środa, 29 lipca 2026

Danielle L. Jensen - The Tempest Blade



A fugitive on the run, Ahnna has one goal: return to Ithicana with warning of the greatest threat her homeland has ever faced. But as she escapes into the wilderness, it is with the man who broke her heart hunting at her heels—and James wants more than justice. He wants revenge.

Desperate to prove his loyalty to his family, James ventures into dangerous territory to capture his father’s killer. But the longer he follows Ahnna’s trail, the more his certainty of her guilt is tested—and the more the passion they once shared reignites.

As schemes twist tighter and war brews, Ahnna and James discover that the enemy isn’t each other—it is the masterminds manipulating them both in pursuit of power. Yet their greatest obstacle remains, because their loyalties are to opposing sides in the battle to come. As the storms of the Tempest Seas lower their defenses, James and Ahnna must choose where their hearts lie: on the battlefield, or in each other’s arms.


 
Zajęło mi lata, by wrócić do "Królestwa Mostu", ale kiedy już na nowo dla tej serii przepadłam, nie mogłam przerwać i czytałam aż do samego końca, nawet pomimo tego, że niestety finalny tom nadal nie jest dostępny po polsku. Spędziłam dobry miesiąc na nowo zakochując się w twórczości Danielle, przeżywając kolejne szokujące plot twisty, wylewając łzy nad okrucieństwami, jakie spotykały bohaterów, których pokochałam i kompletnie znikając w tym świecie rządzącym się politycznymi intrygami, pustoszonym przez chciwość, pragnienie władzy i rozlew krwi. Zawsze mam obawy zbliżając się do zakończenia tak długich serii, ale "The Tempest Blade" dokonało niemożliwego i mogę śmiało napisać, że to było jedno z najlepszych, pochłaniających w każdej sekundzie zakończeń serii fantasy, jakie czytałam w swoim życiu. Wydarzyło się tu tak wiele, że aż ciężko będzie mi ująć słowami wszystkie emocje, jakie we mnie buzowały.

UWAGA NA MOŻLIWE SPOILERY Z POPRZEDNICH TOMÓW!

Wrobiona w morderstwo króla Harendell, Ahnna ma tylko jedno w głowie: uciekać i zdążyć ostrzec Ithicanę, że zostali pionkami w skomplikowanej grze, a życie jej rodziny jest w niebezpieczeństwie. Ucieczka jednak nie jest taka łatwa, nie tylko ze względu na czyhające na nią wyzwania, ale przez fakt, że za każdym jej śladem podąża napędzany pragnieniem zemsty James, którego zdrada złamała jej serce niemalże równie mocno jak jej bezsilność wobec przyszłych losów Ithicany. Obydwoje noszą w swoim sercu ogromny żal i poczucie zdrady, a nienawiść jest o wiele silniejsza niż miłość, o której pragną zapomnieć. I obydwoje wiedzą też, że żadne z nich nie wyjdzie z ich ostatecznego starcia życiem. Kiedy razem zostają więźniami większego potwora niż wszystko, co ich dotychczas spotkało i dowiadują się rzeczy, które wstrząsają całym ich światem, nie pozostaje im nic innego, jak skonfrontować się ze swoimi uczuciami i ponownie połączyć siły. A jednak ta cienka nić powoli odbudowywanego zaufania może nie wystarczyć, kiedy zostaną zmuszeni stanąć po przeciwnych stronach walki, która na dobre może zniszczyć wszystko i wszystkich, których kochają...

Nikt nie robi tak dobrze motywu zdrady, jak Jensen. Aren i Lara są tego najlepszym przykładem, bo każdy, kto czytał dylogię o nich dobrze wie, jak bardzo emocjonalna i trudna była ich historia, podsycana kłamstwami, manipulacjami, intrygami bardziej poplątanymi niż oni oboje, ale też ogromną miłością, która rosła w sile wbrew rozsądkowi. Ahnna i James bardzo mi tę dwójkę przypominają i zapewne dlatego tak bardzo ich pokochałam. Gdy rozpoczynamy ten tom, nie mamy nawet chwili oddechu, bo razem z Ahnną od razu rzucamy się w ucieczkę, rwąc sobie włosy z głowy, że James tak łatwo uwierzył w jej winę. Nie będę ukrywać, byłam na niego tak bardzo wściekła, a jednocześnie kłaniałam się przed niesamowitością pióra Danielle, która tchnęła w ten początek tak wiele emocji, ten ból złamanego zaufania, wewnętrznego rozdarcia, pragnienia zemsty i jednoczesnej nieumiejętności skrzywdzenia osoby, którą się kochało, choć przyczyniła się do największego cierpienia.

Czytając "Skręcony tron" poznaliśmy Jamesa i Ahnnę jako dwie zupełne różne osoby, które wbrew wszelkiemu rozsądkowi mieli na swoim punkcie wręcz obsesję, jednocześnie doprowadzając się do szału i nie mogąc przestać o sobie myśleć. Ale wtedy jeszcze Ahnna miała zostać małżonką Williama, dziedzica tronu, a James był jedynie bękartem, który nigdy nie mógłby mieć z nią żadnej przyszłości. Zaufanie między nimi było kruche, a wiele słów niewypowiedzianych, co skończyło się tak, jak się skończyło. Ten tom daje im kolejną szansę, ale tym razem emocje sięgają zenitu, stawka jest jeszcze bardziej wysoka i nie ma już czasu na unikanie konfrontacji. Teraz pozostaje im wyrzucić wszystko z siebie i albo dokończyć to, czego pragną wszyscy w Harendell, albo w końcu zacząć sobie ufać.

Ani trochę nie spodziewałam się tego, że aż tak ta dwójka skradnie moje serce. Bardzo ich polubiłam w piątym tomie, ale tutaj wszystko się zmienia, w tym relacja Jamesa i Ahnny, którzy po długich tygodniach cierpienia i strat w końcu zaczynają się na siebie prawdziwie otwierać. Znajdują w sobie oparcie w najbardziej traumatycznych momentach, komunikują swoje obawy i bardzo szybko stają się jedną z moich ulubionych par w tym uniwersum. I nie mam tu na myśli tylko ich związku, ale też ich własną ogromną przemianę oraz determinację, by naprawić poprzednie błędy i uratować tych, na którym ich zależy. James może i nie rozpoczyna dobrze, ale w każdym calu się reflektuje i udowadnia swoją lojalność, gdy zrozpaczona Ahnna szuka ratunku dla Ithicany. Autorka łatwo mogła zrobić z niego główną postać tej historii, ale to Ahnna pozostaje w centrum, niesiona ogromnym poczuciem winy i determinacją, by uratować rodzinę oraz ukochane królestwo, a James jest jej podporą. Właśnie to uwielbiam w nich najbardziej. 

Ten tom nigdy nie spowalnia, a wątek miłosny Jamesa i Ahnny to jedynie wisienka na torcie tego, o czym tu czytamy. Jak na tak grubą książkę, nie było nawet jednej chwili, kiedy byłabym znudzona. Wręcz przeciwnie, od pierwszych rozdziałów po ostateczną walkę walczyłam o oddech, bo czytałam tę książkę siedząc jak na szpilkach, trochę przygotowując się na najgorsze. Czarni bohaterowie są genialnie wykreowani, bo ich czyny budzą grozę, prawdziwą obawę o to, co nadchodzi i nie potrafię zliczyć, ile razy zalewałam się łzami, przekonana, że to już koniec. Jasne, autorka pozwala sobie na swobodę twórczą, jest tu wiele momentów, które nie miałyby racji bytu w prawdziwym życiu, ale taka jest magia fantastyki, że można sobie pozwolić na więcej, a dzięki temu lektura tej części nie pozwala odetchnąć spokojnie i trzyma w napięciu do końca.

Wspaniałym zabiegiem jest to, że ten tom opowiedziany jest z perspektywy wszystkich sześciu głównych postaci - James i Ahnna nadal pozostają w centrum, ale do głosu ponownie dochodzą też Lara i Aren oraz Zarrah i Keris. Nie jest to przypadkowe, bo wątki w tym tomie zaczynają się łączyć i wszyscy mają jeden cel, na który pracują, ale my jako czytelnicy nie jesteśmy pozostawieni swojej wyobraźni, lecz ponownie możemy to przeżyć razem z nimi. Ogromnie mnie to cieszy, w szczególności możliwość spędzenia trochę czasu z Larą i Arenem w Ithicanie, od której wszystko w końcu się zaczęło - i na której wszystko się kończy. Było to jednocześnie bardzo nostalgiczne przeżycie, jak i spotęgowane emocjonalnie, bo to w końcu bohaterowie, których znamy najdłużej. Rozczarować się jedynie mogą trochę fani Kerisa i Zarrah, bo mam wrażenie, że akurat ich było najmniej, ale to może dlatego, że dopiero co mieliśmy okazję czytać ich książki (i to bardzo długie)? Osobiście mi to nie przeszkadzało, chyba lepiej mi się czyta o nich jako o postaciach drugoplanowych, choć w momentach, gdy wszyscy poza nimi przebywali w jednym miejscu trochę ich brakowało.

Kończąc już tę moją bardzo długą recenzję mogę śmiało napisać, że "The Tempest Blade" utrzymuje poziom tej serii i jest genialnym zakończeniem, od którego nie sposób się oderwać. Zakończeniem, w którym jest wszystko, co w tej serii mnie urzekło - liczne niebezpieczeństwa, chwile pełne grozy, polityczne gry, wpleciony we wszystko komentarz na temat tragicznych realiów wojny wiedzionej przez rządnych władzy ludzi, w której cierpią niewinni, ale także poruszające momenty przyjaźni, pozszywanej z przeróżnych ludzi rodziny. Są epickie historie miłosne i złożeni bohaterowie, którzy są realistyczni, skomplikowani, czasami trudni, ale dzięki temu ciekawi. To zakończenie godne pochwały, po którym mam przeogromnego kaca książkowego i którego nie mogę się doczekać w polskiej wersji, bo z pewnością do niego jeszcze powrócę.


Danielle L. Jensen urodziła się i dorastała w Calgary - największym mieście kanadyjskiej prowincji Alberta. Początkowo ukończyła studia na University of Calgary ze stopniem licencjata w dziedzinie finansów, jednak później zdecydowała się na powrót do szkoły i ukończyła stopień z zakresu literatury angielskiej na Mount Royal University. Danielle już jako dziecko wyobrażała sobie siebie spędzającą w przyszłości długie godziny na pisaniu. Autorka przyznaje również, że początkowo próbowała pisać romanse, ponieważ wydawało jej się to łatwym zadaniem na początek, jednak szło jej to okropnie i wróciła na tor jej ulubionego gatunku literackiego - fantasy. Pisała w czasie wolnym i nie chciała nikomu przyznać się do tego, co robi. Dlatego wszystkich bardzo zaskoczyła, kiedy skończyła pisać swoją pierwszą powieść (2008 rok). Wtedy wiedziała już, że chce zostać pisarką i dlatego między innymi zdecydowała się na ukończenie drugiego kierunku studiów (literatura angielska) - by zarobić na swoje marzenia pracowała jako kelnerka w pubie sportowym. Kiedy tylko miała jakąkolwiek wolną chwilę - pisała.


Tytuł: The Tempest Blade
Autor: Danielle L. Jensen
Seria: The Bridge Kingdom. Tom 6
Język: angielski
Data premiery: 9 października 2025
Liczba stron: 785
Ocena: 10/10

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Dzięki za przeczytanie mojego wpisu! Byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił/a komentarz ze swoją własną opinią :)

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia