niedziela, 3 marca 2024

Ella Maise - Charlie, Love and Clichés



Six years ago at a random diner I met a stranger and he became the-one-who-got-away, or more correctly the-one-who-didn’t-show-up.

A small advice from me to you: if you haven’t dated, touched *or* kissed a guy in years and *years*…do not try to crawl away or hide from the-one-who-got-away. It’s not a good look.

William Carter, the stranger I’d met six years ago was the last person I’d imagine ever seeing at my dad’s firm where I work. While I panic and fight off the butterflies in my stomach and in general struggle to act normal, I realize he doesn’t even remember me. I’m not sure if I should feel relieved or heartbroken. Things get worse when I learn we’ll need to work in close quarters to each other, but at least I let him know that I don’t have a crush on him anymore right away. Just in case he gets any ideas.

While I’m in the process of writing lists and making serious changes in my life, because I decide I’m ready to be the heroine in my own story; having William just a breath away is not helping things. Especially when things shift between us and we start to make eye contact in meetings. Then he shows up in places I least expect him to…as in blind dates and sex clubs. He also gives me cheese because he knows how much I like it and there are secret notes he leaves in my office. If you were wondering, I still don’t have a crush on him though. Nope.

Even though I’d promised myself I’d never wait around for another guy and postpone my own life, I’m afraid William Carter who looks at me as if I’m his and was always supposed to be his might ruin my hopeful plans. And quite possibly me for any other guy since I’m craving his touch like I’ve never craved anything in my life before. But we both know we’re a losing game so we keep admitting that neither one of us has a crush on the other.

Not anymore. Not at all. Not even a little bit.


Jeśli jest na świecie autorka, po której książki sięgam w ciemno i nie potrzebuję nawet zachęty, to jest nią właśnie Ella Maise. Jej slow burny to miód na moje serce, tym bardziej, że ona po prostu wie, jak słowami trafić prosto do mojej wewnętrznej romantyczki, która marzy o takiej miłości, o jakiej ona pisze. I naprawdę nie wiem, jak mogłam pozwolić na to, że do przeczytania jej najnowszej książki zbierałam się tyle czasu, bo absolutnie i nieodwracalnie się w niej zakochałam. To książka, przy której po prostu nie sposób nie mieć największych motylków w brzuchu.

Sześć lat temu William i Charlie poznali się w kawiarni, gdzie spędzili razem najcudowniejszy tydzień ich życia. Niestety, kiedy Charlie była gotowa w końcu popchnąć tę relację w stronę czegoś poważniejszego i naprawdę umówić się z nim na randkę, William zniknął z jej życia. Od tamtej pory zawsze byli dla siebie "co by było, gdyby" - tą jedną osobą, o której od czasu do czasu myśleli z uśmiechem na twarzy, a nawet lekkim ukłuciem żalu, że nic z tego nie wyszło. Los jednak daje im drugą szansę, gdy wiele lat później William zostaje nowym współpracownikiem w firmie należącej do ojca Charlie, w której ona również pracuje. Świeżo rozwiedziony, jeszcze przystojniejszy, znowu staje się dla Charlie pokusą, której nie może ulec. Nie tylko, dlatego że teraz ze sobą pracują, ale również z powodu nadchodzącej wyprowadzki Charlie. Wygląda na to, że nieważne co się stanie, ich ścieżki nigdy nie idą w tym samym kierunku. Ale czy można pozwolić odejść swojej bratniej duszy, gdy dostanie się od losu drugą szansę?

Ta książka to po prostu oda od autorki dla romantyczek, które marzą o miłości jak z filmów i książek. Zresztą historia Charlie zaczyna się właśnie tak, jak wiele słynnych i kultowych komedii romantycznych, które tak uwielbiamy i kochamy. Bohaterka zdaje sobie sprawę, że nie jest szczęśliwa i potrzebuje zmian w życiu. Ma dość pracy z ojcem i siostrą, którzy na każdym kroku jej umniejszają. Dodatkowo jej życie miłosne to jedna wielka katastrofa, odkąd rok temu rozstała się z wieloletnim partnerem, z którym była w związku na odległość. Tworzy listę rzeczy, które chce zmienić, aby odzyskać radość i w końcu postawić siebie na pierwszym miejscu.

Kocham Charlie, bo jest inkarnacją żyjącej we mnie romantyczki, która marzy o miłosnych wyznaniach jak z filmów, o wielkich i małych gestach od ukochanej osoby, ale przede wszystkim o znalezieniu tego kogoś, przy kim będzie czuła się kochana i zawsze stawiana na pierwszym miejscu. Nic nie frustrowało mnie bardziej, niż zachowanie jej rodziny wobec niej - za każdym razem, gdy podcinali jej skrzydła, bolało mnie z jej powodu serce. Nie ukrywam jednak, że początek z tą bohaterką był... ciekawy. Jeśli nie lubicie czuć zażenowania czyimś zachowaniem, to przygotujcie się na to, że Charlie jest mistrzynią pakowania się w niezręczne sytuacje, szczególnie w towarzystwie Williama.

Ponowne spotkanie po sześciu latach z pewnością byłoby szokiem dla każdego, a tym bardziej dla dwójki osób, która była do siebie nastrojona od samego początku, ale życie nie pozwoliło im tego zagłębić. Ta dwójka po prostu nie ma szczęścia - wtedy poznali się w nieodpowiednim czasie, a teraz odnaleźli ponownie i nadal nie mogą sobie pozwolić na bycie razem. A jednak nawet jeśli są tego świadomi, nie potrafią tak po prostu trzymać się od siebie z daleka. Wiecie co uwielbiam w nich najbardziej? To, jak wspaniała jest ich komunikacja. Ta dwójka rozumie się często bez słów. Uwielbiam też to, jak nastrojony do potrzeb Charlie był William. Prawdziwie jej słuchał, opiekował się nią i był po prostu idealnym, wymarzonym chłopakiem. Zresztą, czy to kogoś jeszcze dziwi? Bohaterowie Elli Maise kradną moje serce za każdym razem.

W tytule książki nie bez powodu mamy słowo clichés - bohaterka marzy o, można by powiedzieć, "tandetnych" sposobach okazywania miłości, i to dostaje. A ja to pochłaniałam za każdym razem z największymi motylkami w brzuchu i szerokim uśmiechem na twarzy, bo to prawdopodobnie najbardziej romantyczna i najsłodsza książka, jaką miałam okazję czytać w ostatnich miesiącach. Zapewne nie każdy polubi się z taką ilością słodyczy, więc nie poleciłabym pewnie tej książki każdemu, ale dla mnie to było po prostu coś, czego potrzebowałam na poprawę humoru. Bo poza historią miłosną to też powieść o odnajdywaniu ponownego szczęścia z życia i stawiania na pierwszym miejscu własnych potrzeb - konieczne przypomnienie o rzeczach, o których łatwo zapomnieć w chaosie codziennego życia.

Jako naczelna romansiara i wielka romantyczka bardzo wam tę książkę polecam i mam nadzieję, że kiedyś wyjdzie jej polska wersja. Może i nie pobiła mojego ukochanego "Marriage for One", ale czytanie jej było czystą przyjemnością i bardzo chętnie w przyszłości powróciłabym do Williama i Charlie. To właśnie ten typ romansu z wątkiem drugiej szansy, który uwielbiam - bohaterowie rzeczywiście pracują, aby naprawić swoje błędy, pojawia się zdrowa dawka zazdrości, ale nie takiej frustrującej, a co najważniejsze, wyraźnie widać, że bohaterowie są swoimi bratnimi duszami, które się idealnie dopełniają. Ogromnie polecam, jeśli macie ochotę na coś słodkiego!


Ella Maise to pochodząca ze Szwecji młoda pisarka, która zdobyła już pokaźne grono wiernych czytelników. Tworzy powieści z gatunku literatury kobiecej i obyczajowej. Z lekkością przemyca do swoich historii poczucie humoru i skłaniające do refleksji wypowiedzi, a także rozmaite emocje. Wśród opublikowanych przez nią pozycji znajdują się między innymi “The Hardest Fall” oraz “Marriage for One”.


Tytuł: Charlie, Love and Cliches
Autor: Ella Maise
Data premiery: 11.05.2023
Język: angielski
Liczba stron: 429
Ocena: 9/10



Czytaj dalej »

sobota, 2 marca 2024

Podsumowanie czytelnicze lutego


Nadszedł czas na comiesięczne podsumowanie czytelnicze! Luty to był przedziwny miesiąc. Z jednej strony dawno już nie udało mi się przeczytać takiej liczby książek, z drugiej też już od dawna nie czułam takiej niechęci, by czytać. W pewnym momencie zaczęłam trafiać na takie średniaki, jeden za drugim, że zaczęłam się obawiać, że czeka mnie zastój czytelniczy, bo nie mogłam się zmusić do ich kończenia.

W zeszłym miesiącu jednak działo się też wiele dobrego, bo miałam przyjemność czytać wiele wspaniałych pozycji, o których więcej będę wam mówić niedługo. Jedną z takich książek jest mój marcowy patronat "Desire or Defense" - hokejowa komedia romantyczna. A skoro o hokeju już mowa (wiem, pewnie macie już dość tego, że ciągle o tym sporcie mówię, wybaczcie), luty to był również miesiąc, w którym premierę miał mój kolejny patronat Mile High i bardzo się cieszę, że przyjęliście tę historię z taką miłością!

Zostawiam was z moimi krótkimi opiniami na temat każdej z przeczytanej pozycji.

A jak wypadł wasz luty? Jaka książka przeczytana w tym miesiącu podobała wam się najbardziej?



DESIRE OR DEFENSE - ★★★★★

Informacja o moim kolejnym patronacie poszła już w świat, więc mogę wam w końcu napisać, że to jedna z moich ulubionych lżejszych książek z motywem hokeja, jakie dane mi było przeczytać! Nie mogę się doczekać, aż w marcu poznacie Mitcha i Andie, bo to przesłodka, zabawna i leciutka historia na jeden wieczór. No i czy wspominałam, że mamy tu hokej?





ZASADA NUMER PIĘĆ - ★★★★☆ i pół (reread)

Luty był chyba moim miesiącem hokejowym, bo nie tylko wkręciłam się w oglądanie meczy, ale też pochłaniałam książkę za książką z tym motywem i jedną z nich była Zasada numer pięć, do której powróciłam po latach. To kolejna z tych lżejszych, niewymagających książek, ale niech was to nie zmyli - u mnie pod koniec polały się nawet łzy. Jeśli lubicie takie studenckie historie z wątkiem odpowiedniej osoby i nieodpowiedniego czasu, to polecam!




FOXGLOVE - ★★★☆☆

Foxglove to było niestety jedno z moich rozczarowań miesiąca. Nie była to książka zła, ale po klimatycznej i wciągającej Belladonnie oczekiwałam czegoś o wiele lepszego. Ten gotycki klimat połączony z tajemnicą kolejnego morderstwa zszedł na bardzo daleki plan, Śmierć z jakiegoś powodu stał się wręcz postacią epizodyczną, a główna część historii kręciła się wokół nowej postaci. Ja jestem trochę zawiedziona.




MILE HIGH - ★★★★★ (reread, patronat)

Mile High to kolejne moje książkowe dziecko, ponieważ w lutym miałam przyjemność objąć ten tytuł patronatem. Tuż przed premierą do niej powróciłam z tęsknoty za bohaterami i mogę powiedzieć tyle, że jestem pewna, iż będzie to moja nowa ukochana seria romansów sportowych. Są emocje, jest humor, są przystojni sportowcy (halo, hokej znowu!!), a także wiele bardzo ważnych wątków. Najbardziej kocham tę książkę za to, że mówi o zdrowiu psychicznym i pokazuje to, jak wiele warstw może skrywać jedna osoba.



LET'S GET TEXTUAL - ★★★☆☆ i pół

Ta książka to jedna z tych, które przyjemnie się czyta i miło spędza się z nimi czas, ale po jakimś czasie pamięć o nich zanika. Ja po paru tygodniach sama niewiele już niej pamiętam, ale fajnie się na niej bawiłam. To błyskawiczna lektura, napisana głównie w formie wiadomości, które wymieniają między sobą bohaterowie. Jest humor, jest kózka, jest dużo słodyczy - jeśli więc lubicie takie romansidła, to polecam.




WŁADCA GNIEWU - ★★★★☆ i pół (reread)

Władca Gniewu to bez dwóch zdań najlepsza książka Any Huang i mówi to osoba, która nie przepada za jej serią Twisted. Mam wrażenie, że to, co tak mnie raziło w jej książkach, tutaj w końcu jest dobrze rozpracowane. Nie ma tych wszystkich żenujących i toksycznych momentów, i chociaż nadal nie jestem fanką jej scen erotycznych, to dla Vivian i Dantego przymykam na to oko.





MIŁOŚĆ I INNE SŁOWA - ★★★☆☆

Ta książka to moje największe rozczarowanie miesiąca, ale to dlatego, że miałam wobec niej ogromne oczekiwania. Kocham twórczość Christiny Lauren, naprawdę, ale po tylu pozytywnych opiniach nie spodziewałam się aż tak frustrującej historii. Jestem wybredna jeśli chodzi o motyw drugiej szansy, a tutaj pojawiła się jego najgorsza wersja - pełna nieporozumień, zazdrości, zbędnego przeciągania czegoś, co można było dawno rozwiązać. Moim zdaniem najsłabsza książka autorek.



IRON FLAME - ★★★★☆ i pół

Iron Flame będzie miało polską premierę już w tym miesiącu, ale ja zabrałam się za angielską wersję zaraz po rereadzie Fourth Wing, bo nie potrafiłam przestać czytać i czekać. Nie żałuję, bo ile tu się działo! Ta książka to grubasek, więc jest w niej trochę zapychaczy, ale też autorce udaje się popychać fajnie akcję do przodu, jednocześnie zostawiając wiele wątków, które będą mogły zostać rozwinięte w następnych tomach.




DIABEŁ W OBRĄCZCE - ★★★☆☆ i pół

Od pierwszego tomu wychwalam tę serię i chociaż nadaj utrzymuję moje zdanie i uważam, że koniecznie musicie ją poznać, to niestety ta część to było moje kolejne rozczarowanie lutego. Jestem jedną z niewielu, która lubi wątek nieplanowanej ciąży, ale coś tu poszło nie tak. Między głównymi bohaterami po prostu... coś nie grało. Nie pomogło też to, że bohaterka była nieznośna i strasznie dziecinna, przez co naprawdę się czasami męczyłam. Czytało się ją szybko i przyjemnie, ale to była najsłabsza część z tej serii.



CHARLIE, LOVE AND CLICHES - ★★★★★

Tutaj mamy idealny przykład dobrze wykorzystanego motywu drugiej szansy, bo chociaż rzeczywiście mamy też pewnego rodzaju nieporozumienie, to bohaterowie od pierwszego momentu się ze sobą porozumiewają. To takie miłe uczucie, gdy postaci rozmawiają, zamiast dusić się w swojej niepewności. Poza tym to była chyba najsłodsza i najbardziej romantyczna książka, jaką przeczytałam w tym miesiącu - miód na moje serce!
Czytaj dalej »

czwartek, 29 lutego 2024

J. Wilder - Zasada Numer Pięć



Miałam zaplanowane całe życie… dopóki nie spotkałam hokeisty z obsesją na punkcie łamania moich zasad.

Zasada pierwsza: żadnego całowania
Zasada druga: żadnych randek, tylko przygody na jedną noc
Zasada trzecia: żadnej wymiany numerów
Zasada czwarta: żadnych hokeistów
Zasada piąta: żadnego zakochiwania się

Dzięki tym pięciu prostym regułom dotyczącym nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną nic mnie nie rozprasza. Jestem już bardzo blisko dostania się na wymarzony staż. Nie ma mowy, żebym złamała dla kogoś którąkolwiek z nich.

Nawet dla opiekuńczego hokeisty z jasnoszarymi oczami, wyrazistą szczęką i ciałem, od którego zapiera mi dech w piersiach.


Co powiecie na lekki, niewymagający romans z hokejem w tle? "Zasada numer pięć" to jest jeden ze świetnych przykładów książki, przy której można się odprężyć, wyłączyć i oderwać od rzeczywistości. Czytałam ją już po raz drugi i ta historia totalnie stała się moim guilty pleasure. Czy jest to najlepsza książka pod słońcem, która odmieni wasze życie? No nie. Ale nie uważam, że to coś złego, bo ja sama uwielbiam czasami przeczytać coś takiego, co wywoła motylki w moim brzuchu i szeroki uśmiech na twarzy, ale przy czym nie muszę się angażować na sto procent.

Sidney od lat ma w głowie tylko jedno – skończyć studia i spełnić marzenie zmarłej mamy o pracy w polityce. W tym celu musiała poświęcić swoje życie prywatne, ale jest już tak blisko, że zdeterminowana jest trzymać się swoich zasad, szczególnie tych związanych z randkowaniem – a raczej jego brakiem. Do czasu, aż podczas wypadu z przyjaciółmi poznaje Jaxa, miejscową gwiazdę hokeja z wielkimi prospektami na przyszłość zawodowego hokeisty. Sidney jednak dobrze zna życie z mężczyznami takimi jak on – długie oczekiwania na telefon, odwołane spotkania i życie na odległość to coś, czego nauczył ją jej własny ojciec, trener hokeja. Postanawia więc trzymać się swoich zasad, nieważne jak przystojny i charyzmatyczny wydaje się Jax. On ma jednak inne plany. Postanawia zrobić wszystko, aby rozwalić w drobny mak każdą jej zasadę i sprawić, aby była jego. Krok po kroku, kawałek po kawałku. Szybko jednak okazuje się, że zdobycie serca osoby to jedno, ale zatrzymanie go na dłużej to drugie. Jax i Sidney będą musieli zastanowić się, czy wejście w związek, który ma termin ważności, to rozsądny wybór, czy rzucą się w niego ze świadomością, że czeka ich złamane serce.

Dajcie mi historię, która ma hokeja i faceta, który zakochuje się pierwszy i dla swojej ukochanej jest w stanie zrobić wszystko, a ja pochłonę ją za każdym razem. Nie trzeba mi nawet wiele - wystarczy to, że tak jak w przypadku tej historii, cały czas szeroko się uśmiechałam i chichotałam jak dziewczynka, a pod koniec nawet uroniłam parę łez. Pomiędzy Sidney i Jaxem chemia wybucha od razu, już podczas ich pierwszego spotkania. I chociaż zazwyczaj zdecydowanie preferuję historie miłosne, które rozwijają się powolutku, tak przyciąganie między tą dwójką było tak intensywne, że od razu wiedziałam, że długo z dala od siebie nie wytrzymają. Podobało mi się jednak to, że nawet pomimo oczywistej chemii przede wszystkim rozwija się między nimi przyjaźń (cóż, ze zdrową dawką flirtu). Ich relacja jest tak naturalna, że czasami rozumieją siebie, swój humor i uczucia wręcz bez słów.

Wisząca nad bohaterami perspektywa zbliżającego się końca studiów i nieuchronnego rozstania spowodowanego zupełnie innymi planami na przyszłości, dodaje tej historii również pewnej emocjonalnej nutki. Coś w motywie odpowiednia osoba, nieodpowiedni czas za każdym razem wyciśnie ze mnie łzy i chociaż tym razem zakończenie było mi znane, to i tak czułam się trochę tak, jakbym obserwowała związek kierujący się w stronę nieuchronnej katastrofy i bolało mnie z tego powodu serce. Sidney i Jax są bez dwóch zdań swoimi prawdziwymi bratnimi duszami, ale ich historia idealnie ukazuje, że czasami miłość i ta odpowiednia osoba nie wystarcza, gdy wszystko inne jest przeciwko nim.

Zresztą uwielbiam to, że nawet pomimo miłości do Jaxa Sidney nie zrezygnowała ze swoich planów i marzeń, nad którymi pracowała całe życie. Tym bardziej, że na własnej skórze zdążyła się przekonać, jak naprawdę wygląda życie zawodowego hokeisty. Rozumiałam jej obawy, szczególnie, że jedyny mężczyzna, który od małego powinien ją bezwarunkowo kochać i chronić, za każdym razem ją rozczarowywał i stawiał na drugim, trzecim, a nawet dziesiątym miejscu wśród innych priorytetów. Znajomość tego stylu życia z pierwszej ręki prowadziła do uzasadnionej reakcji i jej niechęci do wejścia w związek z Jaxem – w końcu jaką ma pewność, że on też jej nie porzuci, gdy rozpocznie się jego życie gwiazdy? I chociaż czasami chciałam nią potrząsnąć, widząc jak bardzo Jax się stara, bardzo jej też współczułam. I kibicowałam jej marzeniom i pragnieniu postawienia siebie na pierwszym miejscu – czego nikt inny dotąd nie dokonał, nawet jej własny ojciec. 

Chciałabym natomiast, żeby autorka trochę bardziej rozwinęła postać Jaxa, bo chociaż go oczywiście uwielbiam za jego humor, lekką arogancję, ale też złote serce, to czasami brakowało mi zagłębienia się w to, kim jest i jak wydarzenia z jego przeszłości go ukształtowały. Dostajemy różne fakty, ale to tylko skrawki składające się na jego osobę, które były dość powierzchowne. Szczególnie w porównaniu z Sidney, której obawy i własne doświadczenia tak naprawdę zdominowały ich historię. Co nie zmienia faktu, że go uwielbiam - nie wiem czy można nie pokochać kogoś, kto z taką determinacją pragnie zdobyć czyjeś serce.

Czytam różne recenzje tej historii i całkowicie je rozumiem, ale też uważam, że jeśli podejdziecie do niej z otwartym umysłem, bez większych oczekiwań, to autorka może zafundować wam naprawdę fajną rozrywkę na jeden wieczór, trochę śmiechu, motylki w brzuchu, a nawet rumieńce na twarzy (bo pikanterii również nie zabraknie). Nie jest to książka, która odmieni wasze życie, ale zdecydowanie jest to kandydat do listy comfort books, przy których można po prostu miło spędzić czas. No i czy wspominałam, że mamy tu mój ukochany hokej?


Tytuł: Zasada numer pięć
Autorka: J. Wilder
Tytuł w oryginale: Rule Number Five
Seria: Rule Breaker. Tom 1
Wydawnictwo: Bezwstydna (Czwarta Strona)
Liczba stron: 320
Ocena: 8.5/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Czwarta Strona:


Czytaj dalej »

niedziela, 25 lutego 2024

Adalyn Grace - Foxglove



Właściciel Thorn Grove, Elijah Hawthorne zostaje oskarżony o zabójstwo.

Los, perfidny brat Śmierci, zamieszkał w pobliskiej posiadłości. W przeszłości boleśnie skrzywdzony, za wszelką cenę pragnie zemsty i zadośćuczynienia, którym ma być... Signa Farrow. Zaangażowane w ratowanie Hawthorne’a dziewczyna i jej kuzynka Blythe podejmują ryzykowną grę. Odkrywają nowe, nieznane wcześniej moce, które zmieniają bieg wydarzeń w Thorn Grove. Szukając mordercy, wikłają się w sieć dworskich intryg i złowrogich tajemnic, przez co ich przyjaźń zawiśnie na włosku.


Bardzo wyczekiwałam premiery drugiego tomu Foxglove, bo pierwsza część absolutnie urzekła mnie swoim gotyckim i mrocznym klimatem. Zakończenie też pozostawiło wiele spraw nierozwiązanych i utworzyło szansę na poprowadzenie dalej tej historii w ciekawy i wciągający sposób. W rzeczywistości jednak nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta część padła ofiarą tak zwanej klątwy drugiego tomu.

Pod koniec Belladonny zostawiamy bohaterów chwilę po tym, jak na dworze Hawthorne'ów wybucha kolejny skandal spowodowany niespodziewanym morderstwem na balu pełnym gości. Podejrzenie spada na wuja Signy, Elijaha, wstrząsając życiem rodziny. Dodatkowo głównym prowodyrem zamieszania zostaje nowy tajemniczy mężczyzna, który okazuje się być bratem Śmierci. Motywowany chęcią zemsty Los nie zamierza tak szybko opuścić życia bohaterów, a szczególnie Signy, która budzi w nim niespodziewane zainteresowanie. Blythe i Signa zostają wplątane w siatkę intryg Losu, które może całkowicie wstrząsnąć ich życiem.

Zastanawiam się, co takiego wydarzyło się w tej książce, bo zupełnie nie czułam się tak, jakbym czytała kontynuację Belladonny. Tamta część sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać. Ten klimat, elementy gotyku, tajemnica morderstwa, duchy, Śmierć - wszystko to trzymało w napięciu i tworzyło naprawdę świetny, niepowtarzalny klimat. Natomiast ta część obiecuje liczną ilość dworskich intryg, tajemnic wokół kolejnego zabójstwa na dworze, a tak naprawdę... nie ma tego prawie w ogóle. Może na początku, kiedy zaczynamy w tym samym momencie, w którym kończy się Belladonna, ale potem cały ten aspekt historii zanika. Signa przez większość książki powtarza, że zrobi wszystko, aby znaleźć mordercę i uwolnić wuja, a już po paru rozdziałach problem ten schodzi na daleki plan.

W Foxglove do głosu dochodzi również Blythe, którą znamy już z poprzedniej części, ale osobiście nie jestem fanką tego pomysłu. Myślę, że jej historia będzie ciekawsza dopiero w następnym tomie, szczególnie po informacjach wyjawionych pod koniec, ale w tej części miałam wrażenie, jakbym po prostu czytała to, co już wiedziałam, ale jej oczami. Natomiast zupełnie nowym dodatkiem, który dostaje zaskakująco dużo uwagi, jest postać Losu, który jest... cóż, interesującym przypadkiem. Jego historia opanowała tę część w porównaniu z wszystkimi innymi wątkami, po części dlatego, że łączy się z historią Signy i Śmierci, ale do tej pory nie wiem co o nim sądzić. Ciekawa jestem, jak ten wątek rozwinie się dalej w trzecim tomie, bo tutaj czasami mnie frustrował. Ale dodawał książce też mocno potrzebnej intrygi, więc nie narzekam.

Jedyne, co mnie z jego powodu rozczarowało, było to, że wątek miłosny między Signą a Śmiercią, jakkolwiek dziwny i niecodzienny, był jednak ważnym aspektem pierwszego tomu, a tutaj stracił swoją magię. Głównie przez to, że sam Śmierć stał się tak naprawdę postacią epizodyczną, pojawiającą się jedynie dla paru momentów z Signą. Ta intrygująca, ciekawa postać, która była ważną częścią ogólnego klimatu Belladonny, stała się nijaka i mdła, bo autorka w ogóle nie poświęcała mu uwagi. Otrzymujemy parę uroczych momentów z Signą, ale poza tym równie dobrze mogłoby go nie być. Trochę mnie to rozczarowało.

Plus jest taki, że zdaje się, iż autorka zasiała w tym tomie wiele ziarenek, które będą mogły być lepiej rozwinięte w finale. Bo poza tym, niestety miałam przez większość czasu wrażenie, że Foxglove to taki zapychacz, zanim przejdziemy do tej głównej akcji, punktu kulminacyjnego, który ładnie połączy wszystkie wątki, na co wszyscy tak czekamy. Nie była to koniecznie zła książka, po prostu spodziewałam się od niej o wiele więcej. Czekam na finał z nadzieją, że autorka powróci do tego, co było najlepsze w pierwszym tomie. 



ADALYN GRACE to bestsellerowa autorka "New York Timesa" i "USA Today". Jej powieść Władczyni dusz została okrzyknięta przez Entertainment Weekly najlepszą książką fantasy young adult 2020 roku. Zanim zaczęła pisać, pracowała w teatrze, była naczelną redaktorką gazety non profit i stażystką w Nickelodeon Animation Studio. Mieszka w San Diego. 


Tytuł: Foxglove
Autorka: Adalyn Grace
Seria: Belladonna. Tom 2
Data premiery: 14.02.2024
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Uroboros
Ocena: 6/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Uroboros:
Czytaj dalej »

środa, 21 lutego 2024

Taegan Hunter - Let's Get Textual



Zły numer powinien być tylko tym – złym numerem.

Usuń. Gotowe.

Nie pisz dalej. Nie flirtuj.

Zły numer nie powinien być pierwszą osobą, o której myślisz rano, ani ostatnią w nocy… i zdecydowanie nie powinieneś namawiać ich do zakupu małej kózki.

Ponieważ to byłoby dziwne.

Kiedy Zach Hastings i ja wpadamy w pułapkę złego numeru, nie przestrzegamy zasad. Piszemy SMS-y i flirtujemy, ponieważ jest niesamowicie zabawny, idealnie nerdowaty i cudownie odwraca moją uwagę.

Nie szukam miłości, a Zach zdecydowanie miał zły numer.

Ale może…

Może to właściwy facet.


Czasami, gdy nie mam siły fizycznie i psychicznie skupiać się na lekturze książki i potrzebuję po prostu czegoś niewymagającego, historie takie jak Let's Get Textual to wręcz coś idealnego. Ta książka nawet nie była w moich planach czytelniczych, aż pewnego razu zupełnie spontanicznie stwierdziłam, że powinnam ją przeczytać. I chociaż ogółem napisałabym, że to taki średniak, który nie zapadnie mi na długo w pamięci, to i tak nie żałuję, że ją przeczytałam, bo była przyjemną odskocznią.

Delia właśnie zerwała ze swoim chłopakiem po kilkumiesięcznym związku, zgodnie dochodząc do wniosku, że lepiej im wychodzi bycie przyjaciółmi. Los się jednak do niej uśmiecha, gdy pewnego dnia dostaje tajemniczą wiadomość. Przekonana, że to jej brat, nic sobie z niej nie robi, dopóki nie uświadamia sobie, że zaszła pomyłka. Jedna wiadomość prowadzi do kolejnej i wkrótce między nią, a tajemniczym nieznajomym rozwija się zaskakująca więź. Jednak czy można zakochać się w kimś, kogo nigdy nie widziało się na żywo?

Ta napisana głównie w formie wiadomości tekstowych historia dwóch nieznajomych, którzy przez jednego przypadkowego smsa odnajdują w sobie bratnie dusze, to idealna rozrywka na jeden wieczór. Dawno już tak błyskawicznie nie przebrnęłam przez żadną książkę i chociaż jest to głównie spowodowane formą, w jakiej została napisana, to w piórze autorki jest też pewna lekkość, dzięki której czas upływa z czystą przyjemnością. To nie jest historia, która odmieni moje życie i zapadnie mi w pamięci. Nie jest nawet w żaden sposób szczególna. Ale jeśli podejdzie się do niej z otwartym umysłem i bez większych oczekiwań, można z nią miło spędzić czas.

Motyw wiadomości wysłanej na niewłaściwy numer jest nam wszystkim z pewnością dobrze znany (jeszcze nie tak dawno było głośno chociażby o książce "Pan Zły Numer" Lynn Painter, opierającej się na tej samej zasadzie). I chociaż niewiele można tu nowego wprowadzić, to bardzo fajnie było poczytać wszystkie te wiadomości, które wymieniali między sobą Zach i Delia. Czułam się, jakbym naprawdę czytała czyjąś konwersację, czasami aż za bardzo - razem z flirtem, żarcikami i czasami nawet odrobinę żenującymi tekstami, które zapewne każdy z nas w swoim życiu wysłał do kogoś, kto się nam podobał.

Smsowa znajomość tych bohaterów rozwinęła się bardzo naturalnie, ale też nie nazwałabym jej jakąś wielką miłością. Być może przez to, że połowa książki to spis ich wiadomości, ale nie było żadnego takiego większego momentu, dzięki któremu poczułabym, że między Zachem i Delią pojawiło się uczucie tak wielkie, że nie sposób się było od tej książki oderwać. Ale nie było też w tym nic złego, bo nawet jeśli nie jest to jakaś epicka historia miłosna, to fajnie się czytało, jak odnaleźli swoją osobę - kogoś, kto rozumiał ich poczucie humoru, pragnienia i potrzeby. Najbardziej chyba podobał mi się humor autorki, bo bywały takie momenty kiedy naprawdę można było się pośmiać, szczególnie gdy do akcji wchodziła kózka Pianek.

Brakowało mi jednak zagłębienia się w tych bohaterów, bo zupełnie nie poczułam się, jakbym ich poznała. Byli sympatyczni, ale sympatycznymi mogę nazwać większość postaci, o których czytam, a trzeba zdecydowanie więcej, aby książka zapadła mi w pamięci. I to chyba jest jej największy minus, przez który nie jest to nic więcej, niż tylko szybka lektura na chwilę odprężenia. To historia urocza i słodka, ale też powierzchowna - nie oczekujcie więc większych fajerwerków.


TAEGAN HUNTER jest dziewczyną wychowaną w Missouri, ale obecnie mieszka w Karolinie Północnej ze swoim mężem, żołnierzem piechoty morskiej, gdzie spędza dni błagając go o kota. (Ani mąż, ani pies nie przejmują się tym zbytnio). Żyje dzięki kawie, pizzy i sarkazmowi. Kiedy nie pisze, można ją znaleźć oglądającą różne programy telewizyjne, szczególnie Supernatural i One Tree Hill. Taegan lubi zimną pogodę, kupuje więcej książek niż kiedykolwiek przeczyta i nigdy nie odmawia brownie.


Tytuł: Let's Get Textual
Autorka: Taegan Hunter
Seria: Texting. Tom 1
Wydawnictwo: YaNa
Premiera: 24.01.2024
Liczba stron: 320
Ocena: 6.5/10

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem YaNa:


Czytaj dalej »

niedziela, 18 lutego 2024

Christina Lauren - Miłość i inne słowa



SERCE MOŻE SIĘ UKRYĆ, ALE NIGDY NIE ZAPOMINA

WTEDY

Gdy miałam trzynaście lat, byłeś moim pierwszym prawdziwym przyjacielem. Gdy miałam piętnaście – moją pierwszą miłością. Potem byłeś dla mnie wszystkim! Mieliśmy razem podbijać świat, dopóki jedna upiorna noc nie zrujnowała naszej przyszłości.

TERAZ

Pracuję na oddziale pediatrii dzień i noc. Wychodzę za mąż za starszego i stabilnego finansowo mężczyznę, który nie interesuje się przesadnie moim sercem. Dla mnie to bardzo rozsądne rozwiązanie na przyszłość.

Taki był plan, dopóki nie zobaczyłam Cię w kawiarni po jedenastu latach rozłąki. Wszystko ożyło na nowo. Nadal nie wiem, jak Ci wybaczyć, a co gorsza nadal nie potrafię Ci się oprzeć…

Przecież nasza miłość i namiętność prawie mnie zniszczyły! Z drugiej strony myśl o ponownej utracie Ciebie jest nie do zniesienia! Czy mam na tyle odwagi, aby zaryzykować wszystko?


Książki duetu Christiny Lauren to już dla mnie automatyczny must read, a Miłość i inne słowa to prawdopodobnie ich najpopularniejsza książka, o której słyszę bez przerwy od wielu lat. Jednak jak to z popularnymi książkami bywa, zawsze pochodzę do nich z ostrożnością, tym bardziej, że ta powieść oparta jest na wątku, z którym ostatnio mam bardzo nie po drodze. Pięknie napisana, ulubieniec wielu książkar, historia o drugiej szansie w miłości, o której zapewne marzy większość z nas. Ale czy rzeczywiście jest tak wspaniała, jak wszyscy twierdzą?

Historia Macy i Elliota to klasyczny przypadek utraconej, młodzieńczej miłości, która wraca po latach ze zdwojoną siłą. Niegdyś ta dwójka była nierozłączna. Przyjaciele z dzieciństwa, którzy dorośli do czegoś poważniejszego, nawet pomimo tego, że nie mieszkali blisko siebie. I garderoba pełna książek w wakacyjnym domku rodziny Macy, która połączyła ich na poziomie bratnich dusz. Gdy byli młodsi, to właśnie tam spędzali każdą wspólną chwilę i powoli się w sobie zakochiwali. Ale kiedy miały się w końcu spełnić ich marzenia o wspólnym życiu, rozdzieliło ich coś, przez co nie widzieli się przez jedenaście lat. Teraz Macy i Elliot wpadają na siebie w pewnej kawiarni w mieście i wszystko jest inaczej, a jednak wiele rzeczy nadal pozostało takie samo. Macy ma narzeczonego, Elliot dziewczynę... a jednak to silne uczucie, które kiedyś było tylko ich, nadal między nimi skwierczy. Jednak czy po tak długim czasie rozsądne jest pakować się w coś, co już dawno przeminęło?

Z pewnością motyw dawnej miłości z młodości oraz domku letniskowego nie jest nikomu obcy, bo to historia, która od lat zyskuje na popularności. Można wybierać w różnych podobnych książkach i chyba dlatego ja od samego początku podchodziłam do tej historii odrobinę sceptycznie. Nieważne, czy była pierwsza, czy ostatnia, zdążyłam się już przekonać, że to motywy, które bardzo testują moją cierpliwość i zazwyczaj opierają się na tych samych schematach. No i cóż, miałam niestety rację. Bo już po paru rozdziałach wiedziałam, że niestety się nie polubimy.

Ta książka to jedno wielkie przyciąganie czasu wynikającego z braku komunikacji, co jest moim głównym problemem w tego typu powieściach. Można było załatwić konflikt jedną rozmową już jedenaście lat temu, a zamiast tego po pierwszym spotkaniu Macy i Eliotta po latach, musiały minąć kolejne miesiące tańczenia wokół tematu z jedną myślą, której wszyscy od początku byliśmy świadomi - że oni i tak się zejdą, ale uparcie nie chcą się do tego przyznać. Cóż, a przynajmniej Macy (pokłony dla Elliota za cierpliwość, serio). W pewnym momencie nawet bohaterka mówi coś w stylu "pogadamy o tym za miesiąc". Czemu? Nie wiem, chyba tylko dlatego, żeby akcja brnęła do przodu. I żebyśmy się jeszcze bardziej pofrustrowali jej niezdecydowaniem co do swojego nudnego narzeczonego, którego imienia już nawet nie pamiętam. 

Macy i Eliotta łączy relacja spotykana raz na milion, to prawdziwe bratnie dusze, które rozumieją się bez słów, ale jak na tak dobraną parę, która rzekomo nie potrafi się okłamywać, z zatrważającą częstotliwością unikają rozmów na najważniejsze tematy związane z ich uczuciami do siebie. I było tak w przeszłości, jak jest i w teraźniejszości. Książka podzielona jest na dwie ramy czasowe i w teorii powinna pozwolić nam głębiej poznać ich relację, ale nawet pomimo tych uroczych momentów, gdy czytali razem książki i mogli godzinami rozmawiać na różne tematy, zawsze pojawiały się jakieś problemy, które autorki przeciągały aż do frustrującego poziomu. Inne dziewczyny, pierwsze doświadczenia, skrywane uczucia - rzeczy, które można było przegadać, ale woleli za to kisić się we własnej niepewności i zazdrości.

Obawiałam się, że to będzie jedna z tych książek, która stała się popularna dzięki paru pięknym fragmentom, które można było znaleźć wszędzie na bookmediach i chociaż przyznaję, to rzeczywiście były to piękne momenty, to całościowo książka wypada średniawo. I na pewno nie jest najlepszą książką, jaka wyszła spod pióra Christiny Lauren. A może ja po prostu jestem już zmęczona wątkiem drugiej szansy, który za każdym razem idzie tym samym schematem, bo czułam się po prostu jakbym czytała kolejną, lekko zmienioną wersję powieści w stylu "Każde kolejne lato" (a tej książki nie znoszę jeszcze mocniej). Ta książka jest naprawdę pięknie napisana, to trzeba przyznać. To jedna z tych, w której co chwilę chce się coś zaznaczać, adnotować, zapamiętać na dłuższą chwilę. Ale poza tym nie oferuje nic nowego.

Chciałabym napisać, że chociaż Eliott i Macy jako bohaterowie nadrabiają, ale szczerze mówiąc, niezbyt mi na nich zależało. To była zbyt krótka książka, abym mogła się do nich przywiązać i jakoś bardziej zrozumieć ich motywy. A już szczególnie, gdy na jaw wychodzi całe źródło zamieszania, przez które stracili kontakt na lata, które za chwilę zostaje zamiecione pod dywan, a jest moim zdaniem zbyt ważnym i zbyt szokującym wątkiem, aby tak po prostu o nim zapomnieć. Poczułam się bardzo rozczarowana, że autorki nie poświęciły nawet chwili, aby ukazać bardzo poważne konsekwencje takiej sytuacji. Zamiast tego wypadło to jak bardzo tani chwyt mający jedynie rozdzielić bohaterów. Ale nawet mimo to, większość moich narzekań wynika przede wszystkim z osobistych preferencji, więc jeśli lubicie tego typu książki, to może warto dać jej szansę. Może akurat wy pokochacie ją bardziej - nie bez powodu jest to książka kochana przez tak wielu. Ja jednak, jeśli już miałabym wam polecać tego typu historie, bardziej poleciłabym chociażby "Happy Place" Emily Henry, aniżeli ten tytuł.



CHRISTINA LAUREN to de facto nie jedna, ale dwie osoby. Panie stanowiące autorski duet, Christina Hobbs oraz Lauren Billings, pochodzą ze Stanów Zjednoczonych, a swoją karierę rozpoczęły od publikowania utworów z gatunku fan-fiction (inspirowanych bardzo popularną serią "Zmierzch" autorstwa Stephenie Meyer). Teraz pisarki nie ograniczają się już jedynie do internetowej platformy, ale piszą i wydają jedne z najbardziej popularnych utworów z gatunku Young Fiction oraz Adult Fiction, takich jak np. międzynarodowy bestseller "Piękny drań". Ich twórczość to przede wszystkim romanse obyczajowe. Panie spotkały się w 2009 roku poprzez pisanie fan-fiction online i już rok później współpracowały. Ich twórczość została obecnie przetłumaczona na ponad 28 języków i zaistniała w czołowej dziesiątce najlepiej sprzedających się powieści New York Times. Razem piszą i udzielają wywiadów.


Tytuł: Miłość i inne słowa
Autor: Christina Lauren
Tytuł w oryginale: Love and Other Words
Liczba stron: 300
Data premiery: 10 stycznia 2023
Wydawnictwo: Poradnia K
Ocena: 6/10

Współpraca reklamowa z wydawnictwem Poradnia K:



Czytaj dalej »

czwartek, 15 lutego 2024

Liz Tomforde - Mile High | Recenzja patronacka



Stevie Shay od lat jest stewardesą, ale jeszcze nigdy nie spotkała tak aroganckiego, niemiłego, przemądrzałego i wrednego pasażera jak Evan Zanders. Jest przekonana, że ten hokeista uwziął się na nią i zrobi wszystko, żeby zrezygnowała z pracy.

Niestety Stevie musi robić to, co każe jej ten zarozumiały dupek, bo dla niego pracuje. Najgorsze, że Evan to mężczyzna dokładnie w jej typie: przystojny, seksowny sportowiec. Jednak obiecała sobie, że nigdy więcej nie prześpi się z facetem pochodzącym ze sportowego świata.

Nigdy.

Gdyby tylko Evan dał jej spokój, zapomniał o jej istnieniu i nie wwiercał się w nią spojrzeniem, wywołując dreszcze na całym jej ciele. Przecież Zanders może mieć każdą dziewczynę i chętnie z tego korzysta, a przynajmniej tak słyszała Stevie.


Co powiecie na miłość w chmurach między hokeistą o wątpliwej reputacji i stewardesą o ciętym języku? Ta dzisiejsza premiera to jedna z moich ulubionych książek, jakie czytałam w ostatnim czasie i na dodatek mam przyjemność wspierać ją medialnie. A z pewnością zdążyliście się już zorientować, że ja obok hokejowych romansów, na dodatek takich grubasków, nie potrafię przejść obojętnie. Pierwsza część otwierająca jedną z najgłośniejszych serii ostatnich lat to zlepek wszystkiego, co tak bardzo kocham w romansach - humoru, złożonych bohaterów, a przede wszystkim historii, która oferuje o wiele więcej, niż sam romans.

Stevie Shay rozpoczyna właśnie nową pracę jako stewardesa dla hokejowej drużyny grającej w lidze NHL. Czeka ją cały następny sezon latania z tymi przystojnymi sportowcami i chociaż byłoby to zapewne spełnieniem marzeń większości kobiet, Stevie już pierwszego dnia poznaje swój największy wrzód na tyłku w postaci Evana Zandersa. Ten hokeista o reputacji niegrzecznego chłopca i kobieciarza uwziął się na nią, odkąd pierwszy raz go zbyła, i za swój cel na następny rok obiera sobie uprzykrzanie jej życia. Jednak to, co zaczyna się irytującymi zagrywkami, szybko zaczyna się przeradzać w prawdziwe zainteresowanie, a nawet przyjaźń, gdy coraz częściej wpadają na siebie poza godzinami pracy. Stevie przekonuje się, ile z fasady Zandersa znanej całemu światu to tak naprawdę jedynie gra, a ile ukrywa przed innymi z prawdziwego siebie. Stevie obiecała sobie jednak, że już więcej nie wpakuje się w żaden związek ze sportowcem, a Zanders to facet, który zdecydowanie mógłby namieszać w jej życiu.

Kocham romanse, kocham świetnie się na nich bawić, ale najbardziej kocham właśnie te historie, które mogą mi zaoferować coś o wiele więcej, niż kilkugodzinną rozrywkę. A Mile High zawiera w sobie obydwa te elementy - dużo zabawy i chwytające za serce wątki, o których powinno się o wiele więcej mówić. Sercem tej historii są jej bohaterowie, którzy są prawdopodobnie jednymi z najbardziej prawdziwych, wielowarstwowych postaci, o jakich czytałam. Począwszy od Zandersa, który z początku wypada na dupka, któremu na niczym nie zależy, ale krok po kroku zrzuca z siebie tę maskę kobieciarza, po niepewną siebie Stevie, której poczucie wartości było przez lata podkopywane przez najbliższych.

Zanim przejdę do romansu, który zresztą również uwielbiam, chciałam tu poruszyć moim zdaniem najważniejszą część tej książki - to, jak autorka nie boi się poruszać trudniejszych tematów i kładzie nacisk na zdrowie psychiczne, samoakceptację, a także ukazuje jakie długoterminowe skutki może mieć życie w toksycznym środowisku, szczególnie gdy chodzi o rodzinę. Widzimy to zarówno w Zandersie, jak i Stevie, którzy przechodzą naprawdę ogromną przemianę od momentu, gdy ich poznajemy. Ja na początku miałam bardzo mieszane uczucia, jeśli chodzi o Zandersa. W pierwszej chwili zachowuje się jak dupek, irytuje tą arogancką postawą i robi wrażenie takiego typowego samca alfa z różnych romansideł, ale ta maska szybko opada i ukazuje przed nami człowieka poranionego, miękkiego w samym środku jego serduszka i po prostu bardzo bojącego się pozwolić komukolwiek go pokochać.

Ta historia naprawdę rewelacyjnie ukazuje chyba najprawdziwszą prawdę o życiu - to, że każdy z nas, niezależnie od pochodzenia, bogactwa, sławy, w ciszy własnego domu może zmagać się z problemami, o których ciężko nam mówić. Najbardziej rozchwytywany sportowiec w kraju może walczyć z myślami, że nie jest tak naprawdę wart miłości. A a pozoru pewna siebie i arogancka kobieta może mieć poczucie, że nigdy nie będzie dla nikogo pierwszym wyborem. Nawet przemyślenia Stevie na temat jej własnego ciała oraz ogólnego braku pewności siebie chwytały mnie za serce, bo z pewnością każdy z nas, nawet najbardziej pewni swojego ciała, ma chwile zwątpienia. A najwspanialszym lekarstwem na takie chwile jest otaczanie się bliskimi, którzy okażą nam wtedy bardzo potrzebną miłość.

Mam wrażenie, że w momencie, gdy bohaterowie sami w sobie są tak realistycznymi i interesującymi postaciami, o wiele łatwiej jest mi książkę pokochać, bo naprawdę czuję wtedy, że ich rozumiem. I tak też było teraz, bo szybko pokochałam Stevie i Zandersa. Ta dwójka to jednocześnie wybuchowe połączenie, co z pewnością wyczujecie w ich licznych, pełnych chemii i seksualnego napięcia chwilach, ale to też po prostu dwójka osób, która zmaga się z wieloma demonami i pragnie jedynie prawdziwego poczucia bezpieczeństwa i bycia dla kogoś pierwszym wyborem. Ofiarują sobie właśnie to, czego zawsze pragnęli, ale o czym nie śmieli marzyć, a to czyni ich historię tym piękniejszą. Szykujcie się na dużo humoru i pikanterii, ale też chwil pełnych wrażliwości i szczerości.

Myślę, że Mile High to będzie powieść idealna dla czytelników takich jak ja, którzy lubią po prostu czytać o życiu bohaterów, nawet jeśli fabularnie nie dzieje się nic nadzwyczajnie interesującego. Porusza wiele ważnych tematów, rzuca światło na rozmowy o zdrowiu psychicznym mężczyzn, mówi o toksycznych relacjach rodzinnych, a przy tym jest po prostu świetnie napisanym, cudownym romansem (i to na dodatek z motywem hokeja!). Stevie i Zanders są postaciami jak my wszyscy - pragnącymi jedynie wsparcia i miłości innych osób. Bycia czyimś pierwszym wyborem. Jestem zachwycona tą książką i już nie mogę się doczekać kolejnych części. Polecam wam ją całym serduszkiem!


Urodzona i wychowana w Kalifornii Północnej Liz Tomforde jest najmłodszą z piątki dzieci. Dorastała tam, grając w różne sporty i je oglądając. Uwielbia wszystko, co jest związane z romansami, podróżowaniem, psami i hokejem. Sama jest stewardesą, a kiedy nie podróżuje i nie pisze, skupia się na czytaniu dobrych książek lub zabieraniu Luki, swojego golden retrievera, na wędrówki po rodzinnym mieście.

Tytuł: Mile High
Autorka: Liz Tomforde
Seria: Windy City. Tom 1
Data premiery: 15.02.2024
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 622
Ocena: 9/10

Współpraca reklamowa/patronacka z Wydawnictwem NieZwykłym:


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia