet w łóżku i z braku zmartwień. Wszystko się zmieniło, gdy jedna z jego niezobowiązujących przygód podrzuciła mu pod drzwi dziecko i zniknęła. Teraz piętnastomiesięczny Max jest jego oczkiem w głowie, chociaż Kai codziennie czuje się winny, że nie jest dla niego dobrym ojcem. Zwłaszcza, że bycie zawodowym baseballistą wymaga od niego ciągłego przebywania poza domem oraz kolejnych podróży. Kiedy zwalnia kolejną opiekunkę, jest gotów na zawsze porzucić ukochany sport, aby móc samemu zająć się swoim synem. Ale wtedy jego trener, a zarazem bliski przyjaciel, powierza tę rolę swojej córce, która ma spędzić z nim lato. Nie wyjawia mu tylko, że Miller Montgomery to żywa petarda, kobieta nigdy niezatrzymująca się w jednym miejscu i słynna szefowa kuchni, której początkowo Kai zupełnie nie ufa. Otworzenie swojego domu i serca swojego synka na kobietę, która ciągle ucieka, nie ma stałego miejsca zamieszkania i planuje zniknąć pod koniec lata, zdaje się być najgorszym pomysłem. Ale Miller z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wkrada się w ich serca i zbliżający się termin jej wyjazdu jest jak tykająca bomba, która może zniszczyć ich wszystkich...

Historia Miller i Kaia to historia osób, które od życia chcą zupełnie czegoś innego i ich relacja teoretycznie nigdy nie powinna mieć szansy zaistnieć. Miller to wolny duch, kobieta podróżująca od restauracji do restauracji, która nigdy nie miała stałego miejsca zamieszkania, ciągle goniąca za kolejnymi sukcesami jako nagradzania szefowa kuchni. Kai dla swojego synka musiał zmienić całe swoje życie i nie w głowie mu zabawa, życie towarzyskie czy kolejne miłostki. Pragnie stworzyć mu ciepły dom i dać wsparcie, będąc jednocześnie ojcem i matką. A jednak ich drogi przecinają się w idealnym momencie: zagubiona Miller, poszukując dawno utraconej pasji do pieczenia, wnosi energię i ciepło do życia Kaia i Maxa i odnajduje w nich swój dom, którego nawet nie wiedziała, że jej brakowało.

Poznawanie historii tej trójki, od chwiejnych i lekko nieufnych początków, po całą ich cudowną drogę do stworzenia nietradycyjnej, ale nie mniej wspaniałej rodziny, to najbardziej komfortowe doświadczenie. To tak ciepła i słodka powieść z żywymi postaciami, która chwyta za serce, ale też wywołuje uśmiech, że naprawdę nie sposób jej nie pokochać. Kai jest tak wspaniałym tatą, nawet jeśli lekko nadopiekuńczym, a jego miłość do Maxa widać we wszystkim, co dla niego robi. Natomiast Max jest prawdopodobnie najsłodszym, najbardziej radosnym dzieckiem, o jakim czytałam i każda scena z nim to był miód na moje serce.

Liz Tomforde zawsze umiejętnie przedstawia tę realistyczną i prawdziwą stronę życia swoich bohaterów, nie tylko te szczęśliwe momenty, ale ich wątpliwości, rozczarowania, trudne decyzje. Tutaj mamy do czynienia z postaciami, które na własnych doświadczeniach uczą się, że życie prawie nigdy nie układa się tak, jak sobie to zaplanujemy. Dla Miller to największa nauczka, kiedy zaczyna zdawać sobie sprawę, że być może jej największe sukcesy nie sprawiają jej już radości i gdzieś po drodze zatraciła swój cel. Czeka ją długa droga by zrozumieć, że to rodzina i bliscy są najważniejsi, a żaden sukces nie będzie ważny, jeśli cała reszta życia będzie pusta i samotna.

Z pewnością fanom historii Stevie i Zandersa oraz Indy i Ryana spodoba się także to, że nie zapominamy o tych parach, a nawet dostajemy wgląd w ich dalsze życie po ich książkowym "i żyli długo i szczęśliwie". Moimi ulubionymi scenami były te "rodzinne" kolacje, w których po prostu spędzaliśmy z nimi czas, jakbyśmy byli częścią ich ciągle rozrastającej się ekipy. A chyba najlepsi okazują się być nasz wieczny singiel Rio (mój ulubieniec, nie mogę się doczekać jego historii) oraz Kennedy i Isaiah, o których przeczytamy już w kolejnej książce, a których relacja wywoływała salwy śmiechu. 

"Caught Up" to tak piękna historia ukazująca to, że dom można znaleźć w tak wielu rzeczach i tak wielu osobach, często w zupełnie niespodziewanym momencie życia. Aspekt rodziny i przyjaciół zawsze był w tej serii ważny, ale w tym tomie wyjątkowo przewija się we wszystkich relacjach, nawet w tych pomiędzy członkami drużyny czy dawno nam już poznanymi bohaterami. Bo czy to nie jest piękne? Kiedy już się zatrzymamy i obejrzymy wokoło, prawdziwe szczęście można znaleźć w tak wielu prostych momentach. We wspólnym pieczeniu ciasteczek, w pierwszych krokach swojego dziecka, w rodzinnych tradycjach. I w osobie, która jednym uśmiechem może zmienić wszystko.


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.


Tytuł: Caught Up
Autorka: Liz Tomforde
Seria: Windy City. Tom 3
Wydawnictwo: NieZwykłe
Data premiery: 06.02.25
Liczba stron: 547
Ocena: 10/10

Współpraca patronacka z Wydawnictwem NieZwykłym:



Czytaj dalej »

piątek, 13 grudnia 2024

Liz Tomfode - Play Along



Kennedy

I’m the only woman on staff for the Windy City Warriors, and after years of putting up with a sexist lead doctor, I’m desperate to land my dream job with a new team next year. All I have to do is maintain my professional reputation for my final season in Chicago.

But a Las Vegas run-in with the team’s shortstop threatens it all, leaving me with a fuzzy memory and a ring on my left hand.

Now, not only am I legally bound to the most persistent man I’ve ever met, but thanks to Isaiah’s scheme to save my job, I have to pretend the whole thing was a planned elopement and not a drunken mistake.

Isaiah Rhodes is reckless, impulsive, and frustratingly charming. He’s also my brand-new husband.

They got the saying wrong. What happens in Vegas doesn’t always stay in Vegas… sometimes it follows you right back home.

Isaiah

As the shortstop for Chicago’s professional baseball team, I’ve had my fair share of fun. But that all ended the day Kennedy Kay became a single woman.

I’ve crushed on the team’s athletic trainer for years. I’ve flirted to no avail, so imagine my surprise when I woke up in Sin City with a ring on my finger and my favorite redhead in my bed.

We agree to stay married for one baseball season, just long enough to keep her job safe, but in my mind, I’m using our time together to prove to her I’m husband material.

Kennedy might be reluctant to join in on our game, but it’s one I refuse to lose.

So come on, wife… play along.


Liz Tomforde, mogłabym cię teraz pocałować. Ta książka, jak i zresztą każda poprzednia w tej serii, to idealny przykład tego, co w romansach za każdym razem zdobywa moje serce. Emocje, bohaterowie, z którymi uwielbiam spędzać każdą chwilę, nawet przy najzwyklejszych momentach, wspaniałe przyjaźnie i ogromna miłość opisana w najpiękniejszy sposób. A historia Isaiaha i Kennedy? Całe stado motylków gwarantowane. Nawet pisząc teraz tę recenzję ciągle wirują w moim żołądku, bo ta historia nie wychodzi mi z głowy.

Isaiah Rhodes znany jest wśród bliskich jako ten ciągle uśmiechnięty, rozrywkowy imprezowicz, z nową kobietą u boku prawie każdego wieczora. Jako młodszy brat Rhodesów stara się wszystkich wokół zarażać pozytywną energią i nie pozwolić, aby jego głęboko skrywane lęki wyszły na powierzchnię. Jest tylko jedna osoba, przy której czuje, że mógłby się w pełni odsłonić - Kennedy Kay. Gdy poznali się lata temu, Kennedy była daleko poza jego zasięgiem. Na serdecznym palcu nosiła wielki pierścionek, a na dodatek jako jedyna kobieta pracująca dla jego drużyny dostała zakaz jakiegokolwiek spoufalania się z graczami. Wszystko się zmieniło, gdy osiem miesięcy temu pierścionek zniknął z jej palca, a Kennedy po raz pierwszy od lat została singielką. Niestety dla niej Isaiah zawsze był tylko irytującym flirciarzem, a więc jego kolejne próby zwrócenia na siebie uwagi pozostawały nieudane... do czasu tego jednego wyjazdu do Vegas, który na zawsze odmienia ich życia. Noc pełna tequili kończy się pobudką z obrączkami na palcach oraz informacją w prasie, że jedna z największych gwiazd bejsbolu oraz pracownica jego drużyny wzięli sekretny ślub. Aby uchronić karierę Kennedy, Isaiah składa jej propozycję: pozostaną małżeństwem do końca obecnego sezonu, a potem polubownie wezmą rozwód. Kennedy nie wie jednak, że Isaiah postanawia zrobić wszystko, aby w tym czasie prawdziwie zdobyć jej serce...

Mężczyźni w tej serii to największe zielone flagi na całym świecie. Zanders, Ryan, Kai, a teraz Isaiah? Live, laugh, love him (kto przeczytał, ten wie). Sięgnęłam po tę część nie do końca przekonana, czy autorce uda się utrzymać poziom poprzednich tomów, tym bardziej, że jakoś nie widziałam, w jaki sposób Kennedy w końcu otworzy się na Isaiaha, a ich ślub w Vegas był niespodziewany, ale kompletnie dla nich przepadłam. Tak mocno, że nie chciałam się z nimi rozstawać. Pokochałam sposób, w jaki autorka wykorzystała tu motyw małżeństwa z rozsądku (który do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych), bo relacja Isaiaha i Kennedy rozwija się tak naturalnie, słodko i romantycznie, że serce biło mi w przyśpieszonym tempie przy każdej ich interakcji.

Isaiah zapewne robi różne wrażenie, w zależności od tego, jakich bohaterów preferujecie, ale tym razem poznajemy go od zupełnie innej strony - i robimy to razem z Kennedy, która nigdy nie pozwoliła sobie na to, by uważać go za kogoś więcej, niż kolegę z pracy. Chociaż wszyscy znają go jako śmieszka i faceta, który do wszystkiego podchodzi lekko, Tomforde zagłębia się w jego psychikę i otwiera przed nami jego najgłębsze lęki i sekrety, które ukazują kompleksową postać. Co jest tym bardziej wyjątkowe, bo odkrywamy to razem z główną bohaterką, która zakochuje się krok po kroku w każdej jego nowo odkrytej części.

Kennedy to bez dwóch zdań jedna z moich ulubionych żeńskich bohaterek. Jako wykształcona lekarka, ale też niestety jedyna kobieta zatrudniona dla drużyny Chicago Warriors, od lat musi znosić seksizm w miejscu pracy ze strony głównego lekarza. Traktowana jest jak stażystka pomimo dużego doświadczenia, a jej szef tylko czeka na chwilę potknięcia, aby móc ją zwolnić. Dlatego kiedy na horyzoncie pojawia się szansa na zmianę pracy i spełnienie marzenia o byciu lekarką sportową, postanawia z niej skorzystać, nawet jeśli przez to musi udawać żonę Isaiaha do końcu sezonu. Kennedy to tak silna kobieta. Ja czasami miałam ochotę rwać sobie włosy z głowy czytając, jak jest traktowana w tym zdominowanym przez mężczyzn zawodzie. Jako kobieta dorastająca z rodzinie niepotrafiącej ukazywać sobie uczuć całe życie czuła się tak, jakby na nikim nie mogła się oprzeć. Nawet na swoim narzeczonym. Dopiero pojawienie się Isaiaha, który pomógł jej dostrzec, że ma prawo robić to, co daje jej szczęście, pozwoliło jej krok po kroku zburzyć swoje mury i nauczyć się nie tylko kochać, ale pozwolić kochać się innym.

Związki napisane przez Tomforde zawsze są tak zdrowe i ciepłe, że czyta się o nich z największą przyjemnością. To relacje oparte na wzajemnym wsparciu, podbudowywaniu się w cięższych chwilach i zaufaniu. Może się zdawać, że Isaiah i Kennedy nie mają szansy, bo są tak różni, ale być może przez cały ten czas potrzebowali właśnie siebie. Obydwoje uczą się od siebie nowych rzeczy i zupełnie innej miłości, której dotychczas nie doświadczyli. Bałam się, że będzie tu trochę insta-love, bo w końcu Isaiah podkochuje się w Kennedy od lat, ale ich relacja i nawet jego uczucia do Kenny są o wiele głębsze, niż mogłabym się spodziewać. Uwielbiam to, jak bardzo był nią zauroczony od ich pierwszego spotkania i nigdy nie stracił nadziei, że zwróci na niego uwagę. A także to, że był cierpliwy, gdy powoli się na niego otwierała i zakochiwał się w kolejnych jej częściach, których wcześniej nawet nie znał. Chyba moim ulubionym elementem ich historii jest to, jak oboje stali się otwarci dzięki swojej miłości, pozwalając w końcu innym zobaczyć te części nich, które tak bardzo skrywali, mając świadomość, że mają u swojego boku osobę, która zaakceptuje ich mimo wszystko. Nie tylko nie mogłam przestać się dzięki nim uśmiechać, a nawet śmiać (humor w tej książce jest wspaniały), ale niejednokrotnie uroniłam też łzy ze wzruszenia przy ich intymniejszych momentach. 

Windy City to jedna z tych serii, której tomy co prawda można czytać osobno i w różnej kolejności, ale czytając je według kolejności wydania można prawdziwie dostrzec rozwój postaci i ich relacji, a przede wszystkim to, jak ważny jest tutaj element rodziny. Od historii Stevie i Zandersa tak wiele się zmienia, rodzina się powiększa, powstają nowe przyjaźnie i wszystko zaczyna wskakiwać na swoje miejsce. Jakkolwiek mocno kocham każdą parę tej serii, to właśnie w Play Along najbardziej można zauważyć te wszystkie zmiany - tę powiększającą się, przyszywaną z różnych ludzi i różnych doświadczeń rodzinę, których każda wspólna chwila otulała mnie ciepełkiem i czystym komfortem. Czułam się tak, jakbym sama była ich częścią. To jest w tej serii tak bardzo wyjątkowe i jest zdecydowanie jednym z głównych powodów, dlaczego te historie po prostu zapadają głęboko w serce. Nie ukrywam, kilkukrotnie płakałam, czytając jak z otwartymi ramionami przyjmują Kennedy do swojego kręgu i dają jej rodzinę, której nigdy nie miała.

Tak się cieszę, że odkryłam w tym roku tę serię, bo znalazła drogę do mojego serca i pozostanie już tu na zawsze. Każda kolejna część jest wyjątkowa, tak pięknie ukazuje relacje rodzinne, przyjaźń i miłość, a teraz mogę dołączyć Play Along do tej listy. Nie wiem, czy udało mi się słowami przekazać, jak bardzo ci bohaterowie stali się dla mnie ważni i jak cenię sobie te wszystkie historie, doświadczenia, dzięki którym znalazłam miejsce pełne komfortu, do którego mogę uciec, gdy potrzebuję poczuć się lepiej. Dzięki tym postaciom nauczyłam się tak wiele. Isaiah i Kennedy są wyjątkowi i nie mogę się doczekać, aż poznacie ich w przyszłym roku. 


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.


Tytuł: Play Along
Autorka: Liz Tomforde
Seria: Windy City. Tom 4
Język: angielski
Liczba stron: 384
Ocena: 9/10

Czytaj dalej »

czwartek, 30 maja 2024

Liz Tomforde - The Right Move | Recenzja patronacka



Dwudziestosiedmioletnia Indy rozstała się z facetem i musi od nowa ułożyć sobie życie. Najlepsza przyjaciółka proponuje jej, żeby wprowadziła się do jej brata Ryana Shaya, który ma dużo miejsca w mieszkaniu i nie wchodzi w stałe relacje z kobietami, więc na co dzień nikt nie będzie jej przeszkadzał.
Ta propozycja wydaje się świetna, zważywszy na sytuację, w której obecnie znajduje się Indy, jednak pojawia się jeden poważny problem. Dziewczyna jest przekonana, że brat przyjaciółki jej nienawidzi. W dodatku to gwiazda koszykówki, popularny i zdecydowanie zbyt gorący facet.

Jednak oboje zgadzają się na ten układ. Wkrótce okazuje się, że nie tylko na ten.

Ryan pilnie potrzebuje poprawić swoją reputację i proponuje Indy, żeby została jego dziewczyną na niby.

Tylko jak rozpoznać różnicę między tym, co udawane a co prawdziwe?


Gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego tak bardzo kocham czytać romanse - właśnie dlatego. Z powodu historii takich jak "The Right Move", które dają nadzieję na to, że na każdego z nas czeka ta jedna, właściwa osoba, która postawi nas na pierwszym miejscu, nauczy się każdego małego kawałka nas i okaże miłość, nawet gdy cała reszta świata będzie przeciwko nam. Która pokaże nam, czym tak naprawdę jest prawdziwy dom. To książka wyjątkowa pod wieloma względami, a ja mam największą przyjemność jej patronować i mogę mieć tylko nadzieję, że Indy i Ryan skradną także wasze serca (o ile jeszcze tego nie zrobili).

Indy Ivers nie tak planowała sobie życie jeszcze rok temu. Wtedy była szczęśliwie zakochana w chłopaku, który od zawsze był częścią jej życia. Planowała z nim przyszłość, dom, rodzinę. A potem jedna noc, gdy przyłapała go na zdradzie, zniszczyła wszystko. Teraz ledwo wiąże koniec z końcem i nie ma dachu nad głową, więc bardzo niechętnie zgadza się na propozycję jej przyjaciółki, Stevie, aby wynajęła pokój u jej brata, słynnego koszykarza NBA, Ryana Shay'a, który prowadzi bardzo prywatne życie. Być może nie miałaby nic przeciwko mieszkaniu z najprzystojniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek widziała, gdyby nie to, że wszystkie ich poprzednie spotkania kończyły się katastrofą. Indy pragnie sprawić, aby ich wspólne mieszkanie nie było niezręczne, ale on z determinacją trzyma się od niej z daleka. Ryan, jako nowy kapitan, ma już na głowie swoją drużynę, nie potrzebuje przejmować się jeszcze emocjonalną przyjaciółką swojej siostry. A jednak, gdy jego menadżer wyraża niezadowolenie jego brakiem zaangażowania w drużynę i nieprzystępnością, to Indy przychodzi mu do głowy jako jego koło ratunkowe. Nim się zdąży zastanowić, przedstawia ją jako swoją dziewczynę - w końcu tak ciepła i towarzyska osoba u jego boku powinna poprawić jego reputację w oczach menadżera. Jednak czy udawanie miłości ze swoją współlokatorką, z którą i tak spędza już wiele czasu, to dobry ruch? Czy ich gra nieuchronnie skończy się emocjonalnym zawirowaniem?

Miłość Ryana i Indy to przykład uczucia, o którym marzy chyba każda osoba na świecie. Takiej miłości, która przyjmuje nas z każdą naszą wadą, każdym naszym potknięciem, która akceptuje nasze słabości i kompleksy, która pomaga stać się lepszym człowiekiem i otwiera oczy na zupełnie nową rzeczywistość. Ta dwójka pokazuje, że miłość to nie zawsze muszą być głośne słowa i wielkie gesty, czasami wystarczy ulubiona kawa w lodówce, świeży bukiet ulubionych kwiatów na stole, czy też pomocna dłoń w trudniejszy dzień. Słowami nie potrafię wyrazić, jak bardzo zakochałam się w tych bohaterach - odkrywanie wszystkich tych sposobów, na które okazują sobie miłość, to było wyjątkowe przeżycie. Takie, którego zawsze poszukuję w książkach, a które wcale nie jest łatwo odnaleźć.

Ich historia zaczyna się od dobrze nam już znanego motywu, jako że Ryan i Indy zawierają między sobą układ: on użyczy jej wolnego pokoju w swoim mieszkaniu, a ona zostanie jego udawaną dziewczyną przed menadżerem drużyny, który nieufnie patrzy na Ryana jako na nowego kapitana i musi poprawić swoją reputację. Obydwoje czerpią z tego układu korzyści, a o prawdziwych uczuciach i tak nie powinno być mowy, w końcu Indy nie tak dawno wyszła z wieloletniego związku z facetem, z którym planowała swoją przyszłość, a który ją zdradził. A jednak wspólne mieszkanie i kolejne okazje, przez które muszą spędzać razem czas, zmuszają ich do tego, aby się bliżej poznali.

Już za to zdążyłam pokochać twórczość Tomforde w pierwszym tomie, ale tutaj tylko się o tym przekonałam - autorka rewelacyjnie tworzy swoich bohaterów. Mamy niemalże wrażenie, jakbyśmy czytali o przeżyciach prawdziwych osób, bo ich doświadczenia i uczucia są realistyczne i tak naturalne, że stają się nam bliscy. Indy pokochałam za jej otwartość i towarzyskość, ale też jej piękną, romantyczną duszę, która nie wstydzi się tego, że podchodzi do życia bardzo emocjonalnie. Widziałam w niej tak wiele siebie - jest marzycielką, która pomimo nieudanego związku, przez który bardzo ciężko było jej się podnieść, nadal prawdziwie wierzy, że czeka ją jeszcze lepsza miłość, jak z jej ukochanych romansów.

Ryan natomiast na pierwszy rzut oka może się wydawać bardzo zdystansowany i chłodny, zresztą na tym mu zależy, bo woli trzymać się z daleka od ludzi, którzy nie są jej siostrą, ale ma przeogromne serce. Zakochałam się w tym facecie bez pamięci. W tym, jak uważnie obserwował Indy, ucząc się jej na pamięć. Jak zauważał te małe rzeczy, które zwykłej osobie by umknęły. Jak zależało mu, by udowodnić jej, że miłość powinna być bezwarunkowa, a ona nigdy nie powinna się zmieniać dla innych, aby ją otrzymać. Zarówno za Indy, jak i za nim, ciągną się trudne doświadczenia związane z miłością i niespełnionymi marzeniami, a jednak to dzięki sobie uczą się, że czasami życie może płatać nam figle, ale może mieć też o wiele lepszy plan, który wszystko nam wynagrodzi. Tak bardzo pokochałam ich jako osobne postaci, ale również razem.

Liz Tomforde udowadnia tą historią, że nie potrzeba wielkich zwrotów akcji i wymyślnej fabuły, aby poruszyć serce czytelnika. Napisała dość prostą historię, a jednak zawarła w niej tak wiele ciepła, uczuć, emocji. Poruszyła ważne tematy, dzięki którym jest to niesamowicie wartościowa historia. I sprawiła przy tym, że czułam się tak mocno poruszona, że co chwilę ocierałam łzy, przytłoczona tym, jak bardzo pokochałam tych bohaterów - Indy i Shay'a, ale również Stevie i Zandersa, którzy są równie ważną częścią historii tej dwójki. Kocham tę małą rodzinkę, która się tu utworzyła i nie mogę się doczekać, aż będzie się powiększać z każdą kolejną częścią. Zostawiam w tej historii kawałek mojego serca, a więc mam nadzieję, że przyjmiecie ją z równie wielką miłością!


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.


Tytuł: The Right Move
Autorka: Liz Tomforde
Seria: Windy City. Tom 2
Data premiery: 23.05.2024
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 563
Ocena: 10/10

Współpraca reklamowa/patronacka z Wydawnictwem NieZwykłym:



Czytaj dalej »

czwartek, 15 lutego 2024

Liz Tomforde - Mile High | Recenzja patronacka



Stevie Shay od lat jest stewardesą, ale jeszcze nigdy nie spotkała tak aroganckiego, niemiłego, przemądrzałego i wrednego pasażera jak Evan Zanders. Jest przekonana, że ten hokeista uwziął się na nią i zrobi wszystko, żeby zrezygnowała z pracy.

Niestety Stevie musi robić to, co każe jej ten zarozumiały dupek, bo dla niego pracuje. Najgorsze, że Evan to mężczyzna dokładnie w jej typie: przystojny, seksowny sportowiec. Jednak obiecała sobie, że nigdy więcej nie prześpi się z facetem pochodzącym ze sportowego świata.

Nigdy.

Gdyby tylko Evan dał jej spokój, zapomniał o jej istnieniu i nie wwiercał się w nią spojrzeniem, wywołując dreszcze na całym jej ciele. Przecież Zanders może mieć każdą dziewczynę i chętnie z tego korzysta, a przynajmniej tak słyszała Stevie.


Co powiecie na miłość w chmurach między hokeistą o wątpliwej reputacji i stewardesą o ciętym języku? Ta dzisiejsza premiera to jedna z moich ulubionych książek, jakie czytałam w ostatnim czasie i na dodatek mam przyjemność wspierać ją medialnie. A z pewnością zdążyliście się już zorientować, że ja obok hokejowych romansów, na dodatek takich grubasków, nie potrafię przejść obojętnie. Pierwsza część otwierająca jedną z najgłośniejszych serii ostatnich lat to zlepek wszystkiego, co tak bardzo kocham w romansach - humoru, złożonych bohaterów, a przede wszystkim historii, która oferuje o wiele więcej, niż sam romans.

Stevie Shay rozpoczyna właśnie nową pracę jako stewardesa dla hokejowej drużyny grającej w lidze NHL. Czeka ją cały następny sezon latania z tymi przystojnymi sportowcami i chociaż byłoby to zapewne spełnieniem marzeń większości kobiet, Stevie już pierwszego dnia poznaje swój największy wrzód na tyłku w postaci Evana Zandersa. Ten hokeista o reputacji niegrzecznego chłopca i kobieciarza uwziął się na nią, odkąd pierwszy raz go zbyła, i za swój cel na następny rok obiera sobie uprzykrzanie jej życia. Jednak to, co zaczyna się irytującymi zagrywkami, szybko zaczyna się przeradzać w prawdziwe zainteresowanie, a nawet przyjaźń, gdy coraz częściej wpadają na siebie poza godzinami pracy. Stevie przekonuje się, ile z fasady Zandersa znanej całemu światu to tak naprawdę jedynie gra, a ile ukrywa przed innymi z prawdziwego siebie. Stevie obiecała sobie jednak, że już więcej nie wpakuje się w żaden związek ze sportowcem, a Zanders to facet, który zdecydowanie mógłby namieszać w jej życiu.

Kocham romanse, kocham świetnie się na nich bawić, ale najbardziej kocham właśnie te historie, które mogą mi zaoferować coś o wiele więcej, niż kilkugodzinną rozrywkę. A Mile High zawiera w sobie obydwa te elementy - dużo zabawy i chwytające za serce wątki, o których powinno się o wiele więcej mówić. Sercem tej historii są jej bohaterowie, którzy są prawdopodobnie jednymi z najbardziej prawdziwych, wielowarstwowych postaci, o jakich czytałam. Począwszy od Zandersa, który z początku wypada na dupka, któremu na niczym nie zależy, ale krok po kroku zrzuca z siebie tę maskę kobieciarza, po niepewną siebie Stevie, której poczucie wartości było przez lata podkopywane przez najbliższych.

Zanim przejdę do romansu, który zresztą również uwielbiam, chciałam tu poruszyć moim zdaniem najważniejszą część tej książki - to, jak autorka nie boi się poruszać trudniejszych tematów i kładzie nacisk na zdrowie psychiczne, samoakceptację, a także ukazuje jakie długoterminowe skutki może mieć życie w toksycznym środowisku, szczególnie gdy chodzi o rodzinę. Widzimy to zarówno w Zandersie, jak i Stevie, którzy przechodzą naprawdę ogromną przemianę od momentu, gdy ich poznajemy. Ja na początku miałam bardzo mieszane uczucia, jeśli chodzi o Zandersa. W pierwszej chwili zachowuje się jak dupek, irytuje tą arogancką postawą i robi wrażenie takiego typowego samca alfa z różnych romansideł, ale ta maska szybko opada i ukazuje przed nami człowieka poranionego, miękkiego w samym środku jego serduszka i po prostu bardzo bojącego się pozwolić komukolwiek go pokochać.

Ta historia naprawdę rewelacyjnie ukazuje chyba najprawdziwszą prawdę o życiu - to, że każdy z nas, niezależnie od pochodzenia, bogactwa, sławy, w ciszy własnego domu może zmagać się z problemami, o których ciężko nam mówić. Najbardziej rozchwytywany sportowiec w kraju może walczyć z myślami, że nie jest tak naprawdę wart miłości. A a pozoru pewna siebie i arogancka kobieta może mieć poczucie, że nigdy nie będzie dla nikogo pierwszym wyborem. Nawet przemyślenia Stevie na temat jej własnego ciała oraz ogólnego braku pewności siebie chwytały mnie za serce, bo z pewnością każdy z nas, nawet najbardziej pewni swojego ciała, ma chwile zwątpienia. A najwspanialszym lekarstwem na takie chwile jest otaczanie się bliskimi, którzy okażą nam wtedy bardzo potrzebną miłość.

Mam wrażenie, że w momencie, gdy bohaterowie sami w sobie są tak realistycznymi i interesującymi postaciami, o wiele łatwiej jest mi książkę pokochać, bo naprawdę czuję wtedy, że ich rozumiem. I tak też było teraz, bo szybko pokochałam Stevie i Zandersa. Ta dwójka to jednocześnie wybuchowe połączenie, co z pewnością wyczujecie w ich licznych, pełnych chemii i seksualnego napięcia chwilach, ale to też po prostu dwójka osób, która zmaga się z wieloma demonami i pragnie jedynie prawdziwego poczucia bezpieczeństwa i bycia dla kogoś pierwszym wyborem. Ofiarują sobie właśnie to, czego zawsze pragnęli, ale o czym nie śmieli marzyć, a to czyni ich historię tym piękniejszą. Szykujcie się na dużo humoru i pikanterii, ale też chwil pełnych wrażliwości i szczerości.

Myślę, że Mile High to będzie powieść idealna dla czytelników takich jak ja, którzy lubią po prostu czytać o życiu bohaterów, nawet jeśli fabularnie nie dzieje się nic nadzwyczajnie interesującego. Porusza wiele ważnych tematów, rzuca światło na rozmowy o zdrowiu psychicznym mężczyzn, mówi o toksycznych relacjach rodzinnych, a przy tym jest po prostu świetnie napisanym, cudownym romansem (i to na dodatek z motywem hokeja!). Stevie i Zanders są postaciami jak my wszyscy - pragnącymi jedynie wsparcia i miłości innych osób. Bycia czyimś pierwszym wyborem. Jestem zachwycona tą książką i już nie mogę się doczekać kolejnych części. Polecam wam ją całym serduszkiem!


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.

Tytuł: Mile High
Autorka: Liz Tomforde
Seria: Windy City. Tom 1
Data premiery: 15.02.2024
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 622
Ocena: 9/10

Współpraca reklamowa/patronacka z Wydawnictwem NieZwykłym:


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia