Wszystkie historie mają swój koniec.
Effy przekonała się o tym, gdy pokonała Baśniowego Króla. Choć być może nigdy się nie dowie, co tak właściwie wydarzyło się w Hiraeth, to uwolniła się od koszmarów i wraz z Prestonem zajęła się pisaniem pracy naukowej na temat ukochanej baśni narodowej Angharad. W końcu zdobyła miejsce na wydziale literatury, stając się pierwszą kobietą w historii, która podjęła studia na tym kierunku.
Lecz pewne sny są niebezpieczne, zwłaszcza gdy stają się rzeczywistością. Cały uniwersytet – a wkrótce i naród – czeka, aż dziewczyna poniesie porażkę. Po obnażeniu prawdy o dziedzictwie Myrddina Effy nie może już dłużej uciekać w świat fantazji.
Kiedy dziewczyna znajduje się w niebezpieczeństwie, Preston odkrywa z zaskoczeniem, że w jego wnętrzu tli się gniew dźwięczący mu w uszach niczym dzwony. Zaczyna śnić o pałacu pod powierzchnią morza, świecie, w którym jest królem – wizje te zaczynają prześladować go nawet na jawie.
Gdy wybucha wojna między Llyrem a Argantem, Effy i Preston wpadają w krzyżowy ogień: ona traci sny, a on zatraca się we własnych.
Lecz czy sny są zawsze tylko snami?
Teoria śnienia była jedną z moich najbardziej wyczekiwanych kontynuacji, chociaż podczas lektury Studium zatracenia nie było nawet jeszcze wiadomo o jej istnieniu. Po przeczytaniu pierwszego tomu miałam jednak tak wiele pytań i szalało we mnie tak wiele emocji, że nie mogłam przestać o niej myśleć i tworzyć w głowie moich własnych teorii. Napisać więc, że byłam podekscytowana tym tomem, to pewnie niedopowiedzenie. Jak to jednak bywa z mocno wyczekiwanymi kontynuacjami, bardzo często zdarza się tak, że nie dotrzymują one poziomu tomu pierwszego i niestety okazało się, że Teoria śnienia jest jednym z takich przypadków - książką, która miała niesamowity potencjał, który nie do końca został wykorzystany.
Effy i Preston przeszli przez wiele, poszukując prawdy na temat twórczości słynnego pisarza Mardina w Hiraeth. Może i udało im się uratować z przeklętej posiadłości i napisali razem pracę, która wstrząsnęła naukowym światem, ale okazuje się, że wcale nie jest to początek ich nowego, wspaniałego życia. Powrót na uczelnię jest wyzwaniem dla ich obojga. Effy jako pierwsza studentka na wydziale literatury zmaga się z oceniającymi spojrzeniami i plotkami, a Preston odkrywa, że tkwi w nim mrok, który może zaprzepaścić całe jego szczęście i doprowadzić go do zguby. Mają tylko siebie, ale nawet ich miłość nie wystarcza w obliczu zagubienia, jakie oboje odczuwają. Kiedy stosunki między Llyrem i Argantem stają się jeszcze bardziej napięte i obydwie krainy stają na granicy wojny, ta dwójka ponownie staje oko w oko z trudną prawdą, która może kosztować ich wszystko.
Do dziś pamiętam, jak emocjonalnie odebrałam Studium zatracenia. Ta książka mnie zaskoczyła, poruszyła do głębi i sprawiła, że nie mogłam o niej przestać myśleć na długo po skończeniu lektury. Była to też jedna z tych pozycji, której zdecydowanie trzeba było poświęcić więcej uwagi - Ava Reid zachwyca swoim kolorowym językiem i niuansami, które można by było przegapić, gdyby nie czytało się książki uważnie. Nie jest więc łatwo "wpaść" w tę historię, potrzeba paru rozdziałów, aby się w nią zaangażować i dopiero po skończeniu można docenić cały obraz. Dlatego kiedy zaczęłam czytać Teorię śnienia, cały czas sobie powtarzałam, że muszę dać jej czas, aby znowu zaangażować się emocjonalnie w to, co czytam. Niestety, moja ekscytacja i nadzieja opadły dość szybko, a ja do samego końca zmagałam się z poczuciem, że to, co czytam, to nie jest już to samo.
Pierwszym powodem jest to, że Effy i Preston nie są już tymi samymi osobami, jakimi byli w pierwszym tomie. Z wielu powodów jest to zrozumiałe, w końcu oboje przeżyli ogromną traumę, która zmienia ludzi. Z drugiej strony nie mogłam się pozbyć wrażenia, że istnieje ogromna przepaść między postaciami, o których czytałam wcześniej, a tymi, o których czytałam w tej książce. Przepaść, która sprawiła, że nie potrafiłam się emocjonalnie zaangażować w to, co czytałam i nie czułam takiej nagłości, aby dalej poznawać ich historię, jaką czułam wcześniej.
Największą zmianą jest chyba to, że Teoria śnienia opowiedziana jest głównie z perspektywy Prestona, który powoli zatraca się w tym, co nie jest realne, a jego zacierające się granice sprawiają, że jako czytelnik też powoli zaczynamy tracić grunt pod nogami. Jest to naprawdę świetnie poprowadzony zabieg, potwierdzenie moich słów, że autorka ma ogromny talent i potrafi operować słowami w magiczny sposób - ale to nie zmienia faktu, że ten wątek był dla mnie trochę powtarzalny i mało ekscytujący. Po finale Studium zatracenia spodziewałam się chyba, że jego rola pójdzie w trochę inną stronę, zwłaszcza w porównaniu z tamtymi wydarzeniami, a tak nie było.
Effy również staje się jedynie cząstką dawnej siebie, ale jej historia okazuje się być bardziej złożona i tragiczniejsza. Tutaj dla odmiany kompletnie nie przewidziałam, że pójdziemy w takim kierunku i polecam zapoznać się wcześniej z ostrzeżeniami, bo rzeczy, które jej się przytrafiają, mocno mną wstrząsnęły. To jedna z rzeczy, która zrobiła na mnie wrażenie - te oczywiste, ale i subtelne znaki, że to, co jej się przydarzyło, było okropne i straszne, aż jej trauma pozostawiona samej sobie przybiera formę depresji i myśli, które naprawdę ciężko mi się czytało. Tym bardziej było mi szkoda, że jej obecność w tej książce była mniejsza niż wcześniej, nawet jeśli był to celowy zabieg - myślę, że jej postać zasłużyła na to, by miała tu większe znaczenie.
I chociaż nie czytam tej dylogii dla romansu, bo on był dla mnie bardzo miłym dodatkiem do świetnej fabuły, to w tym tomie niestety Effy i Preston stali się mi jako para obojętni. Z dwójki osób, którzy przeszli razem przez coś tak trudnego i odmieniającego życie, stają się sobie właściwie obcy, bo żadne z nich nie chce się obciążać ciężarem, jaki w sobie noszą. Miałam wrażenie, jakbym czytała książkę o dwóch osobnych postaciach, które przechodzą przez coś innego i jedynie czasami się spotykają, aby podtrzymać tę wiszącą na włosku relację. Nie wspominając o wszystkich tych niewypowiedzianych słowach i sekretach. Spodziewałam się, że ich relacja zostanie potraktowana z większą uwagą, a miałam wrażenie, jakby autorka nie do końca wiedziała, co z nimi zrobić.
Ostatecznie niestety przyłapałam się na tym, że podczas czytania tej książki nie czułam już takiej naglącej potrzeby, by wracać do tego świata, aby dowiedzieć się, co dalej, bo niestety fabularnie nie ma ona do zaoferowania nic nowego ani ekscytującego. Nie zaangażowały mnie już nawet wstawki z pamiętników czy dzienników, bo nie miały one aż tak dużego wpływu na bohaterów, jak w poprzedniej części. Mam poczucie, że ta książka pozostawia więcej pytań, niż odpowiedzi, a niedopowiedziane rzeczy budzą jedynie frustrację. Fabularnie książka nie do końca wie, co chce powiedzieć i robi to w tak zawiły sposób, że zaczyna męczyć. Uwielbiam ją za klimatyczny świat, świetnie poprowadzony konflikt między królestwami i ukazanie wpływu, jakie traumatyczne wydarzenia mają na psychikę człowieka, ale niestety jestem zdania, że Studium zatracenia powinno było zostać jednotomówką.
Ava
Reid – amerykańska autorka powieści young adult, najbardziej znana ze
swojej powieści Studium zatracenia, która stała się bestsellerem „The
New York Timesa”. Urodziła się na Manhattanie w Nowym Jorku i dorastała w
Hoboken w New Jersey. Uczęszczała do Barnard College, na studiach
zajmowała się religią i etnonacjonalizmem.
Tytuł: Teoria śnienia
Autorka: Ava Reid
Seria: Studium zatracenia. Tom 2
Tytuł w oryginale: A Theory of Dreaming
Data premiery: 13.11.2026
Wydawnictwo: Nowe Strony
Liczba stron: 365
Ocena: 6/10





Brak komentarzy
Prześlij komentarz
Dzięki za przeczytanie mojego wpisu! Byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił/a komentarz ze swoją własną opinią :)