Gdy Ava po kilku kieliszkach tequili wypełniała formularz konkursowy, nie sądziła, że właśnie zaczyna pisać własną bajkę.
Kobieta chciała jedynie przysłużyć się promocji biznesów przyjaciółek, a los postanowił nagrodzić ją koroną. Teraz, z jedwabną szarfą na piersi i diademem na głowie, szykuje się do trzymiesięcznej trasy po wszystkich pięćdziesięciu stanach jako nowa Miss Americana.
Dla dziewczyny spragnionej przygód to spełnienie marzeń… z dwoma małymi „ale”.
Pierwsze – lista surowych zasad, które mają trzymać Avę w ryzach.
Drugie – zdecydowanie bardziej problematyczne – seksowny, lecz wiecznie naburmuszony ochroniarz, który ma pilnować, by zachowywała się, jak przystało na miss.
Jaime, na co dzień szef ochrony światowej sławy zespołu Atlas Oaks, liczył na chwilę spokoju podczas przerwy w trasie. Nie spodziewał się jednak, że jego nowym zadaniem będzie pilnowanie uroczej, lecz piekielnie irytującej królowej piękności, która działa mu na nerwy… i na zmysły.
Ava postawiła sobie za punkt honoru testowanie jego wytrzymałości, przekraczając powoli tę bardzo cienką granicę, którą ustalił.
A Jaime musi przetrwać dziewięćdziesiąt dni, nie ulegając kobiecie, która śni mu się po nocach...
Passenger Princess to moje pierwsze spotkanie z twórczością Morgan Elizabeth - autorki, którą na swoim radarze miałam już od bardzo długiego czasu. Zapewne nie będzie ostatnie, bo okazuje się, że jej styl pisania cechuje się idealną lekkością, kiedy mam ochotę na coś mniej wymagającego. Ta książka może i nie trafi na listę moich ulubieńców i nie zapadnie mi jakoś mocno w pamięci, ale była dokładnie tym, czego potrzebowałam w danym momencie - szybką, słodką historią bez większych dramatów, przy której się zrelaksowałam i oderwałam od obowiązków. A czasami chyba wszyscy mamy na takie ochotę, prawda?
Kiedy Ava po pijaku aplikowała do konkursu Miss Amerikany, z pewnością nie spodziewała się, że parę miesięcy później wyruszy w trasę po całym kraju z koroną na głowie. Pragnęła jedynie pomóc przyjaciółkom, w najśmielszych snach nie spodziewała się, że ona - zwykła dziewczyna, która nie ma żadnego doświadczenia w tej branży - zdobędzie ten tytuł. A teraz jej całe życie zmienia się w mgnieniu oka, bo okazuje się, że publika właśnie takiej osoby potrzebowała. Przez najbliższe trzy miesiące ma odwiedzić wszystkie pięćdziesiąt stanów, co brzmi jak spełnienie jej marzeń, gdyby nie dwa problemy: surowe zasady, które zabraniają jej wielu rzeczy, w tym randkowania... oraz Jaime, jej nowy, seksowny i gburowaty ochroniarz, który ma jej wszędzie towarzyszyć i pilnować, by się odpowiednio zachowywała. Dla tak wolnego ducha, jakim jest Ava, perspektywa oddania kontroli działa jak płachta na byka, kobieta zdecydowanie nie ma więc w planach ulegać rozkazom swojego nowego ochroniarza. A jeśli przy tym trochę się z nim pobawi i być może złamie jego twardą powłokę, która każe mu trzymać się profesjonalizmu... być może czeka ich niezapomniane lato.
Ta cukierkowa okładka i opis mogą sugerować głupawą historię, ale muszę przyznać, że zostałam pozytywnie zaskoczona tym, że za fasadą słodkiej książki skrywa się też wiele pozytywnych przekazów. Nie wiem zbyt wiele na temat konkursów piękności, bo nigdy się nimi nie interesowałam, ale z pewnością wiążą się z nimi pewne przekonania wśród ogółu, a historia Avy jest fajnym przypomnieniem, że nigdy nie powinniśmy oceniać po okładce. Ava z czegoś tak niepozornego, jak zdobycie tytułu Miss Amerikany, robi swoją misję, by nie tylko być przykładem dla dziewczynek na całym świecie, ale i dla małych przedsiębiorstw należących do kobiet, którym słabo się wiedzie - tak, jak parę miesięcy temu, jeszcze jej bliskim przyjaciółkom. Jest postacią twardo stąpającą po ziemi, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego to akurat ona zdobyła ten tytuł: bo łatwo polubić jej autentyczność i szczerość, razem z całą tą słodką fasadą. Niczym Elle Woods w stroju Miss Amerikany potwierdza, że blondynki ubrane na różowo wcale nie są głupie.
Jaime z początku z rezerwą podchodzi do roboty ochrony kogoś, kogo bierze za typową księżniczkę, zwłaszcza, że zawalenie tej roboty mogłoby skutkować nie tylko zwolnieniem, ale też utratą świadczeń i przedwczesnej emerytury. Ava go przyciąga do siebie, ale on trzyma się swojego profesjonalizmu i jak na dobrego ochroniarza przystało, przedstawia jej surowe zasady... których ona nie chce się trzymać. To dobrze nam już znane zestawienie osobowości trochę lekkomyślnej duszy towarzystwa i kogoś, kto zawsze trzyma się zasad, bardzo typowe grumpy/sunshine, ale ich dynamika jest naprawdę fajna, a oni jako bohaterowie sympatyczni i bardzo charyzmatyczni. Chociaż muszę tu przyznać - jako osoba bardziej zbliżona osobowością do Jaimego, czasami strasznie frustrowałam się mało rozsądkowym myśleniem Avy, a już zwłaszcza jej niefrasobliwym podejściem do poważnych sytuacji.
Historia Jaimego i Avy jest natomiast jak miód na serce. Jest słodka, pikantna, bohaterowie może i krążą trochę wokół siebie, ale ich wzajemne zainteresowanie jest oczywiste i nie ma między nimi miejsca na dramaty wyssane z palca, które by wszystko zrujnowały. Uwielbiam fikcyjnych facetów, którzy zwracają uwagę na ważne rzeczy, słuchają i ukazują swoją miłość w najdrobniejszych gestach, a Jaime to definicja takiego chłopaka! Tym samym muszę jednak przyznać, że choć dobrze mi się o nich czytało, to ta historia dość szybko stała się powtarzalna i lekko nudnawa. Może to mój osobisty problem, bo jestem jedną z czytelniczek preferujących powolne budowanie napięcia, ale ilość tej słodyczy mnie już pod koniec przestała ekscytować. Zabrakło mi też między nimi czegoś więcej, co sprawiłoby, że zapadli by mi w głowie na dłużej, niż na czas czytania ich historii.
Miałam też trochę zgrzyty z samym stylem pisania autorki, bo choć spodobała mi się ogólna lekkość i łatwość w przyswojeniu tej książki, to niektóre teksty sprawiały, że skręcałam się trochę z zażenowania. Bywały takie momenty, zwłaszcza te w kwestiach Jaimego, które zostały tak oczywiście wplecione pod publikę, że przewracałam oczami. Teksty, które czytałam już milion razy w innych popularnych romansach. Podobny problem miałam ze scenami zbliżenia, które mi zwyczajnie nie pasowały do tonu całej książki. Mało było w nich prawdziwej pikanterii, a więcej wymuszonego spice'u, bo niestety dokładnie to się najlepiej sprzedaje.
Moja przygoda z książką Passenger Princess nie była co prawda idealna, ale myślę, że jeśli poszukujecie czegoś na oderwanie się od innych lektur, bez dramatów i angstu, to ta książka może być fajnym wyborem. W przyszłości będę chciała poznać jeszcze inne książki autorki, bo uważam, że jest tu potencjał - zwłaszcza, że czasami wręcz potrzebuję tego typu historii, aby odetchnąć od bardziej emocjonalnych romansów. Nie zapamiętam tej książki na dłużej, ale też nie tego się spodziewałam i właściwie dostałam od niej dokładnie to, czego było mi potrzeba.
MORGAN ELIZABETH - autorka z Jersey. Mieszka tam z dwoma synami, córką i mężem mechanikiem. Uzależniona od mrożonego espresso, chipsów o smaku barbecue i żelków Starburst. Pisanie było jej powołaniem od zawsze. Przez całe życie snuła w głowie historie błagające o wypuszczenie na wolność, ale dopiero niedawno pozwoliła im wyjść na światło dzienne.
Tytuł: Passenger Princess
Autorka: Morgan Elizabeth
Data premiery: 11.02.2026
Wydawnictwo: Czwarta Stron (Bezwstydna)
Liczba stron: 384
Ocena: 6/10

Brak komentarzy
Prześlij komentarz
Dzięki za przeczytanie mojego wpisu! Byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił/a komentarz ze swoją własną opinią :)