Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowe Serca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowe Serca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 sierpnia 2025

Bal Khabra - Spiral. W rytmie uczuć



Gdy uczucia wirują, trudno utrzymać równowagę

Elias Westbrook to zawodnik NHL, który częściej niż bramki zalicza nagłówki plotkarskich gazet. Każde zdjęcie z kobietą to nowa fala plotek i hejtu, a przez brak sukcesów na lodowisku kibice zaczynają wątpić, czy w ogóle zasługuje na miejsce w drużynie. Presja rośnie, a Elias coraz bardziej ugina się pod ciężarem oczekiwań.

Sage Beaumont jest utalentowaną baletnicą i marzy o roli w „Jeziorze łabędzim”. Ale talent to za mało w świecie, w którym liczą się lajki. Bez popularności w mediach społecznościowych jej szanse topnieją szybciej niż lód pod łyżwami.

Kiedy ich światy się zderzają, rodzi się plan. Udawany związek ma uratować ich kariery: Elias odzyska kontrolę nad swoją reputacją, a Sage zdobędzie rozgłos, by spełnić swoje marzenie. Wszystko wydaje się idealne… dopóki uczucia na pokaz nie stają się prawdziwe.


Nie mam w zwyczaju skreślać autorów po jednej książce (chyba że to była najgorsza książka na świecie, która zafundowała mi traumę na resztę życia, bo i takie się zdarzają), dlatego pomimo niezbyt udanej przygody z Collide postanowiłam dać jeszcze jedną szansę Bal Khabrze i przeczytać Spiral. I chociaż świeżo po lekturze w mojej głowie wirowało wiele myśli i opinii, ostatecznie moje przemyślenia sprowadzają się chyba do tego, że niestety twórczość tej autorki to przykład popadania w popularne schematy bez oferowania czytelnikom czegoś więcej i mocnego inspirowania się innymi popularnymi tytułami. Spiral może i wypada trochę lepiej niż jej poprzednia książka, ale nadal brakuje jej serca.

Gdy Elias zaczynał karierę w NHL z pewnością nie spodziewał się, że tak będzie wyglądała rzeczywistość - coraz to inne nagłówki o jego rzekomych podbojach, które psują mu reputację, chociaż sam pragnie skupić się jedynie na hokeju. Nie pomaga też to, że do tej pory nie trafił ani jednego gola i menadżerzy oraz kibice drużyny zaczynają wątpić, że zasługuje na miejsce w drużynie. Sage to utalentowana baletnica, która marzy o głównej roli w "Jeziorze łabędzim". Niestety co chwilę spotyka się z kolejnymi odmowami i rozczarowaniem na rzecz młodszych, bardziej rozpoznawalnych baletnic. Kiedy ich ścieżki się krzyżują, obydwoje zgadzają się na plan: będą udawać parę, aby poprawić reputację Eliasa, co z pewnością pomoże także z popularnością Sage. Plan wydaje się idealny... dopóki coraz trudniej jest im udawać, że wcale im prawdziwie nie zależy. 

Przyznaję, gdy zaczynałam czytać tę książkę, byłam naprawdę dobrej myśli i od pierwszych rozdziałów świetnie się bawiłam. Autorka pisze lekkim, przyjemnym językiem i jestem pewna, że znajdzie się mnóstwo osób, którym ta historia przypadnie do gustu o wiele bardziej niż mi. No więc co takiego poszło nie tak, że ostatecznie skończyłam tę książkę rozczarowana? Przede wszystkim to, że... ta historia to zlepek dziesiątek innych historii, które już czytałam i autorce nie udało się zaoferować nic nowego - nie tylko fabularnie, ale też w kreacji bohaterów, przez co ostatecznie zaczęłam się zwyczajnie nudzić, a nawet irytować tak oczywistą inspiracją innymi tytułami.

W tej książce autorka sięga po najpopularniejszy motyw w romansach znany ludzkości: udawany związek. Nie zrozumcie mnie źle, kocham ten wątek i zawsze chętnie przeczytam o nim książkę, ale dawno już nie byłam tak rozczarowana sposobem, w jaki został wykorzystany. A właściwie nie został wykorzystany. Sage i Elias postanawiają udawać parę dla mediów po tym, jak wszystkie gazety obsmarowują Eliasa za jego nieudany sezon w NHL oraz wymyślają kolejne plotki o jego podbojach. Ma to też pomóc Sage, która marzy o profesjonalnej karierze baletnicy, ale zmaga się z kolejnymi odmowami i nieudanymi przesłuchaniami na rzecz bardziej popularnych i rozpoznawalnych tancerek. I to byłoby fajne tło dla rozwoju ich relacji, gdyby nie to... że tak właściwie tego udawania nie ma. Sage i Elias od początku są sobą zainteresowani, miotają się jedynie z własnymi wewnętrznymi rozterkami, a cały ten medialny szum, który mają wywołać, idzie jakby w zapomnienie i przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Dla mnie było to zwyczajne rozczarowanie, bo kocham ten motyw właśnie za wszystkie momenty udawania, gdzie zaciera się linia między tym, co fikcyjne, a tym, co prawdziwe, co buduje największe napięcie.

Brak napięcia to też ważny powód, dlaczego od początkowej ekscytacji przeszłam ostatecznie do znużenia. Sage i Elias są sympatycznymi postaciami i łączy ich dość słodka relacja, ale nie ma tu mowy o stopniowym budowaniu zainteresowania, ani o emocjonalnym napięciu, który wywołałby szybsze bicie serca. Wręcz przeciwnie, zainteresowanie jest od początku, to wszystko inne kuleje i ostatecznie wychodzi z tego bardzo przeciętna, nieoryginalna i mało ekscytująca historia, która miała potencjał być czymś lepszym, ale wyraźnie zabrakło tu pomysłów.

Widziałam też wiele określeń, że Eli ma być typem golden retrievera, złotego chłopca, którego nie da się nie pokochać, a nie wiem, czy bym się z tym określeniem zgodziła. To prawda, Eli jest sympatycznym facetem i nie mam do niego większych zastrzeżeń, ale do tego określenia mu daleko, chyba że wystarczy być dobrym człowiekiem i żyć w celibacie od czterech lat (jakbyście nie wiedzieli, to autorka powtarza tę informację co parę rozdziałów). Jak dla mnie przez większość czasu był zamknięty w sobie, miał tendencję unikać kolegów i zamykać się przez Sage, gdy robiło się poważnie, a to przeciwieństwo rzekomego golden retrievera. Oczywiście są to rzeczy zrozumiałe, biorąc pod uwagę jego doświadczenia, z którymi się zmagał i nadal zmaga, ale czasami jego zachowanie strasznie mnie frustrowało. Szczególnie, że przez większość czasu nie potrafiłam zrozumieć, czego chce.

A wiecie, co sfrustrowało mnie jeszcze bardziej? To, że ta historia to tak oczywista inspiracja książką The Right Move Liz Tomforde, że jestem trochę w szoku, że udało się to autorce już po raz drugi i mało osób o tym mówi. Zwłaszcza, że Collide również było oczywistą inspiracją innymi książkami, a zwłaszcza Układem Elle Kennedy. I wcale nie mam tu na myśli samej fabuły, bo nie oszukujmy się, w romansach na próżno szukać pełnej oryginalności, ale także wiele scen, dialogów, a nawet elementów charakteryzujących jej postacie, które są kopią innych powieści. Dla mnie to aspekt ważący na moim odbiorze jej twórczości, bo szczerze mówiąc, w tym momencie nie mam ochoty dawać już jej kolejnych szans. Może osobom, które tych innych romansów nie znają, się spodoba, ale dla mnie jest to bardzo przeciętna książka, przyjemna i lekka, ale nie zapadnie mi w pamięci. 



Bal Khabra jest kanadyjską pisarką, entuzjastką romansów i miłośniczką książek. Zanim zdecydowała się wskoczyć do świata romansów jako autorka, spędzała czas na pisaniu o książkach w mediach społecznościowych. Bal ma wielokulturowe korzenie, podobnie jak Summer i inne postacie z jej książek. Niezależnie od tego, czy jest to język, pudełko jej ulubionych słodyczy, czy filiżanka chai, w jej pisarstwie nie brakuje śladów jej południowoazjatyckiego pochodzenia. Uwielbia czytać o miłości, oglądać filmy o miłości, a teraz sama o niej pisze. Naprawdę niewiele innych rzeczy sprawia, że jej serce trzepocze tak jak wtedy, gdy książka kończy się happily ever after. Zakochała się w pisaniu i ma nadzieję, że nadal będzie spełniać swoje marzenia jako autorka romansów.


Tytuł: Spiral. W rytmie uczuć
Autorka: Bal Khabra
Tytuł w oryginale: Spiral
Seria: Off the Ice. Tom 2
Data premiery: 16.07.2025
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Ocena: 6/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:

Czytaj dalej »

niedziela, 6 lipca 2025

Catherine Walsh - Na jedną noc



On zwykle nie sypia z nikim godzinę po poznaniu.
Ona – tak.

Sarah Anderson ma dwadzieścia osiem lat, mieszka w Nowym Jorku, ostatnio w pracy ominął ją duży awans i ma wrażenie, że stoi w miejscu (a może nawet się cofa). Na szczęście wkrótce będzie mogła zapomnieć o kłopotach zawodowych i nieudanym życiu miłosnym, bo zbliża się ślub jej najlepszej przyjaciółki. I to nie byle jaki ślub – tylko irlandzki! Żegnaj, Nowy Jorku, witajcie, zielone wzgórza, mężczyźni o zniewalających akcentach i iskrzących się oczach. Ten ślub ma być idealny, a ona jako pierwsza druhna tego dopilnuje.

Kiedy poznaje brata pana młodego, Declana Murphy’ego, nie może uwierzyć, że los może być aż tak przewrotny. To jej ostatni facet na jedną noc, którego miała już NIGDY więcej nie zobaczyć, a tym bardziej nie być z nim swatana.

Declana ta sytuacja bawi i nie zamierza niczego jej ułatwiać, a Sarah za wszelką cenę stara się utrzymać ich sekret w tajemnicy. Kobieta musi zrobić wszystko, by przetrwać ten weekend bez kolejnych katastrof. Tylko czy to na pewno możliwe, gdy Declan najwyraźniej wcale nie chce zapomnieć tej jednej nocy?


Gdy w zeszłą zimę słuchałam świątecznych książek Catherine Walsh, od razu polubiłam się z jej lekkim i bardzo przyjemnym w odbiorze stylu pisania. Jak przy dobrej komedii romantycznej - pośmiałam się, trochę poprzewracałam oczami, ale co najważniejsze, dobrze się bawiłam. Z tego powodu od razu zapragnęłam przeczytać jej bardziej wakacyjną powieść Na jedną noc, która była także jej debiutancką książką. Miałam nadzieję na dużo Irlandzkiego klimatu, jeszcze więcej weselnego chaosu i słodką historię miłosną. Dostałam trochę typowych dla rom-comów zawirowań emocjonalnych, ale jeśli chodzi o resztę... niestety trochę się zawiodłam.

Sarah Anderson ma wprawę w jednonocnych przygodach, które nigdy nie prowadzą do niczego więcej - czyli dokładnie tak, jak lubi. Declan Murphy natomiast nie. Kiedy lądują ze sobą w łóżku, Sarah nie spodziewa się, że Declan będzie miał ochotę na coś więcej i że będzie musiała wywalić go za drzwi. Ani że parę dni później spotkają się ponownie w Irlandii na weselu jej najlepszej przyjaciółki... ponieważ jest bratem pana młodego. Miała go już nigdy więcej nie zobaczyć, a on zdaje się być wszędzie. Jest zdeterminowana sprawić, by był to najlepszy ślub na świecie, ale jego obecność nie pomaga. Szczególnie, że budzi w niej zainteresowanie, które nie jest mile widziane. Wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, gdy wszyscy wokół dowiadują się o ich jednorazowej przygodzie i zaczynają ich swatać. Powrót do Nowego Jorku powinien już na zawsze rozdzielić ich ścieżki, ale z jakiegoś powodu Sarah nie może przestać o nim myśleć. Czy kobieta tak uczulona na trwałe związki w końcu otworzy na kogoś swoje serce?

Sięgnęłam po tę książkę dla autorki, ale też dlatego, że opis obiecuje historię zlokalizowaną w Irlandii, rozwijającą się wokół wesela, z całym tym chaosem wpadnięcia ponownie na faceta, który miał być tylko przygodą na jedną noc. I jeśli z tego powodu też was ta książka zaciekawiła, to was rozczaruję - wesele w Irlandii to tak naprawdę akcja na tylko kilka rozdziałów. Większość tej książki nie ma tak naprawdę nic z tym wątkiem wspólnego, bo zdecydowana część kręci się wokół tego, co dzieje się już w czasie, gdy powracamy z bohaterami do Nowego Jorku, co jest dla mnie dużym rozczarowaniem i pierwszym dużym minusem.

Drugą i największą wadą... są bohaterowie. Napisać, że Sarah jest trudną postacią, to niedopowiedzenie roku. Po części jest to zrozumiałe, jej brak zaufania do facetów i niechęć do otworzenia się na Declana wynikają przede wszystkim z tego, że już nie raz została mocno sparzona i nie chce pakować się w kolejny związek, który tylko skończył by się znowu łzami. Problem zaczyna się wtedy, gdy przez ponad trzysta stron nie widać z jej strony żadnej chęci do zmiany i emocjonalnej dojrzałości. Wręcz przeciwnie - przez całą książkę czytamy o tym, jak Sarah miota się między pragnieniem Declana, a wodzeniem go za nos. Podejmuje masę frustrujących decyzji, z czego dla mnie czara goryczy przelewa się w momencie, gdy pojawia się pewien wątek z kolegą z pracy, który wkurzył mnie chyba bardziej, niż samego Declana. Pod koniec książki moja cierpliwość do niej była już na wyczerpaniu i szczerze mówiąc, nawet mi już na niej nie zależało.

Natomiast Declan to ciekawy przypadek, bo mam wrażenie, że poza jakimiś tam błahostkami i powierzchownymi faktami z jego życia, kompletnie go nie poznałam. Nie wiem, skąd ta jego wielka fascynacja Sarah, nie rozumiem wielu jego zachowań i decyzji. Był zdecydowanie o wiele sympatyczniejszy od Sarah, ale może to wynikać z tego, że był tak naprawdę nieinwazyjną, poboczną postacią. W ogóle nie miałam poczucia, że ma być jej głównym obiektem miłosnym. A taką wisienką na torcie były ostatnie rozdziały, które wprowadziły zupełnie niepotrzebne zamieszanie i przez które Declan trochę stracił w moich oczach. Ta historia wiele by zyskała, gdyby autorka postanowiła napisać kilka rozdziałów także z jego perspektywy. Może wtedy lepiej zrozumiałabym jego postać.

Declan i Sarah mają co prawda swoje urocze momenty i czasami fajnie się o nich czytało, ale to ciągłe przyciąganie i odpychanie z dużą dawką kolejnych dram i dramek mnie po prostu wykończyły. Książkę czyta się szybko i nawet przyjemnie, ale potrafi być bardzo frustrująca, a momentami wręcz nieznośna. Gdyby nie to, że bywa błyskotliwa i zabawna (plus jest to romans closed door, więc dla takich czytelniczej, jak ja, które nie przepadają za pikantnymi romansami jest to duża zaleta), nie wiem, czy bym ją skończyła. Oczywiście to nie oznacza, że książka jest zła, bo wedle gustu z pewnością znajdą się osoby, które będą się na niej świetnie bawić. W mój jednak nie do końca trafiła i raczej nie zapadnie mi w pamięci.


Catherine Walsh urodziła się i wychowała w Irlandii. Studiowała literaturę, a jedyną nagrodę, jaką kiedykolwiek otrzymała za pisanie, zdobyła w szkole podstawowej (ale nadal jest z niej dumna). Przez kilka lat mieszkała w Londynie, gdzie pracowała dla wydawnictw i organizacji non profit. Obecnie mieszka w Dublinie pomiędzy górami i morzem. Kiedy nie pisze, stara się nie zabić swoich roślin doniczkowych.


Tytuł: Na jedną noc
Autorka: Catherine Walsh
Tytuł w oryginale: One Night Only
Data premiery: 18.06.2024
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Ocena: 5/10

Czytaj dalej »

niedziela, 23 lutego 2025

Lynn Painter - Nie mów "tak"



Jakie plany ma los wobec dwojga zakłócaczy ślubów, którzy nie wierzą w miłość?

Sophie Steinbeck, przyszła panna młoda, staje przed trudnym wyborem: wyjść za narzeczonego, który ją zdradził, aby nie ryzykować kariery ojca, albo zakończyć związek z niewiernym partnerem. Wtedy na scenie pojawia się Max – czarujący profesjonalista – i z nutą współczesnego rycerstwa przerywa ceremonię, ratując Sophie przed nieudanym małżeństwem.

Wkrótce Sophie i Max tworzą niezwykły duet – wspólnie pomagają innym, uwalniając ich od niepożądanych związków. Kiedy przyjmują zlecenie od mężczyzny mającego ożenić się z byłą dziewczyną Maxa, Sophie spodziewa się, że Max wykorzysta sytuację, by zemścić się na kobiecie, która złamała mu serce. Ku jej zdziwieniu Max wydaje się jednak rozdarty i niepewny swoich uczuć. Sophie natomiast odkrywa, że ta sytuacja budzi w niej zazdrość…


Najnowsza komedia romantyczna Lynn Painter przedstawia nam historię dwóch nieznajomych, którzy łączą siły w... przerywaniu ślubów. Koncept bardzo ciekawy i obiecujący rozrywkę, prosto z rom-comowych klasyków z lat 2000. (moich absolutnie ulubionych), ale czy autorce udało się go w pełni wykorzystać? Z pewnością dostajemy tu dokładnie to, co autorka zawsze zapewnia, czyli dużo śmiechu i zabawy. Jeśli jednak oczekujecie czegoś więcej - cóż, niestety w tej książce tego nie dostaniecie.

Gdy Max zostaje zatrudniony, by przerwać ślub Sophie po tym, jak kobieta dowiaduje się o zdradzie swojego narzeczonego, żadne z nich nie spodziewa się, że będzie to początek świetnej współpracy i przyjaźni. Mężczyzna miał tylko pomóc Sophie w zakończeniu związku tak, by nie ucierpiał na tym jej ojciec. Kilka miesięcy później kobieta dostaje jednak propozycję trudną do odrzucenia: Max proponuje jej połączenie sił i przerwanie razem kolejnego ślubu. Tak zaczynają pracować razem jako profesjonalni zakłócacze ślubów, co z pewnością ma też swoje plusy w ich życiu prywatnym. Żadne z nich nie myśli o nowym związku, Sophie nie wierzy w prawdziwą miłość, a Max wcale miłości nie pragnie, ale kiedy spędzają razem tyle czasu, coraz trudniej jest zaprzeczyć wzajemnemu przyciąganiu - tym bardziej, że tak świetnie bawią się w swoim towarzystwie. Ich relacja staje jednak pod znakiem zapytania, gdy przeszłość daje o sobie znać...

Sięgam po każda nową książkę Lynn Painter z pewnością, że miło spędzę czas. Na jednych książkach bawiłam się lepiej (zdecydowanie preferuję jej młodzieżówki), na innych trochę gorzej, ale zawsze mam gwarancję niezobowiązującej i szybkiej lektury. Obawiam się jednak, że jeśli chodzi o jakość, nie zawsze jej książki spełniają moje oczekiwania i ta historia jest właśnie tego przykładem. Pierwsze sto stron to było dla mnie wyzwanie - czytałam je prawie trzy dni, nie mogłam się wkręcić i czułam się bardzo oderwana od bohaterów. Koncept na historię może i jest fajny, ale wiele brakuje w jego wykonaniu, aby utrzymać uwagę czytelnika.

Książka w końcu nabiera tempa, ale dzieje się to głównie za sprawą chemii między Sophie i Maxem oraz ich interakcjom. Tego jednego książce nie można zarzucić - z uśmiechem i przyjemnością czyta się ich pełne humoru dialogi pełne flirciarskiego podtekstu. W każdej ich interakcji widać, że spędzanie ze sobą czasu to dla nich czysta przyjemność. Dobrze się razem bawią i jest w nich naturalność. Niestety poza tym nie dostajemy szansy, aby jakoś poważniej zgłębić ich uczucia, bo tak jak większość rzeczy w tej książce - autorka przedstawia tę historię bardzo powierzchownie.

Sophie i Max to bardzo jednowarstwowe postacie, o których nie wiemy za wiele poza ich nieudanymi przeszłymi relacjami oraz awersją do miłości. Właściwie cały konflikt kręci się wokół tego, że nie chcą się w sobie zakochać, ani wchodzić w prawdziwy związek. Tkwią na granicy relacji z korzyściami, a czymś więcej, a wisienką na torcie jest konflikt pod koniec historii, który strasznie mnie zirytował i tylko jeszcze mocniej zniechęcił. Chciałabym od tej relacji czegoś więcej, niż tylko pociągu fizycznego; jakiejś komunikacji i fundamentu pod solidniejszy związek. Niestety nic takiego nie dostajemy.

"Nie mów tak" to niestety książka, która nie zapadnie mi na dłużej w pamięci. To fajna komedia romantyczna na wieczór, ale czytelnicy wymagający trochę bardziej rozwiniętych książek mogą się rozczarować. Nie uważam jej za złą historię, myślę, że w zależności od oczekiwań można się na niej fajnie bawić, ale ja osobiście chciałabym czegoś więcej - lepszego rozwinięcia bohaterów, zgłębienia więzi między innymi postaciami, nie tylko między Sophie i Maxem. Raczej uważam ją za jedną ze słabszych książek Lynn Painter.


Lynn Painter – pisze powieści dla młodzieży i dla dorosłych. Mieszka w Nebrasce z mężem i gromadką dzieci, a kiedy nie czyta lub nie pisze, są duże szanse, że sączy napoje energetyczne i ogląda komedie romantyczne.


Tytuł: Nie mów "tak"
Autor: Lynn Painter
Tytuł w oryginale: Happily Never After
Data premiery: 12.02.2025r.
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Liczba stron: 328
Ocena: 6/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:

Czytaj dalej »

środa, 12 lutego 2025

Tarah Dewitt - Związek z.o.o.



Czy remonty i kłótnie chodzą parami?

LaRynn Lavigne i Deacon Leeds mieli krótki i burzliwy letni romans, gdy byli nastolatkami. Z pewnością nie było to coś, na czym można stawiać fundamenty udanego związku. Blisko 10 lat później znów się spotykają. Okazało się, że ich babcie zapisały im w spadku zrujnowany budynek w Santa Cruz. Mają z nim wiele wakacyjnych wspomnień.

Aby sprzedać dom, muszą go wyremontować. Jest jednak mały problem. LaRynn ma pieniądze, ale żeby uzyskać dostęp do swojego funduszu powierniczego, musi być mężatką. Deacon z kolei ma wiedzę i doświadczenie w branży budowlanej, ale brakuje mu funduszy. Zmuszeni do współpracy, zawierają układ. Ich umowa brzmi: pobieramy się na czas potrzebny do wyremontowania nieruchomości, następnie sprzedajemy dom, dzielimy się zyskiem i każde idzie w swoją stronę.

W domu bez ścian LaRynn i Deacon szybko uczą się, że łatwo jest się ukryć za emocjonalnym murem, nawet w małżeństwie. Czeka ich wspólne życie w remontowanym budynku, konieczność podejmowania razem decyzji i cała masa pułapek.


Nigdy dotąd nie miałam okazji czytać książki Tarah Dewitt (chociaż kilka z nich od dłuższego czasu mam na liście do przeczytania), ale zobaczyłam motyw małżeństwa z rozsądku remontującego razem dom i od razu mnie do tej historii przyciągnęło. Tym bardziej, że byłam świeżo po lekturze "Projekt miłość" Lauren Asher opartej na dość podobnej fabule i bardzo miałam ochotę na coś w tym stylu. Początkowo miałam lekki problem, by się w tę historię wkręcić, ale kiedy już poznałam bliżej bohaterów skończyłam ją błyskawicznie - nawet pomimo paru wad.

LaRynn i Deacona lata temu łączył bardzo burzliwy romans, który skończył się złamanym sercem. Byli wtedy niedojrzałymi nastolatkami, którzy w tajemnicy przed wszystkimi umawiali się na schadzki, ale gdy ponownie spotykają się po latach, szybko staje się jasne, że nie zapomnieli o tym, co się między nimi wydarzyło. Gdy babcie zostawiają im w spadku rozpadający się w posadach dom, oboje niechętnie zgadzają się go wspólnie wyremontować i sprzedać. Jedyny haczyk jest taki, że potrzeba im do tego pieniędzy, a aby LaRynn dostała dostęp do funduszu powierniczego musi wyjść za mąż. Deacon i LaRynn zawierają układ: wezmą ślub, aby mieć budżet na remont, którym zajmie się Deacon, a potem sprzedają dom i oboje rozejdą się w swoje strony. Jednak spędzając razem tyle czasu coraz ciężej jest im ukrywać swoje uczucia i krążyć wokół tematu nieprzegadanej przeszłości. Czy wspólny remont będzie ich drugą szansą w miłości?

Deacon i LaRynn to bohaterowie, którzy początkowo wymagają od czytelnika trochę cierpliwości. W szczególności LaRynn, która robi wrażenie uprzywilejowanej i skupionej jedynie na sobie osoby, która wraca do miasta i jest gotowa pozbyć się domu swojej babci bez wzięcia pod uwagę sytuacji Deacona, który przecież w nim mieszka. Nie będę nawet ukrywać, że mnie irytowała i chociaż Deacon również miał swoje za uszami, to jednak zachowywał się o wiele bardziej racjonalnie, niż LaRynn z jej skłonnościami do nad wyraz emocjonalnych reakcji. A jednak jest jedno, co autorka robi bardzo dobrze: ukazuje tu historię dwóch nieidealnych ludzi, którzy już raz pozwolili dumie i zranionym uczuciom odebrać im coś wartościowego, a którzy muszą nauczyć się jak zburzyć te ogromne mury i zacząć pracować ze sobą, a nie przeciwko sobie. I przy tym obydwoje ogromnie się zmieniają i razem dojrzewają.

Wzajemne żarty i dawanie upustu wieloletniej złości oraz zranieniu to zdecydowanie dobra zabawa (nawet jeśli niedojrzała, ale to nadal świetne tło do wielu przezabawnych sytuacji), ale dla mnie książka jest najlepsza właśnie wtedy, gdy zgłębiamy się w ból tych postaci, który wynika z ich nieporozumienia sprzed lat i dostrzegamy, jak pomimo zranienia zaczynają sobie na nowo ufać i odnajdować to uczucie, które przez tak długi czas kojarzyło im się tylko z czymś złym. Razem z bohaterami odkrywamy na ich temat rzeczy, które rzucają nowe światło na pewne sytuacje i dzięki temu o wiele łatwiej jest ich zrozumieć.

Chociaż bohaterowie tej historii nie są idealni, to ogromnie doceniam wgląd w ich przeszłość, relacje rodzinne i ukazanie tego, w jakich środowiskach dorastali. Ich trudne doświadczenia z miłością mocno odbiły się na ich relacji, co autorka bardzo fajnie rozwija, przybliżając nam lepiej psychikę postaci. Udaje się jej wywołać wiele emocji u czytelnika, a dla mnie absolutnym mistrzostwem jest scena, w której Deacon błaga LaRynn, aby się nad nim zlitowała, bo nie może już dłużej znieść ukrywania swojej miłości do niej. To się nazywa romans!

Dobrze się z tą dwójką bawiłam, autorka ma bardzo przyjemne pióro, ale jednocześnie nie mogę nie zauważyć, że są tu pewne elementy, które powinny być lepiej dopracowane. Najbardziej rzuca się to w momencie, gdy bohaterowie zaczynają się na siebie otwierać, bo nagle błyskawicznie zbliżamy się do końca i ich wręcz wyidealizowanego zakończenia (wisienką na torcie jest bardzo słodki epilog). Etap przejściowy od kruchej przyjaźni do bycia w związku jest tak szybki, że nim zdążyłam mrugnąć, już był koniec. Chciałam trochę więcej zgłębienia się w ich przeszłość, zrozumienia, co dokładnie wtedy zaszło i dlaczego tym razem nie popełnią tych samych błędów. Co ciekawe, tę powieść można znaleźć w dwóch wersjach (nasze polskie wydanie to ta starsza wersja, a w zeszłym roku autorka wydała poprawione i lekko zmienione wydanie dostępne w nowej oprawie) i ogromnie jestem ciekawa, czy te elementy, które tutaj wypadły słabo, zostały poprawione.

Nie będę ukrywać: historia Deacona i LaRynn to bardzo wyidealizowana historia o drugiej szansie w miłości. Jak na tak burzliwy romans pełen nieporozumień i wzajemnej złości autorce bardzo ładnie udało się wszystko zawiązać w różową kokardkę i opatrzyć tytułem "i żyli długo, i szczęśliwie". Nie brak w niej wad, książkę zdecydowanie można było bardziej dopracować, a jednak - mimo wszystko - osobiście miło spędziłam z nią czas. To bardzo krótka historia i jeśli chodzi o pewne elementy zdecydowanie czuć, że można było poświęcić trochę więcej czasu na jej rozwinięcie, ale moim zdaniem autorce i tak udało się stworzyć coś bardzo przyjemnego. Ja nawet pomimo paru wad bardzo dobrze się bawiłam i mogę ją wam polecić, jeśli szukacie jakiejś szybkiej i słodkiej lektury bez większych dramatów.


TARAH DEWITT jest pisarką, żoną i mamą. Kiedy przeczytała już wszystkie dostępne romanse, zaczęła pisać własną książkę. Ostatecznie te zapiski przekształciły się w debiutancką powieść, która szybko zdobyła serca Czytelniczek. Tarah uwielbia opowieści o niedoskonałych bohaterach. Wierzy, że śmiech jest istotną częścią romansu, przyjaźni, rodzicielstwa i życia, i dba o to, by nie zabrakło go w jej powieściach. W swoim dorobku ma takie książki, jak To zabawne uczucie, Rootbound, Związek z.o.o. i Savor It.


Tytuł: Związek z.o.o.
Autorka: Tarah Dewitt
Tytuł w oryginale: The Co-op
Data premiery: 29.01.2025 (wyd I)
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Papierowe serca
Ocena: 6.5/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:


Czytaj dalej »

czwartek, 12 września 2024

Kate Canterbarry - In a Jam. Słodkie kłopoty



Shay zostaje porzucona w dniu ślubu zaledwie kilka godzin przed ceremonią. Jej narzeczony okazał się samolubnym tchórzem, a ona najwyraźniej zignorowała wszystkie czerwone flagi. Wszystko zmienia się, gdy otrzymuje wiadomość, że zmarła jej przybrana babcia, która w testamencie zostawiła jej farmę tulipanów w miejscowości Friendship w stanie Rhode Island. Jest jednak pewien haczyk. Aby zachować farmę oraz dom, Shay musi przenieść się do miasteczka oraz wyjść za mąż w ciągu roku (na co naturalnie po złych doświadczeniach nie ma ochoty).

Noah Barden kochał Shay od zawsze. Bardziej niż potrafiłby się do tego przyznać. Nigdy nikomu nie wyjawił swojego sekretu. W liceum był zbyt nieśmiały i niepewny siebie, aby odważyć się zaprosić na randkę dziewczynę swoich marzeń.

Teraz Noah ma pełne ręce roboty. Przez lata skupiał się na pracy, rozwijając rodzinny biznes. I jakby tego było mało, jest też pełnoetatowym przybranym ojcem dla swojej sześcioletniej siostrzenicy, małej Gennie. Minęły lata, odkąd ostatnio widział Shay i uważał temat swojej niespełnionej miłości za zamknięty.

Do czasu, gdy dziewczyna, która kiedyś była dla niego wszystkim, niespodziewanie wraca do ich rodzinnego miasteczka.


Jeśli waszymi ulubionymi romansami są małomiasteczkowe historie w stylu Mariany Zapaty lub Lucy Score (a w szczególności "To, co zostaje w nas na zawsze", o której pomyślałam niemalże od razu), to "In a Jam" będzie dla was lekturą idealną. Klimat lata, małe miasteczko, farma tulipanów, masa zwierzątek, niedoszła panna młoda oraz samotny wujek opiekujący się swoją sześcioletnią siostrzenicą - czyż nie brzmi to jak idealna lektura? Ja niemalże od pierwszych stron zauroczyłam się tą książką i odkąd ją skończyłam ciągle ciepło o niej myślę. Nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia lata!

Shay Zucconi z pewnością nie tak wyobrażała sobie swoje dorosłe życie - porzucona na parę godzin przed długo planowanym ślubem przez mężczyznę, którego uważała za swoją przyszłość. A jednak właśnie tak wygląda jej rzeczywistość. Dlatego kiedy otrzymuje informację o podarowanej w spadku farmie tulipanów swojej przyszywanej babci, nie zastanawia się długo i wyjeżdża z Bostonu do małego miasteczka Friendship, w którym pomieszkiwała jako nastolatka. Jej babcia jednak skrzętnie sobie wszystko przemyślała, bo aby farma mogła pozostać jej, Shay musi przeprowadzić się do Friendship oraz... wyjść za mąż w ciągu roku. Niespodziewanie kobieta odkrywa na miejscu, że jej dawny przyjaciel z młodości i sąsiad, Noah Barden, nie tylko powrócił do miasteczka i jest właścicielem sąsiadującej farmy, ale opiekuje się teraz sześcioletnią córeczką swojej siostry. I chociaż nadal jest nieśmiały, to nie ma w nim już nic z tego chłopca, którego zapamiętała. A co zaskakuje ją najbardziej, Noah proponuje jej wyjście z tej sytuacji: wezmą ślub, aby Shay mogła zatrzymać farmę, a w zamian za to Noah dostanie kawałek jej ziemi, która pomoże mu rozwinąć własną farmę. Taki układ zdecydowanie zwiastuje słodkie kłopoty...

Ta książka, od oprawy po wnętrze, to definicja lata i życia w małym miasteczku na farmie pełnej roślin i zwierząt. Nie skłamię pisząc, że to jedna z najbardziej klimatycznych, ciepłych historii, jakie dane mi było czytać w tym roku. I chociażby z tego powodu tak bardzo się w niej zakochałam - uwielbiam, kiedy powieści przenoszą mnie do innego świata, który wręcz widzę w mojej głowie. Co więcej, w całej swojej normalności skrywa historię ludzi z życiowymi problemami, która potrafi jednocześnie rozbawić do łez i zmusić do refleksji nad wieloma aspektami życia.

Shay i Noah nie widzieli się od lat, choć dzięki kilku wspominkom z ich młodości możemy zauważyć, że kiedyś łączyła ich wyjątkowa przyjaźń - nawet jeśli tak naprawdę prowadzili zupełnie różne życia. Noah był nieśmiały i niepopularny z powodu swojego wyglądu, a ona rozchwytywana i lubiana przez wszystkich, a jednak potrafili się dojrzeć przez wszelkie maski, które zakładali na co dzień. Teraz, po latach milczenia, wiele się zmieniło, ale z przyjemnością obserwowałam, jak odbudowują tę relację na nowo i jak dobrze ze sobą współgrają. Nawet jeśli nie było łatwo - obydwoje nie są już tymi samymi ludźmi, Noah nie chce znowu stracić dla niej głowy, a Shay zdecydowanie nie planuje oddawać w najbliższym czasie swojego serca kolejnemu mężczyźnie.

Motyw udawanego małżeństwa nie jest nikomu obcy, ale dawno już nie czytałam, aby komuś przychodziło to tak naturalnie, jak Shay i Noahowi. Dorzućmy do tego jeszcze postać Gennie, sześcioletniej siostrzenicy Noaha, a śmiech mamy gwarantowany. Ta trójka miała razem tak wspaniałą, rodzinną chemię, że puchło mi serducho. Gennie to skarb tej książki sam w sobie, to pełna energii dziewczynka, która zawsze szokuje tym, co wychodzi z jej ust, ale jednocześnie radząca sobie z traumą córka, która utraciła mamę. Autorka tchnęła w tych bohaterów życie, stworzyła wielowarstwowych ludzi, którzy muszą się zmierzyć z własnymi problemami, co nadało im wyjątkowości i realizmu.

Nie jest to jednak książka bez wad, chociaż nie są to wady, które jakoś bardzo mi zawadzały. Pewnie nikogo nie zszokuję, że to napiszę, ale dla mnie historia byłaby wręcz idealna, gdyby nie fakt, że mniej więcej w połowie do relacji Noah i Shay dochodzi element przyjaźni z bonusami, a liczne sceny erotyczne szybko stały się męczące. I szczerze mówiąc, nie były one moimi ulubionymi scenami - w dużej mierze je pomijałam, bo jak dla mnie zupełnie tu nie pasowały. Zastanawiam się też, czy to kwestia tłumaczenia, czy może to po prostu styl autorki, ale bywały takie dialogi, które wypadały przedziwnie i nienaturalnie, przez co niektóre rozmowy musiałam czytać kilka razy.

In a Jam. Słodkie kłopoty to historia dla osób, które lubią poczytać o normalności, o życiowych problemach i spędzić miło czas w klimatycznym małym miasteczku na farmie. To dość gruba książka ze slow burnem, a więc zdecydowanie nie dla każdego, ale jeśli to wasze klimaty, to warto dać jej szansę. Pokochacie tego lekko nieśmiałego i zamkniętego w sobie farmera ze słabością do swojej dawnej przyjaciółki i ową przyjaciółkę, która wraca do miasteczka po latach i kradnie serce małej dziewczynki oraz jej wujka. Dla mnie to powieść, która przywodzi na myśl komfort i ciepło, nawet pomimo swoich niedoskonałości. Z chęcią przeczytam w przyszłości inne powieści autorki.


Kate Canterbary – nie wie może wszystkiego, ale to wie na pewno: pikantna salsa i tequila rozwiązują większość problemów, życie nad oceanem – Pacyfikiem lub Atlantykiem – jest najbliższe doskonałości, a pisanie inteligentnych, pikantnych historii jest lepsze niż jakakolwiek ilość czekolady.

Zaczynała jako reporterka niezależnej gazety poświęconej sztuce i rozrywce w czasach, gdy ludzie jeszcze czytali prasę, i od tamtej pory pisze i ukradkiem przeprowadza wywiady z ludźmi – uważaj więc, by nie usiąść obok niej w samolocie.

Kate mieszka w Nowej Anglii z mężem i dzieckiem, a kiedy nie pisze o seksownych architektach, odwiedza najlepsze food trucki w okolicy.


Tytuł: In a Jam. Słodkie kłopoty
Autorka: Kate Canterbary
Data premiery: 14.08.2024
Wydawnictwo: Papierowe serca
Liczba stron: 544
Ocena: 8/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:

Czytaj dalej »

niedziela, 1 września 2024

Elizabeth O'Roark - Lato, kiedy cię ocaliłam



Czasami myślisz, że pragniesz życia jak z bajki, kiedy tak naprawdę chcesz czegoś – lub kogoś – kto jest bardzo realny

Lucie wyszła za mąż za faceta, który miał ją kochać i troszczyć się o nią. Niestety nic nie ułożyło się tak, jak miała nadzieję. Teraz kobieta została sama z dwójką dzieci. Odeszła od męża, nie ma pracy, a powrót do tego, kim była, wymaga siły i odwagi, których jej brakuje. Jedyne, co posiada, to dom ciotki, w którym mieszkała jako dziecko. To właśnie tam poznała Caleba… Obserwowała go z daleka, zastanawiając się, czy kiedykolwiek będzie jej księciem z bajki. Pragnęła tego. Ale szansa nigdy nie nadeszła i ich drogi się rozeszły. Okazuje się jednak, że Caleb wciąż mieszka w swoim rodzinnym domu. Jest nie tylko jej sąsiadem, ale i nowym szefem. I co gorsza, nie jest już tym miłym chłopakiem, którego zapamiętała z dzieciństwa…

Caleb to pracoholik, który nie dba o nic poza rozwojem swojej firmy. Nowa sąsiadka coraz bardziej działa mu na nerwy – zarówno w domu, jak i w biurze. Nie chce, by ona lub jej dzieci stały się mu bliskie. Bo łatwiej jest, kiedy nikt na nim nie polega. Wszystko jest prostsze, kiedy może robić, co chce, i wyłącznie samemu ponosić konsekwencje. Jednak z czasem życzliwe serce Lucie cegła po cegle zaczyna przebijać się przez mury, które Caleb wzniósł wokół siebie.

Oboje będą musieli stawić czoła swoim demonom. Muszą zrobić krok naprzód i zdać sobie sprawę, że być może tego lata będą mieli jedyną szansę, aby uratować siebie nawzajem.


Nie ma drugiej książki, której tak się bałam, jak "Lata, kiedy cię ocaliłam". Pierwszy tom tej serii mnie zdruzgotał. Szczerze mówiąc, do tej pory nie potrafię o nim myśleć bez bólu serca. Jeśli autorka zaserwowałaby takie same pokłady cierpienia w tym tomie, nie jestem pewna, czy bym to przetrwała. Całe szczęście - choć książka jest oczywiście pełna emocji - nie czułam się pod koniec aż tak wykończona psychicznie, jak poprzednim razem. Trzeba natomiast przyznać, że Elizabeth O'Roark dobrze wie, jak ukryć pod tak niepozorną okładką historię, która zapadnie prosto w serce, wywoła radość, ból, a nawet łzy. Czytając tę książkę przeżyłam chyba każdą możliwą emocję.

Życie Lucie ułożyło się zupełnie inaczej, niż marzyła jeszcze jako nastolatka. Jako samotna matka dwójki bliźniaków właśnie przechodzi przez ciężki rozwód z mężczyzną, który miał być jej opoką na dobre i na złe, a okazał się być toksycznym człowiekiem. Nie ma wielu oszczędności i zostaje zmuszona do wyprowadzki do starego domu swojej zmarłej ciotki, w którym pomieszkiwała jako nastolatka. To tutaj po raz pierwszy spotkała Caleba - chłopaka, w którym jako młoda dziewczyna się bardzo podkochiwała i który zawsze jako jedyny traktował ją jak wartą uwagi. Kiedy jednak okazuje się, że Caleb nadal mieszka po sąsiedzku, a na dodatek ma być jej nowym szefem przez najbliższe miesiące, wszystko staje na głowie. Ten Caleb nie ma już w sobie wiele z dawnego chłopaka. Jest chłodny, trudny i całe swoje życie poświęca pracy. Ciepłe serca Lucie i jej dzieci jednak krok po kroku przebijają się przez wysokie mury mężczyzny, ale czy to wystarczy, aby ocalić człowieka, który ma za sobą doświadczenia, z którymi nie potrafi sobie poradzić? Czy nadszedł czas, aby w końcu ocalić siebie?

Jeśli jestem czegoś w stu procentach pewna to tego, że Elizabeth O'Roark potrafi ukryć pod pozornie prostą fabułą najbardziej druzgocącą historię, po której człowiek zostanie ze swoimi myślami i nie będzie wiedział, co począć dalej. Gdy sięgałam po tę książkę, nigdy w życiu bym nie pomyślała, że przeczytam powieść o ludziach, którzy przeżyli tak ogromną traumę, że do dzisiaj nie potrafią sobie z nią poradzić. Caleb na pierwszy rzut oka zdaje się być okropnym dupkiem i prawdziwym pracoholikiem, dla którego nie liczy się nic, poza czubkiem własnego nosa. I nie będę ukrywać, nie jest on moją ulubioną postacią na świecie, ale nie zawsze muszę się w bohaterach zakochiwać. Bo autorka ukazała nam tu człowieka tak złamanego pewnym doświadczeniem, że radzi sobie na tylko sobie znane sposoby, nawet jeśli nieumyślnie rani tym kogoś innego. I mogłam się na niego wściekać, frustrować jego decyzjami, ale trudno było to robić bez jednoczesnego współczucia, bo jego historia po prostu złamała mi serce.

Ta historia to także historia kobiety, która wychodzi z toksycznego koła i odchodzi od męża, który krok po kroku ją niszczył. Kobiety, która w końcu stawia na pierwszym miejscu siebie i swoje dzieci, choć nikt nigdy w życiu nie zrobił tego dla niej. Lucie to tak silna i wspaniała kobieta, że nie mogłam nie czuć dumy i wzruszenia na myśl o każdej innej kobiecie, która została pozostawiona w podobnej sytuacji i pomimo trudności i wielu wątpliwości w końcu podjęła ten odważny krok. A także o każdej kobiecie, która bała się tego dokonać. Do nikogo nie czułam tak potężnej nienawiści, jak do Jeremy'ego. I tak naprawdę do każdej innej osoby, która sprawiła, że Lucie poczuła się tak, jakby tylko na to zasługiwała.

Lucie i Caleb to mieszanka wybuchowa, bo oboje skrywają w swoich sercach tak wiele cierpienia. A jednocześnie to spotkanie po latach jest dla nich swego rodzaju początkiem długiego procesu zdrowienia i radzenia sobie z rzeczami, które od lat ich dręczą. Chociaż nie jest to proces łatwy i bez przeszkód, to wzruszające było obserwować, jak Caleb - człowiek tak zamknięty w sobie, prawdziwy pracoholik - zakochuje się w możliwości stworzenia prawdziwego domu z Lucie i jej dziećmi. Jak zaczyna mu prawdziwie zależeć na tym, aby poskładać swoje życie do kupy, nawet jeśli jest mu ciężko i często pochłaniają go jego własne lęki. Ta surowość ich relacji, ale też realizm ich obaw, niepewności, różnych potyczek, sprawiły, że ta historia naprawdę chwyciła mnie za serce.

Ale jak już wspomniałam wyżej, pomimo ciężkiego wydźwięku i wielu bolesnych aspektów, ta historia jest też wzruszająco piękna i inspirująca. Miłość Caleba i Lucie, choć nie wolna od problemów, jest czysta i piękna. To taka miłość, przy której od razu wiadomo, że to jest to. Ale chyba najbardziej wzruszyła mnie miłość Lucie do jej własnych dzieci - miłość tak potężna, że dla nich jest gotowa poświęcić nawet swoje własne szczęście. Wszelkie sceny z tą trójką (a czasami też czwórką) ocieplały moje serce tak bardzo, że zakochiwałam się w nich coraz mocniej. Gdzieś między elementami żałoby, cierpienia, wielu wątpliwości i poczucia winy ukazał się obraz prawdziwej rodziny i silnej kobiety, która jest w stanie przezwyciężyć wszystko.

Nie jest to moja ulubiona powieść autorki, ani też nie jestem pewna, czy będę tę serię kontynuować (przede wszystkim dlatego, że jest ona wymagająca emocjonalnie i do tego muszę być w wyjątkowym humorze), ale doceniam to, że po raz kolejny udało jej się stworzyć coś tak nietuzinkowego i pełnego emocji, ale jednocześnie ciepłego i poruszającego. Dla fanów emocjonalnych romansów z pewnością będzie to książka, na którą warto zwrócić uwagę.







ELIZABETH O'ROARK po latach pisania publikacji medycznych, postanowiła, że w końcu chce zacząć pisać coś, co jest tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Jej powieść Przebudzenie Olivii zyskała ogromne uznanie fanów w Polsce i za granicą, a także została nagrodzona złotym medalem Independent Publisher Book Awards. Elizabeth mieszka w Waszyngtonie z trójką swoich dzieci.







Tytuł: Lato, kiedy cię ocaliłam
Autor: Elizabeth O'Roark
Tytuł w oryginale: The Summer I Saved You
Seria: Pewnego lata. Tom 2
Data premiery: 26 czerwca 2024
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Liczba stron: 352
Ocena: 7/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:
Czytaj dalej »

niedziela, 23 czerwca 2024

Bal Khabra - Collide. Kolizja serc



Największym marzeniem Summer Preston jest zostanie psycholożką sportową. Do osiągnięcia obranego celu ma ją przybliżyć aplikacja do programu naukowego. Aby spełnić swoje marzenie, dziewczyna musi współpracować z kapitanem uczelnianej drużyny hokejowej Aidenem Crawfordem. Brzmi prosto, prawda? Jest jednak mały problem. Aiden niechętnie pracuje z Summer, a Summer żywi głęboką niechęć do hokeistów. Ponadto, gdy poznaje Aidena, on potwierdza jej wszystkie najgorsze przypuszczenia.

Bycie kapitanem uczelnianej drużyny hokejowej to dla Aidena ogromne wyróżnienie. Jego lekkomyślny błąd może jednak zagrozić wszystkiemu, o co zespół walczył przez cały sezon. Za karę Aiden zostaje zmuszony do wzięcia udziału w projekcie badawczym Summer. Skrupulatna natura i niezachwiana koncentracja na celach Summer zderzy się z beztroską postawą Aidena, który działa bez namysłu i nie bierze pod  uwagę konsekwencji.

W miarę jak zagłębiają się w projekt, zaczynają jednak odkrywać to, co jest schowane za ich starannie skonstruowanymi fasadami. 

Czy uda im się zburzyć mur, który wokół siebie zbudowali? Czy połączy ich coś więcej niż tylko współpraca?


Raczej nikogo nie zaskoczę pisząc, że wystarczy mi podstawić romans hokejowy pod nos, a ja go przeczytam w ciemno. Hokej to jedna z moich miłości, chociaż jeszcze nie tak dawno nie sądziłam, że realnie wciągnę się w ten sport poza książkami, a więc "Collide", najnowszy fenomen romansiar, naturalnie zwrócił moją uwagę jeszcze zanim usłyszałam o polskiej premierze. Czytałam o niej same dobre rzeczy od zagranicznych czytelniczek, cytaty mnie kusiły, no więc w końcu ją przeczytałam. Muszę jednak przyznać, że mam wobec niej ogromnie mieszane uczucia - nie pokochałam jej, ale też nie znienawidziłam. Przyjemnie mi się ją czytało, ale mam kilka zastrzeżeń.

Summer marzy o karierze przycholożki sportowej, ale aby mogło się to spełnić, musi dostać się na wymarzony staż. W tym celu jej promotorka każe jej napisać pracę badawczą o hokeju, od którego dziewczyna za wszelką cenę stara się trzymać z daleka. Aiden, kapitan uniwersyteckiej drużyny hokejowej, ma zostać jej obiektem badań, zmuszony do tego po kolejnej wpadce jego drużyny u trenera i dziekana. Żadne z nich nie ma ochoty na tę współpracę, ale nie bardzo mają inny wybór - zaczynają więc spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Wkrótce oboje odkrywają, że za fasadą frywolnego sportowca i zimnej, ambitnej dziewczyny skrywa się coś więcej, ale czy Summer uda się otworzyć serce na chłopaka, który przypomina jej o najgorszych momentach swojego życia?

Zacznijmy od tego, że fabularnie "Collide" jest bardzo przystępną, łatwą do polubienia książką, bo z pewnością niejednej osobie przypomni o najpopularniejszych studenckich i hokejowych historiach, które lata temu skradły serce niejednej czytelniczki. Ja osobiście nie mogłam nie zauważyć podobieństw do "Układu" Elle Kennedy czy "Icebreakera" Hannah Grace, zarówno w klimacie i relacji między różnymi bohaterami, jak i w niektórych scenach. Inspiracja oczywiście nie jest niczym złym i nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo, ale też w pewien sposób sprawiło, że na pewno nie pokochałam jej tak mocno, jak mogą ją pokochać osoby, które być może nie miały styczności z wyżej wymienionymi tytułami - po prostu czytałam już tego typo historie wcześniej.

Książka napisana jest tak lekkim i przystępnym językiem, że naprawdę nietrudno jest się w nią wkręcić już od pierwszych stron. Chociaż bohaterowie nie robią najlepszego wrażenia, ani na sobie, ani na czytelnikach (Aiden i drużyna hokejowa w szczególności), to lekkość tej historii nadrabia i wkrótce zostajemy wciągnięci w ich błazenady i frustrację Summer związaną z tym, że musi współpracować z hokeistą - ze wszystkich sportowców na świecie trafiła jej się akurat dziedzina sportu, której szczerze nienawidzi. Kocham dobrą historię enemies to lovers i byłam podekscytowana tym, że tak jest promowana, ale osobiście wcale bym jej tak nie określiła, co było moim pierwszym rozczarowaniem. Aiden i Summer może i początkowo okazują sobie niechęć, ale to by było na tyle, bo już parę scen później ze sobą normalnie rozmawiają - a pierwszego złego wrażenia i niechęci Summer do nawiązywania znajomości z hokeistami chyba nie można nazwać nienawiścią?

Tak jak wspomniałam, bohaterowie nie mają najlepszego startu, bo żadne z nich nie ma ochoty ze sobą współpracować. A jednak Summer potrzebuje Aidena, by dostać wymarzony staż, a Aiden potrzebuje jej, aby poprawić reputację swoją i drużyny po wpadce u trenera i dziekana, a więc niechętnie zaczynają razem pracować nad badaniami Summer. Mamy tutaj fajny zabieg wykorzystania motywu grumpy/sunshine, z tym że dla odmiany do główna bohaterka jest trochę takim gburkiem, a nasz kapitan drużyny miłym chłopakiem, który do życia podchodzi z lekkością. Z pewnością pozwoliło to na stworzenie fajnej dynamiki między tą dwójką.

I jak na początku byłam trochę zniesmaczona Aidenem i całą drużyną hokejową za ich dziecinne wybryki i lekceważące podejście do obowiązków, to wkrótce Aiden skradł całe moje serce. Nie żartuję, gdyby nie ten chłopak, nie polubiłabym tej książki nawet w połowie tak bardzo. To idealny przykład faceta, który dla swojej ukochanej zrobiłby wszystko. Jest absolutnie, nieodwracalnie zauroczony Summer i to rozczulające, jak bardzo dla niej przepadł. Słucha jej potrzeb, rozumie ją bez słów, jest cierpliwy, daje jej czas, aby sobie poradziła ze swoimi emocjami, a na dodatek ma przeogromne serce i zawsze bliskich stawia na pierwszym miejscu. Ten facet całowałby ziemię, po której stąpa i aż czasami byłam pod wrażeniem jego cierpliwości wobec niej, bo ja dla odmiany byłam nią zmęczona już w połowie książki.

Postać Summer to dla mnie skomplikowana kwestia, bo mam wrażenie, że tutaj zawiodło parę rzeczy i przez to jej zachowanie strasznie mnie czasami męczyło. To nie żaden sekret, że bohaterka ma awersję do hokeistów z powodu swojego ojca i dlatego tak ciężko było jej się otworzyć przez Aidenem, ale mam wrażenie, że autorka nie do końca wiedziała, jak się w to zagłębić. Przez większość czasu mogłam się tylko domyślać, że o to chodzi, ale przez to, że dopiero pod koniec książki powracamy do jej problemów, jej decyzje i zachowanie mniej więcej w środku książki pozostawiają wiele do życzenia. Momentami miałam dość tego, że bohaterowie robili krok w stronę siebie tylko po to, aby chwilę później Summer to ponownie zepsuła. Nie zliczę ile razy myślałam, że w końcu idziemy w dobrym kierunku, aby za chwilę znowu zszokowała mnie swoją głupią decyzją. A chyba najbardziej frustrowało mnie to, z jak małym szacunkiem traktowała Aidena, który był dla niej miły i zawsze brał pod uwagę jej uczucia (nie żartuję, raz obraziła się na niego za to, że powiedział jej, że nie chce, aby ich pierwszy raz był w samochodzie, bo zasługuje na coś więcej). Bardzo, bardzo starałam się być wyrozumiała, ale już w pewnym momencie miałam dość jej wybuchów, chowania się, zazdrości i niezdecydowania. 

Gdyby tak wyciąć z tej książki jakieś sto stron kolejnych dram, które w połowie książki po prostu powracały w kółko i w kółko, a ich relacja w ogóle nie ruszała się do przodu, to naprawdę mogłabym tę historię pokochać. Początek był świetny, a końcówka jeszcze lepsza (uwielbiam epilog tej historii, jest przeuroczy), ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że zabrakło tu jakiejś spójności i dopracowania wszystkiego, aby wątki i kreacja bohaterów się trzymała kupy. Bo weźmy chociażby wątek współpracy Summer i Aidena - tak naprawdę w ogóle nie wiem na czym on polegał, bo nie został w żaden sposób rozwinięty. Podobny problem miałam z wieloma innymi momentami w tej historii.

Mimo moich uwag i czepialstwa, szczerze miło spędziłam przy tej książce czas (pomijając środek). Czyta się ją bardzo przyjemnie i szybciutko, jak zwykle zauroczyła mnie już kolejna fikcyjna drużyna hokejowa (Kian to mój ulubieniec, facet mnie rozbawiał do łez), a poza tym kto by się nie zakochał w takim Aidenie? Jest tu tak wiele ciepłych, przeuroczych momentów i cytatów, że trudno się czasami nie rozczulić, nawet jeśli przez dużą część czasu ma się ochotę bohaterów udusić. Tak więc może nie będzie to mój nowy ulubieniec, ale mimo wszystko uważam to za fajny romans hokejowy i chętnie sięgnę po inne książki autorki w tej serii. 


Bal Khabra jest kanadyjską pisarką, entuzjastką romansów i miłośniczką książek. Zanim zdecydowała się wskoczyć do świata romansów jako autorka, spędzała czas na pisaniu o książkach w mediach społecznościowych. Bal ma wielokulturowe korzenie, podobnie jak Summer i inne postacie z jej książek. Niezależnie od tego, czy jest to język, pudełko jej ulubionych słodyczy, czy filiżanka chai, w jej pisarstwie nie brakuje śladów jej południowoazjatyckiego pochodzenia. Uwielbia czytać o miłości, oglądać filmy o miłości, a teraz sama o niej pisze. Naprawdę niewiele innych rzeczy sprawia, że jej serce trzepocze tak jak wtedy, gdy książka kończy się happily ever after. Zakochała się w pisaniu i ma nadzieję, że nadal będzie spełniać swoje marzenia jako autorka romansów.


Tytuł: Collide. Kolizja serc
Autorka: Bal Khabra
Tytuł w oryginale: Collide
Seria: Off the Ice. Tom 1
Data premiery: 05.06.2024
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Ocena: 6.5/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:


Czytaj dalej »

piątek, 7 czerwca 2024

Elizabeth O'Roark - Lato, kiedy cię poznałam



Oboje zrobią wszystko, żeby się nawzajem ochronić… nawet jeśli właśnie to ma rozdzielić ich na zawsze

Kiedy Juliet zamieszkała z rodziną pastora, myślała, że jej życie w końcu się ułoży. A gdy związała się z synem duchownego – Dannym – uwierzyła, że może być naprawdę szczęśliwa. Niestety to szczęście nie potrwało długo. Rodzina, która ją przygarnęła, zaczęła postrzegać ją tylko jako potulną kandydatkę na przyszłą żonę chłopaka, mającą ciągle okazywać wdzięczność za dach nad głową. Juliet czuła się przytłoczona dźwiganiem na swoich barkach całego ciężaru prac domowych.

Dziewczyna szybko nauczyła się ukrywać swoją prawdziwą osobowość. Starała się dopasować do oczekiwań swoich dobroczyńców i być jak najlepszą dziewczyną dla Danny’ego. Wszystko to się jednak zmienia, gdy pewnego lata Danny przyprowadza do domu swojego przyjaciela z college’u. To właśnie Luke pierwszy dostrzegł wartość Juliet. To on obudził w niej pragnienie wolności i gonienia za własnymi marzeniami.

A kiedy wszystko wokół się zmieniło, ich więź pozostała tak samo silna jak zawsze.


Sięgając po nową serię Elizabeth O'Roark na fali miłości do "Nie taki diabeł straszny" - jednej z, moim zdaniem, najbardziej niedocenianych serii romansów - zupełnie nie spodziewałam się najboleśniejszej, łamiącej duszę i serce historii, jaką dane mi było przeczytać w tym roku. I z pewnością nie wiedziałam, że piszę się na powieść, po której poczuję się tak, jakby wyssano ze mnie całą radość z życia, bo tak zapomnę się w bólu bohaterów, że ciężko mi się będzie po tym pozbierać. A więc, jeśli tak, jak ja, oczekiwaliście czegoś w podobnym klimacie, w końcu ta seria ma dziać się w tym samym świecie, co "Nie taki diabeł straszny", to ostrzegam - szykujcie się na cierpienie, łzy i historię, która was zniszczy.

Juliet dobrze wie, co to znaczy stracić wszystko. Kiedy więc pozostaje bez dachu nad głową i przygarnia ją religijna rodzina Allenów, jest zdeterminowana zrobić wszystko, aby okazać im należytą wdzięczność i zasłużyć na ich miłość - nawet jeśli oznacza to dopasowywanie się do każdego aspektu ich życia i umawianie się z ich synem. Nie zdaje sobie jednak sprawy, jak bardzo jest przy tym nieszczęśliwa, dopóki pewnego razu Danny nie przyprowadza do ich domu swojego przyjaciela, Luke'a. Przystojny surfer z wyglądem boga, na którego leci każda dziewczyna, od razu zachodzi jej za skórę. Jednak dopiero po jakimś czasie Juliet zdaje sobie sprawę, co jest tego powodem - Luke budzi w niej uczucia i pragnienia, których nie powinna czuć. To Luke dostrzega, że Juliet jest tak naprawdę namiastką siebie i tłamsi swoje pragnienia, aby być idealną kandydatką na przyszłą żonę syna Allenów, bo nie chce utracić ich miłości. I to on budzi w niej pragnienie podążania za własnymi marzeniami. Ale Juliet zawsze pragnęła rodziny, choć nigdy nie czuła się ich warta, a krok w jego stronę mógłby oznaczać utratę jedynego gruntu pod nogami, jaki zaznała w swoim życiu. 

Nie jestem pewna, czy to był mój błąd, czy nie, ale ja do tej książki podeszłam tak naprawdę w ciemno. Miałam jedynie jakieś założenia na podstawie opisu, ale nawet nie zagłębiałam się przed lekturą w opinie, bo ufam tej autorce, że zawsze trafi w mój gust. I oto proszę, zaskoczyła mnie historią, która mnie zdruzgotała. Wykończyła emocjonalnie, aż poczułam się wrakiem człowieka. To jedna z najboleśniejszych, pięknych w swojej tragedii historii miłosnych, jakie czytałam w całym swoim życiu i nawet nie wiem, jak ją powinnam ocenić, bo nawet nie podejrzewałam, że przeczytam coś takiego.

Ile bylibyście w stanie zrobić dla miłości? Do czego byście się posunęli, aby osoba, na której zależy wam najmocniej na świecie, była szczęśliwa i bezpieczna, nawet jeśli z daleka od was? Tak naprawdę cała historia Juliet i Luke'a sprowadza się do tych dwóch pytań, zmuszając ich do zmierzenia się z nieuchronnym i wieloletnim bólem, wynikającym ze skomplikowanej sytuacji. Chciałabym móc się złościć na Juliet za to, że przez lata pozwalała innym podejmować za nią decyzje, ale tak ciężko to robić, kiedy jej sytuacja łamie ci serce. Czułam się, jakby ciężar przygniatał mi klatkę piersiową, gdy czytałam, jak nisko ceni swoje życie i swoją wartość. Jak pozwala, by osoby wokół niej ją wykorzystywały, bo właśnie tak rozumiała miłość.

Nienawidzę rodziny Danny'ego i jego samego za to, że wykorzystali jej pragnienie posiadania prawdziwej rodziny i jej strachu o utratę dachu nad głową dla swoich własnych korzyści i pragnień. I chociaż każda historia ma dwie strony i logiczna część mnie rozumie, że niekoniecznie są oni czarnymi postaciami w tej historii, to tak bardzo ich nienawidziłam za to, że przez lata pozwalali Juliet czuć się tak, jakby tylko na to zasługiwała - na dopasowywanie się do nich jak klocek do dziury w zabawce, bo inaczej mogłaby utracić ich miłość i wsparcie. To najgorsza rzecz, jaką można zrobić osobie, której nikt nigdy nie postawił na pierwszym miejscu - sprawić, że będzie bała się każdego kroku i wyboru, w obawie, że ta upragniona miłość zostanie jej odebrana.

Jednocześnie najpiękniejszym elementem tej historii jest to, że nieważne co się dzieje, nieważne w jakim momencie życia znajdują się Juliet i Luke i jak bardzo wszystko jest przeciwko nim, to ich miłość do siebie popycha ich do przodu. Nawet jeśli musi być cicha. Nawet jeśli jest sekretem, który mógłby zniszczyć wszystko dookoła. Wybierają siebie raz za razem, nawet gdy nie są tego świadomi. Ich historia w najbardziej bolesny sposób ukazuje, że dla ukochanej osoby gotowi jesteśmy zrobić wszystko, nawet zrezygnować z własnego szczęścia, co widać w czynach Juliet raz za razem. Nigdy nie prosi o nic dla siebie, nigdy nie stawia siebie na pierwszym miejscu, ale dla Luke'a jest gotowa błagać, zniszczyć własne szczęście i wybrać nawet życie z dala od niego. Jest w tym pewien element tragedii, a może nawet toksyczności, ale to właśnie dzięki temu nie można się od ich historii oderwać.

Chociaż zazwyczaj nie sięgam po smutne książki, to nie tak, że stronię od nich całkowicie - muszę być po prostu w odpowiednim humorze i poczuć się przygotowana na to, że moje serce zostanie złamane. I chociaż nie spodziewałam się aż takiego bólu, to byłam przygotowana na emocjonalną historię, która być może pomoże mi wyjść z majowego zastoju czytelniczego - i miałam rację. Bo ta powieść mnie pochłonęła, ale była to przygoda tak emocjonalnie wykańczająca, że nie potrafiłam się po niej podnieść i pozbierać. Dzięki rozdziałom z przeszłości i teraźniejszości mamy szansę dostrzec całą beznadzieję tej sytuacji i chyba to jest najtrudniejsze. Bo możemy się wściekać i frustrować na decyzje bohaterów, ale gdy jest się tak złamanym, tak podkopanym, że zanika poczucie, że zasługujemy nawet na odrobinę szczęścia, strach sprawia, że robimy nawet mało rozsądne rzeczy.

Wiem, że to nie będzie książka dla każdego, więc nie napiszę zwykłego "polecam". Autorka porusza tutaj tak wiele trudnych tematów, takich jak gwałt, śmierć, czy samobójstwo, opisuje ciężkie życie Juliet i ciągle stawia bohaterów przed trudnymi wyborami, że nie zrobiłabym wam tego, pisząc, że każdy musi ją przeczytać. Ale jeśli chcecie coś, co was emocjonalnie pochłonie, zaangażuje do tego stopnia, że wasze serce już nigdy nie będzie takie samo, to możecie dać jej szansę. Tak naprawdę moja jedyna krytyka wobec tej historii tyczy się tego, że nie było tu wystarczająco szczęścia, aby zbalansować tę tragedię i smutek. Chciałabym przeczytać trochę więcej, niż tylko kilka stron o tym, jak po całym tym cierpieniu w końcu wszystko się układa. Myślę, że i Luke, i Juliet, ale też i my, na to zasłużyliśmy.







ELIZABETH O'ROARK po latach pisania publikacji medycznych, postanowiła, że w końcu chce zacząć pisać coś, co jest tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Jej powieść Przebudzenie Olivii zyskała ogromne uznanie fanów w Polsce i za granicą, a także została nagrodzona złotym medalem Independent Publisher Book Awards. Elizabeth mieszka w Waszyngtonie z trójką swoich dzieci.







Tytuł: Lato, kiedy cię poznałam
Autor: Elizabeth O'Roark
Tytuł w oryginale: The Summer We Fell
Seria: Pewnego lata. Tom 1
Data premiery: 8 maja 2024
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Liczba stron: 360
Ocena: 8/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Papierowe Serca:

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia