niedziela, 17 marca 2019

Kristen Ashley - Idealny Mężczyzna


Mara Hanover jest zauroczona swoim sąsiadem, detektywem Mitchem Lawsonem, odkąd ten wprowadził się do jej budynku cztery lata temu. Ale ich interakcje zawężały się tylko do porannego "dzień dobry" i nieśmiałych uśmiechów, gdy mijali się w drodze do pracy. Do czasu kiedy Marze zepsuł się kran w łazience i Mitch zaoferował jej swoją pomoc. Mara nie spodziewała się, że zaprosi ją na randkę, w końcu był to mężczyzna zupełnie z innej ligi, poza jej skalą. Niestety do randki nie dochodzi, a Mara jeszcze bardziej zamyka się na możliwość bycia z Mitchem. Kiedy zostaje zamieszana w problemy swojego kuzyna, dilera narkotyków i alkoholika, a pod jej dach przyjmuje jego dzieci, Billy'ego i Billie, to Mitch oferuje jej swoją pomoc. Mara pragnie go od siebie odepchnąć, przekonana, że ten nie wie, w co się pakuje, ale Mitch tylko mocniej próbuje przekonać Marę, aby dała im szansę i odcięła się od tego, co powstrzymuje ją przed szczęściem. Zakochuje się nie tylko w niej, ale i dzieciakach. Niestety za rogiem czyha niebezpieczeństwo i wkrótce Mitch będzie musiał chronić ją przed bezwzględnymi przestępcami.

"Idealny Mężczyzna" to już trzeci tom serii "Mężczyzna Marzeń", chociaż dla mnie jest to pierwsze spotkanie z twórczością Kristen Ashley. Z tego co mi wiadomo, już w poprzednich tomach mieliśmy okazję poznać głównych bohaterów tej części. Ja skusiłam się na nią ze względu na bardzo dobre notowania na Goodreads, a poza tym, zaciekawił mnie opis tej książki i zapragnęłam ją sprawdzić. Zapowiadał się romans z wątkiem kryminalnym, na który miałam akurat ochotę, więc bez chwili wahania się na tę książkę zdecydowałam. Ale czy było warto?

Mara... Mara to bardzo skomplikowana postać. Na początku nie mogłam się do niej przekonać, tak właściwie to przez większość tej książki byłam do niej dość sceptycznie nastawiona. Autorka z początku kreowała ją jako nieśmiałą, zamkniętą w sobie i można się było domyślić, że jej przeszłość była skomplikowana i odcisnęła na niej mocne piętno. Ale to nie to mnie w niej odepchnęło, a fakt, że ona cały czas oceniała ludzi w skali od jednego do dziesięciu. Kto normalny ocenia każdego napotkanego człowieka, bazując na ich wyglądzie, zachowaniu, relacjach, czy sposobie życia, za pomocą skali? To zdecydowanie nie było normalne i tylko utwierdziło mnie w tym, że Mara jest postacią bardzo, bardzo zakompleksioną i niepewną siebie, a jej przeszłość widocznie namieszała jej w głowie. Czasami sięgało to już za daleko i miałam ochotę potrząsnąć nią, żeby wreszcie otworzyła oczy na to, co dzieje się wokół niej. Co prawda Mara z czasem się zmieniła, głównie za pomocą Mitcha, ale to nie zmienia faktu, że przez dobre kilkaset stron doprowadzała mnie swoim zachowaniem do białej gorączki. Ale poza tym jest dobrą osobą i ciotką dla Billie oraz Billy'ego, zawsze stawiała ich dobro na pierwszym miejscu, za co zdobyła mój szacunek.

Mitch również nie jest idealny, ale polubiłam go o wiele bardziej, niż naszą główną bohaterkę. To taki typowy samiec alfa, atrakcyjny, męski i od lat był zauroczony Marą, chociaż czekał, aż ta będzie na niego gotowa. Podziwiam jego determinację by ją zdobyć i przekonać, że razem mogą stworzyć coś dobrego, bo ja na jego miejscu już dawno uciekłabym gdzie pieprz rośnie. Potrafił być ostry i szczery do bólu, zwłaszcza z Marą, która miała skłonności do absurdalnego zachowania. Normalnie pewnie byłabym oburzona, że momentami traktował Marę chamsko, ale ten facet miał stuprocentową rację, gdy mówił, że "ma głowę schowaną w piasek tak głęboko, że chyba cudem jest w stanie oddychać". Bo tak było, a on jedyny miał jaja jej powiedzieć, gdy zachowywała się niedorzecznie.

Relacja Mitcha i Mary mnie jednocześnie rozbawiała i frustrowała. Ich rozmowy polegały głównie na tym, że to on gadał, nie dając jej dojść do słowa. Czasami zastanawiałam się dlaczego on nigdy nie czeka na jej odpowiedź, ale wtedy on ją o coś pytał i jedyne co z niej wychodziło to "E...", "Ja...", "Ale...". To było zabawne, ale do czasu. Potem mnie już tylko zaczęło irytować. Drugą sprawą jest to, że na początku większość ich relacji polegała na tym, że Mitch robił coś bez wcześniejszego uzgodnienia tego z Marą, a potem ona się na niego wściekała i się kłócili. I tak w kółko. Całe szczęście, że kiedy Mara wreszcie zaczęła się przed nim otwierać, to nauczyli się ze sobą współpracować i okazało się, że tak naprawdę tworzą bardzo dobry zespół. Pomimo tych kilku irytujących aspektów, to bardzo ich polubiłam jako parę i koniec końców przyjemnie czytało mi się ich historię.

Światełkiem w tej książce były dzieci kuzyna Mary, Billa, Billie oraz Billy - tak, dokładnie takie są ich imiona. Ich ojciec przez większość ich życia ich zaniedbywał, był narkomanem, pijakiem, a na dodatek wszedł w zamieszki z rosyjską mafią i innymi dilerami. Pewnego dnia dzieciaki uciekają z domu, a właściciel sklepu dzwoni do Mary, gdyż podają ją za prawną opiekunkę. Gdy do Mary dociera, że w domu Billa dzieje się coraz gorzej, a dzieciaki głodują, zabiera ich do siebie i postanawia zawalczyć o prawną opiekę. Bolało mnie serduszko, gdy tak czytałam, że musieli przejść przez tak wiele, mając tylko kilka lat. Żadne dziecko nie zasługuje, by głodować, chodzić w za małych, dziurawych ubraniach i nie otrzymywać żadnej miłości. Cieszę się, że mieli jeszcze Marę, która bezgranicznie ich kochała. Zresztą, Mitch również bardzo szybko się do nich przywiązał. Sceny z nimi wszystkimi były takie ciepłe, rodzinne i wzruszające, zdecydowanie był to mój ulubiony aspekt książki.

Muszę powiedzieć, że po takiej cegiełce (ponad 500 stron) spodziewałam się dużo akcji, zwłaszcza, że zapowiadał się wątek kryminalny. Niestety pod tym względem trochę mnie książka zawiodła, bo niby coś tam się pojawiało, ale ciągle wyczekiwałam prawdziwej, mrożącej krew w żyłach akcji. Działo się trochę pod koniec, ale trwało to tylko ze trzy rozdziały i zaraz odeszło w zapomnienie. Wątek rosyjskiej mafii został potraktowany po macoszemu i nie wiem dokładnie jaki był jego cel. W książce zabrakło trochę tego dramatyzmu.

"Idealny Mężczyzna" było lekturą przyjemną i na początku nawet mnie wciągnęła. Trochę zbyt bardzo się ciągnęła przez te pięćset stron, ale to nie zmienia faktu, że historia tych bohaterów umilała mi popołudnia i nie żałuję, że się na nią zdecydowałam. Główna bohaterka co prawda nie została moją faworytką, ale nadrobiła to postać Mitcha oraz dzieciaków. Historia jest humorystyczna, ciepła, porusza kilka ciężkich tematów. Kristen Ashley świetnie rozwija akcję i bohaterów, więc jeśli szukacie takiego przyjemnego, uroczego romansu, to ten powinien się sprawdzić. Nie jest to książka, która was porwie, ale idealnie nada się na relaks.




KRISTEN ASHLEY - Urodzona w Gary, w stanie Indiana, USA. Wychowywała się w wielopokoleniowej rodzinie, wypełnionej muzyką, ubraniami, miłością. Obecnie mieszka w Phoenix. Pracowała jako dyrektor charytatywny przez osiemnaście lat, po czym rozpoczęła swoją niezależną karierę pisarki. Obecnie jest autorką na pełen etat. Jest bestsellerową autorką takich książek jak Tajemniczy Mężczyzna, Niepokorny Mężczyzna oraz Idealny Mężczyzna.




Tytuł: Idealny Mężczyzna
Autor: Kristen Ashley
Tytuł w oryginale: Law Man
Seria: Mężczyzna Marzeń. Tom 3
Data premiery: 20 lutego 2019
Liczba stron: 543
Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat! 





Czytaj dalej »

Nowa odsłona serii Lux!


Już od jakiegoś czasu Wydawnictwo Filia robiło wzmianki, że szykuje się nowa odsłona serii Lux Jennifer L. Armentrout. Jako, że jest to jedna z moich ukochanych historii, Daemon oraz Kat posiadają moje serducho, to osobiście nie mogłam się doczekać, aż wyjdzie nowa wersja. W zeszłym tygodniu Wydawnictwo wreszcie zdradziło ich wygląd, a ja postanowiłam, że się nimi z wami podzielę. Premiera tych cudowności już 17 kwietnia!

Oni nie są tacy jak my…

Kiedy przeprowadziliśmy się do Zachodniej Wirginii, zanim zaczęłam mój ostatni rok w szkole, musiałam przyzwyczaić się do dziwacznego akcentu, rwącego się łącza internetowego i całego morza otaczającej mnie nudy... Aż do momentu, kiedy spotkałam mojego nowego, wysokiego sąsiada o niesamowitych, zielonych oczach. Wtedy sprawy zaczęły obierać zupełnie inny kierunek...

Ale kiedy zaczęłam z nim rozmawiać zrozumiałam, że Daemon jest wyniosły, arogancki i doprowadza mnie do szału. Zupełnie nam nie po drodze. Zupełnie. Jednak kiedy prawie nie zginęłam, a Daemon dosłownie zamroził czas, cóż... stało się coś zupełnie niespodziewanego…

Wpadłam w kłopoty, groziło mi śmiertelne niebezpieczeństwo. Jedyną szansą, żebym wyszła z tego cało, było trzymanie się blisko Daemona, aż przygaśnie blask…Jeśli oczywiście sama go wcześniej nie zabiję.


I co sądzicie? Jak wam się podobają te nowe odsłony? Ja jestem nimi zachwycona, bo nie byłam największą fanką tych pierwszych okładek. Ich grzbiety prezentują się cudownie na półce, ale jeśli chodzi o parę na okładkach, to zupełnie nie pasuje mi ona do wyobrażenia Kat i Daemona. Tutaj mamy swoje pole do popisu i takie minimalistyczne okładki pasują mi do tej serii bardziej. A wam które podobają się bardziej? Dla porównania wstawię wam jeszcze stare odsłony:


Piszcie w komentarzach, co sądzicie i czy macie zamiar nabyć nową odsłonę!
Czytaj dalej »

czwartek, 14 marca 2019

Kate McCarthy - Walcząc o Odkupienie


Ryan Kendall już od dziecka miał ciężkie życie. Wie, co to przemoc, strata bliskiej, ukochanej osoby i wie, jak to jest, gdy się kogoś zawodzi. Przez całą swoją młodość pragnął tylko jednej osoby - Finlay Tanner, siostry swojego najlepszego przyjaciela, Jake'a. Ta słodka dziewczyna, z którą dorastał, była obiektem jego marzeń odkąd sięgał pamięcią, ale nie mógł jej mieć. Wierzył, że ona zasługuje na kogoś lepszego, że musiał ją chronić przed sobą samym. W wieku dziewiętnastu lat zaciągnął się do wojska, do Australian Army, a po latach wykończających, intensywnych treningów, został żołnierzem, walczącym za innych. Walka w imię kraju ze swoim przyjacielem u boku była sensem jego życia przez sześć lat, podczas których nie widział, ani nie rozmawiał z Fin. Jednak nieważne jak bardzo chciał zostawić ją w swojej przeszłości, było to wręcz niemożliwe. Bo ona zawsze pojawiała się w jego myślach.

Teraz, sześć lat później, gdy Ryan i Jake wracają do domu i zamieszkują w domu Fin, oboje będą musieli stanąć w obliczu odradzających się uczuć. Niestety, czasem miłość nie wystarczy, aby  uleczyć głęboko zakorzenione rany. Czasem ludzi takich jak Ryan, których złamało życie, nie można już uleczyć.

O książce "Walcząc o Odkupienie" naczytałam się ogrom pozytywnych rzeczy zanim wzięłam się za jej lekturę. A że osobiście uwielbiam powieści z motywem wojny, takie jak chociażby "Consolation" Corinne Michaels, czy seria "Odważmy się kochać" Rebecci Yarros, to już po przeczytaniu opisu tej książki wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nie będę ukrywać, że się jej obawiałam, bo wiele innych czytelniczek mówiło, że to książka na której wylewa się rzewne łzy. Dlatego też musiałam być na nią gotowa psychicznie. I rzeczywiście - historia, którą przedstawiła Kate McCarthy była mocna, łamiąca serce, niezapomniana.

Jesteś wszystkim, co widzę. Nic nie jest dla mnie piękniejsze od ciebie. Nikt nigdy nie pokocha cię tak, jak ja cię kocham.

Ryan Kendall to bohater bardzo poturbowany przez życie, zagubiony w swoim bólu i cierpieniu. Wychowywał się w rodzinie, która przynosiła mu więcej cierpienia i poczucia winy, niż szczęścia i miłości. Nie mógł się doczekać, aby od niej uciec. Tragiczne wydarzenia z młodości, o których nie mówił nikomu przez całe swoje życie, zjadały go od środka przez długie lata. Na wojnie oglądał jak na jego oczach umierają tysiące ludzi, czy to nieznajomi, czy jego przyjaciele. Na swoich dłoniach nosił krew drugiego człowieka. Przez całe swoje życie marzył, aby zostać żołnierzem i kiedy wreszcie mu się to udało, nic nie miało mu stanąć na drodze. Postać Ryana tak bardzo łamała mi serce, bo to człowiek tak pełen bólu, którego nie życzyłabym nawet największemu wrogowi. Chociaż wielokrotnie doprowadzał mnie do białej gorączki i frustrował tym, że w pewien sposób bawił się uczuciami Fin, to jednocześnie bardzo dobrze rozumiałam, że to cierpienie zmieniło go w takiego człowieka. Człowieka, który był przekonany, że nie zasługuje na miłość i szczęście. Jego czyny, chociaż frustrujące, pochodziły z tego, że myślał, że robi dobrze. Poświęcał swoje serce dla Fin, pragnąc, aby spełniała swoje marzenia i była szczęśliwa i kochana, nawet jeśli nie byłoby to u jego boku. Podziwiałam jego odwagę, męstwo i gotowość do poświęcenia, oddania życia dla drugiego człowieka.

Jesteś najsilniejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałam, ale kiedyś ktoś bardzo mądry i odważny powiedział mi, że to ci najsilniejsi upadają najmocniej. Możesz mi zaufać, Ryan. Odpuść. Będę tam, żeby Cię złapać. Zawsze będę przy Tobie.

To Fin zawsze była jego światełkiem w tunelu. Słodka, piękna, miła, trochę niezdarna, siostra jego najlepszego przyjaciela, do której zawsze potajemnie wzdychał. Również Finlay od zawsze kochała się w Ryanie, ale strach przed odrzuceniem nie pozwolił jej wyznać mu swoich uczuć. Gdy zaciągnął się do wojska, złamał jej serce i wtedy też postanowiła, że ułoży sobie życie bez niego. Związała się z miłym chłopakiem, znalazła stałą pracę i była względnie szczęśliwa, do czasu kiedy Ryan nie wrócił do jej życia, sprawiając, że zaczęła kwestionować wszystkie swoje wybory. Z wielką łatwością wkręciłam się w historię jej życia i to sprawiło, że przeżywałam wszystkie jej rozterki z potężną siłą. Kiedy łamało się jej serce, czułam się tak, jakby to mi ktoś grzebał w klatce piersiowej i mocno ściskał. Żałuję tylko, że książka nie była opowiedziana z perspektywy pierwszej osoby, bo myślę, że wtedy ta przygoda byłaby jeszcze lepsza, jeszcze intensywniejsza.


Historia miłosna Fin i Ryana jest pełna bolesnych zawirowań. Obserwujemy jak młodzieńcza, trochę szczenięca miłość przez lata rozwija się w coś poważnego, pięknego. Kiedy przeczytałam prolog tej historii, serce mi stanęło i przeraziłam się tego, jak wszystko się potoczy. Musiałam zwalczyć chęć odłożenia książki i wrócenia do niej za jakiś czas, bo byłam przerażona, że autorka złamie mi serce na kawałeczki. I rzeczywiście tak było, ale ich historia była tego warta. Kate McCarthy ukazała nam, jak ich miłość wzrastała w sposób cichy, niewypowiedziany, ale tak piękny. Jak jako dzieci i nastolatkowie wzdychali do siebie z oddali, a potem jako dorośli musieli walczyć ze swoimi demonami, z problemami, które stały między nimi, aby wreszcie dać szansę ich miłości. Ich historia była piękna, ale tak bardzo bolała. Każda scena, każde słowo było przepełnione emocjami i przez to czytanie tej powieści za jednym posiedzeniem było praktycznie niemożliwe. Musiałam robić sobie przerwy na odpoczynek, bo czasami byłam przytłoczona tym smutkiem i tragedią.

Gdy jesteś blisko, zatracam się w tobie, w twoim uśmiechu, twoich oczach, sercu. I choć nigdy nie byliśmy razem, zawsze byłaś moja. Nawet jeśli nie uda mi się ciebie zatrzymać, pozostaniesz moja.

Wiele osób wspominało o tym, że to książka, do której trzeba mieć przygotowane chusteczki, ale tak naprawdę udało mi się znieść ją dobrze (jak na mnie i moje skłonności do wycia na każdej emocjonalnej scenie). Bo chociaż historia mnie poruszyła, to nie tak intensywnie, jak się tego spodziewałam. Chociaż wątkiem głównym jest tu miłość Ryana i Fin, to mnie tak naprawdę najbardziej interesowały te sceny na wojnie, jakie autorka wplotła w fabułę. A już zwłaszcza te, które zawierały Jake'a, bo ten facet skradł moje serce swoją dobrocią, humorem i miłością do siostry, przyjaciół. Nawet teraz, pisząc tę recenzję, mam łzy w oczach, bo to jego historia najbardziej złamała moje serce. Była w tej książce taka jedna scena, która mnie zdruzgotała i sprawiła, że zamknęłam książkę i potrzebowałam chwili dla siebie. Zalałam się wtedy łzami i wręcz czułam, jak łamie mi się serce. To był jeden, jedyny raz, kiedy rozpłakałam się podczas lektury "Walcząc o Odkupienie", ale na długo zapadnie mi ten fragment w pamięci.


Wojna odebrała życie już tylu ludziom i nadal to robi. Czytanie książek o tej tematyce zawsze mnie bardzo porusza, bo uważam, że są ważne i otwierają oczy na tą przykrą, tragiczną rzeczywistość, z jaką my żyjemy. Podoba mi się to, że autorka wplotła w fabułę także fragmenty z innymi żołnierzami, czy to podczas treningów, czy akcji w Afganistanie. To był mój ulubiony aspekt tej książki, bo był taki prawdziwy i szokujący, a jednocześnie cieszę się, że autorka dała mi szansę na poznanie kolegów Ryana. Polubiłam zwłaszcza Kyle'a, który był wielkim oparciem zarówno dla Ryana i Jake'a, jak i dla Fin. Sceny z tymi chłopakami dawały mi chwilę na wytchnienie, bo były pełne żartów, przekomarzań, głupich dowcipów i sprawiały, że się uśmiechałam. I tak naprawdę żałuję, że nie było ich więcej.

Nieważne ile żyjesz - biliony lat czy niecałe trzydzieści. Liczy się to, jak jasno przez cały ten czas świecisz.

Moim jedynym problemem z tą książką, i za to też obniżyłam jej ocenę, było to, że wszystko tutaj działo się tak szybko. Fabuła jest tak rozległa w czasie i ciągle skacze między wydarzeniami sprzed lat, do teraźniejszości, a nawet przyszłości, że czasami mnie to gubiło. Zdecydowanie nie było czasu na nudę, bo działo się wiele, ale niestety autorka nawrzucała dużo szokujących fragmentów, które zaraz znikały w natłoku kolejnych. W jednej chwili płakałam na wyżej wspomnianej scenie, a zaraz musiałam radzić sobie z czymś innym, nie mając czasu, żeby przetrawić wszystko co się wydarzyło. Żałuję, że autorka nie poświęciła czasu na trochę głębsze opisanie niektórych sytuacji. Nie mówię, że wszystkiego, bo wtedy książka by się ciągnęła, ale tych najważniejszych fragmentów. Czasami zdarzało się, że budowane było napięcie, po to, żeby je nagle urwać i potem przechodziło ono w zapomnienie. Styl pisania autorki jest piękny i wciągający, prowokuje reakcję u czytelnika, ale niestety niektóre wydarzenia były zbytnio pośpieszone i przez to wypadały nienaturalnie. To samo tyczy się relacji między Fin a Ryanem, bo trochę zaskoczyło mnie to, jak szybko rozwinęło się uczucie między nimi, gdy Ryan powrócił do domu. Nie mówię, że było łatwo, ale zważywszy na to, że żadne z nich nigdy nie wyznało drugiej osobie, że uważa go za kogoś więcej, niż przyjaciela, to zaskakująco szybko przeszli do fazy, w której wyznawali sobie miłość. Takie przeskakiwanie między datami i robienie dużych przerw czasowych trochę zbiło mnie z tropu.



Pomimo tego, że książka może nie była idealna, to bez dwóch zdań przyniosła mi wiele wrażeń i emocji. Co prawda bardziej poruszyła mnie historia bohaterów drugoplanowych, ale to nie oznacza, że nie podobała mi się historia miłości Fin i Ryana. Bo ta była pełna poświęceń, wyrzeczeń, zrozumienia, a bohaterowie byli swoimi bratnimi duszami i to było widać. Wiecie, ta historia uderzyła we mnie tym, że nawet najsilniejsi z nas upadają, i to upadają mocno. Że życie uczy nas najmocniej w czasie tragedii i cierpienia, a tak naprawdę najcięższą walką jest walka o samego siebie, o wybaczenie sobie swoich własnych błędów, o akceptację swoich wad. Miłość Fin i Ryana pokazuje, że może nie zawsze druga osoba będzie w stanie nas uleczyć, ale przynajmniej będzie dla nas oparciem w czasie, gdy jedyne czego zapragniemy, to się poddać. I że być może czasami tylko to wystarczy. "Walcząc o Odkupienie" może i nie poruszyło mnie tak, jak się spodziewałam, ale to nie oznacza, że żałuję jej przeczytania. Bo zdecydowanie nie żałuję. Ta historia była surowa, bolesna, tragiczna, sprawiła, że przez większość czasu czułam się smutna i prawie wykończyła mnie psychicznie, ale jednocześnie otworzyła mi oczy na wiele spraw, a przede wszystkim dała również nadzieję. Bo bez nadziei co nam pozostaje w życiu? Nic.




KATE MCCARTHY - Dorastała w małym australijskim mieście położonym za Port Macquarie. Dorastając w domu przy plaży, Kate cieszyła się spokojem i wieloletnimi przyjaźniami, które gwarantowało jej życie w niewielkim miasteczku. Obecnie mieszka w Brisbane, mieście w stanie Queensland, gdzie pracuje jako księgowa, jednocześnie piekąc weselne torty i pisząc. Jest mężatką, ma dwójkę dzieci i dwa psy. Mieszka w domu na przedmieściach, otoczona gronem bliskich przyjaciół, którzy pomagają jej zachować zdrowe zmysły, oraz rozsianą po całym kraju rodziną.



Tytuł: Walcząc o Odkupienie
Autor: Kate McCarthy
Tytuł w oryginale: Fighting Redemption
Data premiery: 20 lutego 2019
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 321
Ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe!





Czytaj dalej »

niedziela, 10 marca 2019

Penelope Ward - Mieszkając z Wrogiem


Amelia i Justin byli najlepszymi przyjaciółmi jako dzieci, spędzali ze sobą każdy dzień. Niestety coś ich wtedy poróżniło i przez niemal dekadę nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Gdy umiera babcia dziewczyny, zostawia jej w spadku biżuterię i połowę domu. Natomiast druga połowa przypada Justinowi, którego jej babcia uważała niemal za swojego wnuka. Spotykają się po latach, gdy razem zamieszkują w domu na okres letni. Niestety ich spotkanie okazuje się być koszmarem - Justin szczerze nienawidzi obecności Amelii, na każdym kroku z niej drwi, dokucza jej, albo lekceważy. Dziewczyna Justina, Jade, próbuje ich ze sobą pogodzić, ale nic nie działa. Amelię boli jego zimne zachowanie, bo jedyne czego pragnie, to odzyskać swojego najlepszego przyjaciela, ale żeby do tego doszło, najpierw musi mu wytłumaczyć wszystko, co wydarzyło się lata temu. A Justin nie ma ochoty jej słuchać, nie chce nawet przebywać w jej towarzystwie. Wspólne mieszkanie pod jednym dachem stawało się z dnia na dzień nie do wytrzymania. Ale w końcu sprawy nabierają zupełnie niespodziewanego obrotu i być może Justin i Amelia nie będą mieli wyjścia, jak spróbować się dogadać...

Nie mogłam się doczekać przeczytania "Mieszkając z Wrogiem", a jednak umyślnie odkładałam ją w czasie, bo się jej obawiałam. Czytałam już wcześniej książki Penelope Ward i bardzo mi się podobały, a jednak coś w tej pozycji sprawiło, że musiałam się na nią psychicznie przygotować. Romanse, które zaczynają się od nienawiści, zawsze były jednymi z moich ulubionych, ale zdawałam sobie sprawę, że w tym równaniu jest jeszcze jedna dziewczyna, a to już nie tylko stąpanie pomiędzy nienawiścią, a miłością, ale też między wiernością, a zdradą. Ale chociaż miałam chwile zawahania i bałam się, jak sobie autorka tu z wszystkim poradzi, to ta książka wciągnęła mnie niemal natychmiast.

Historia Justina i Amelii to nie tylko romans od nienawiści do miłości, ale przede wszystkim historia przyjaciół z dzieciństwa. Autorka wstawiła między rozdziałami kilka słodkich scen sprzed kilku lat, dając nam szansę na poznanie ich jeszcze zanim wszystko się zepsuło. Od sceny ich pierwszego spotkania, gdy byli dzieciakami, przez kilka kolejnych lat, gdy rozwijała się między nimi piękna przyjaźń, a także coś więcej. Już otwierające zdania książki przyciągają uwagę, bo dowiadujemy się, że oboje zostają współwłaścicielami domu babci Amelii, chociaż od lat się nie widzieli, ani ze sobą nie rozmawiali. Gdy wreszcie doszło pomiędzy nimi do spotkania, wiedziałam, że przepadłam. Bo chociaż Justin wyraźnie pałał do niej nienawiścią, a ja nie miałam zielonego pojęcia, co wydarzyło się lata temu, to gołym okiem można było wyczuć, że między nimi ciągle coś jest.

"Albo mi ufasz, albo nie. Zaufania się nie da stopniować. Nie da się ufać tylko trochę. Albo nim kogoś obdarzasz, albo nie."

Justina poznajemy jako chamskiego dupka, który traktuje Amelię jak zarazę. I chociaż jego zachowanie na początku było dziecinne, to kiedy wreszcie poznaliśmy co wydarzyło się lata temu, potrafiłam zrozumieć dlaczego tak reagował. Ja pewnie miałabym w sobie równie dużo nienawiści i bólu, będąc na jego miejscu. Potrzebowałam trochę czasu żeby się do niego przekonać i chociaż nie oszalałam na jego punkcie, to się polubiliśmy. Zwłaszcza w drugiej połowie książki, gdy wreszcie otworzył oczy na niektóre wydarzenia. Natomiast Amelia była świetną bohaterką i miałam wrażenie, że na te kilka godzin znikam w jej świecie i współodczuwam wszystko, przez co przechodzi. Łamało mi się serce razem z nią, gdy musiała znosić prześmiewcze i nienawistne zachowanie Justina, podczas gdy jedyne czego pragnęła, to odzyskać swojego najlepszego przyjaciela. Bolało mnie, kiedy uderzyła w nią pewna zmieniająca życie wiadomość i została ze wszystkim sama. Ale też miałam do niej ogromny szacunek, bo znosiła wszystko jak profesjonalistka i nigdy się nie poddała, nawet gdy było bardzo ciężko.

Nie trzeba być spostrzegawczym, żeby się domyślić w którą stronę w romansach rozwijają się relacje rozpoczynające się od nienawiści. A już zwłaszcza między ludźmi, którzy mają tak ważną wspólną historię. I tutaj tego bardzo się bałam, bo jak wspomniałam wyżej, była jeszcze Jade, dziewczyna Justina. Którą, swoją drogą, również polubiłam i chyba pierwszy raz od bardzo dawna trafiłam na książkę, w której dziewczyna głównego bohatera nie była kreowana na wariatkę. Właściwie była bardzo miła, przyjazna i naprawdę zależało jej na Justinie, a poza tym polubiła się z Amelią. Związek Jade i Justina mi się tutaj w ogóle nie podobał (ale to już tylko i wyłącznie moja osobista preferencja), bo z jednej strony niezbyt przyjemnie czytało mi się jak uprawiają seks, a główna bohaterka musi ich słuchać, a z drugiej naprawdę było mi szkoda Jade, gdy zaczęło się robić jasne, że pomiędzy Justinem, a Amelią nadal coś jest. Całe szczęście, że nie doszło do zdrady i główny bohater miał na tyle oleju w głowie, żeby się nie poddać pokusie, ale właśnie - pokusa była i to bardzo silna. Mam wrażenie, że główni bohaterowie ciągle balansowali na granicy zdrady, a to było nie w porządku. Może pod względem fizycznym nic się nie wydarzyło, ale zdecydowanie ich do tego ciągnęło i naprawdę nie rozumiem dlaczego Justin tak długo ciągnął sprawy z Jade, wiedząc, że zaprowadzi ich to donikąd.

"Nauczyłeś mnie, że miłość nie polega na słowach. To konkretne działania. Okazywałeś mi swoją miłość tym, jak na mnie patrzysz, jak mnie traktujesz [...]"

Ta książka to ledwie trzysta stron, a dzieje się w niej tak wiele rzeczy, że nawet nie będę w stanie ich tutaj wszystkich poruszyć. Sprawa z Jade to tak naprawdę tylko ziarenko tej historii, więc na szczęście nie zdążyła mnie do niej zniechęcić. Książka podzielona jest na dwie części, które nie mogłyby się od siebie bardziej różnić. Zupełnie się nie spodziewałam kierunku, jaki obierze ta historia. Oczekiwałam namiętnego, gorącego romansu o byłych przyjaciołach, którzy się poróżnili, ale nadal mocno siebie pragną, ale jakoś w drugiej połowie książki historia obrała obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Zniknęło rozbawienie wywołane kłótniami między głównymi bohaterami, a stało się o wiele poważniej i po prostu musiałam walczyć ze łzami wzruszenia. Nie zrozumcie mnie źle, napięcia seksualnego nie zabrakło, ale historia miała już inny wydźwięk. Podczas gdy w pierwszej części bohaterowie odnawiali swoją relację, trochę dreptali wokół siebie na paluszkach i skrywali swoje pragnienia, tak w drugiej zrzucona została bomba i wszystko się zmieniło. I dlatego druga część o wiele bardziej mi się podobała - była poważniejsza i moim zdaniem, o wiele ładniejsza.

"Bez ciebie nie ma żadnej muzyki. Muzyka to forma wyrazu dla wszystkich tych rzeczy, dla których żyjesz... odbicie paski wypełniającej twoją duszę. A ja żyję dla ciebie. To ty jesteś moją pasją. Jesteś moją muzyką..."

Chociaż "Mieszkając z Wrogiem" to na pewno nie jest książka wolna od wad, to czytało mi się ją przyjemnie. Główni bohaterowie naprawdę długo wokół siebie tańczyli i czasami miałam ochotę zamknąć ich razem w pomieszczeniu, żeby zaczęli gadać, ale z drugiej strony może to dobrze? W książce dzieje się tak wiele rzeczy, że nie ma czasu na nudę, więc przez kolejne strony się praktycznie płynie. Może osobiście rozwinęłabym niektóre wątki trochę bardziej, ale znowu - to tylko moje osobiste preferencje. Z tego typu książkami bardzo łatwo jest przegiąć i pójść w złą stronę, ale na całe szczęście Penelope Ward nie przegięła i mnie nie zawiodła. Sprawy, których się obawiałam, rozwiązała w dobry i przemyślany sposób, i chociaż nie jestem fanką wszystkich wątków, to jestem zadowolona. Relacja Justina i Amelii zdecydowanie trzyma w napięciu i frustruje, ciągle coś się dzieje, pojawiają się nowe problemy i tak naprawdę nigdy nie wiemy jak to się dalej między nimi potoczy, ale to właśnie sprawiło, że nie mogłam się od tej lektury oderwać. Jeśli szukacie dobrego romansu z wątkiem hate-love, to ten z pewnością wam się spodoba. Polecam!

PENELOPE WARD to autorka jedenastu powieści zajmujących wysokie miejsca na listach bestsellerów czasopism „New York Times”, „USA Today” i „Wall Street Journal”. Jej książki sprzedały się w liczbie ponad miliona egzemplarzy. Jej czwarta powieść, Przyrodni brat, zajęła pierwsze miejsce na liście serwisu Amazon za rok 2014 w kategorii niezależnie publikowanych książek w wersji elektronicznej. Penelope jest dumną mamą pięknej dwunastoletniej córki, u której zdiagnozowano autyzm (i która stanowiła inspirację dla postaci Callie w powieści Gemini), oraz dziesięcioletniego syna. Mieszka w stanie Rhode Island razem z mężem i dziećmi. Życie Penelope kręci się wokół czytania książek z gatunku new adult/współczesny romans, kawy i weekendowych spotkań z przyjaciółmi i rodziną.

Tytuł: Mieszkając z wrogiem
Autor: Penelope Ward
Tytuł oryginału: RoomHate
Data premiery: 8 stycznia 2019
Wydawnictwo: Editio.Red
Liczba stron: 314
Ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio.red!





Czytaj dalej »

środa, 6 marca 2019

Brittainy C. Cherry & Kandi Steiner - Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele


Bestsellerowe autorki Brittainy C. Cherry i Kandi Steiner po raz pierwszy jednoczą siły w tym niezwykłym, pełnym emocji połączeniu prozy i poezji. Pisane przez niemal dwa lata Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele są intymnym i szczerym zbiorem kobiecych emocji we współczesnym świecie, który często pozostaje głuchy i obojętny na uczucia.

Mówiąc o takich wartościach jak miłość, strata i nadzieja, Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele jest podróżą ku poznaniu i uleczeniu złamanych serc.

To również list. Do Was, do nich, do nas – do świata. Nieważne, czy jest jasny, słoneczny dzień gdy wszystko wydaje się doskonałe, czy też mroczna, ponura, deszczowa noc, pełna przytłaczającej bezradności. Przeżyjecie to, przetrwacie, czując wszystkie te chwile – i te błogie, jak i te pełne bólu.

Do wszystkich, którzy nię lękają się uczuć, do odważnych dusz, które wsłuchują się w bicie swoich serc i nie obawiają się zwrócić ku komuś, jeśli czują, że ich serca biją tym samym rytmem. Do dziewczyn i chłopaków. O miłości którą czasem dzielimy, i miłości, którą zbyt często skrywamy.

I ponad wszystko – to do Ciebie, drogi czytelniku.

Chyba każdy z nas wie jak to jest czasami czuć zbyt wiele emocji i zupełnie nie wiedzieć, jak sobie z nimi poradzić. Każdy z nas od czasu do czasu czuje się przytłoczony rzeczywistością, otaczającym nas światem, który z dnia na dzień zaskakuje, rani i zadziwia. Nie potrafi odnaleźć się w szybko uciekającym czasie, popada z jednej skrajności w drugą i czuje się tak, jakby nie było nawet jednej osoby na świecie, która go rozumie. Ta książka jest skierowana właśnie w stronę takich osób. W stronę tych, który na co dzień ubierają maskę, bo czują, że nie są rozumiani, a ich emocje są powodem do wstydu. Sięgając po tej tytuł, wiedziałam, że to coś, co trafi w moje uczucia - bo ja również jestem jedną z tych osób. A to właśnie słowa są dla mnie najlepszą formą ekspresji moich emocji i odczuć.

Ja i poezja zdecydowanie nie płyniemy na tej samej fali. Właściwie to jesteśmy jak ogień i woda. Przebrnięcie przez poezję omawianą w szkole to zawsze była dla mnie masakra, więc co takiego skłoniło mnie do sięgnięcia po "Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele"? Otóż odpowiedź jest prosta - nazwisko Brittainy C. Cherry, jednej z niewielu autorek, które słowem potrafią się posługiwać tak pięknie, że nigdy nie potrafię wyjść z podziwu. Zresztą to nie tak, że ja w ogóle nie sięgam po współczesną poezję. U mnie na półce znajduje się kilka tomików, które są bardzo dobre i chętnie do nich wracam. Jestem świadoma, że ludzie dzielą się na zwolenników oraz na tych, którzy nie lubią współczesnej poezji, nazywając ją płytką i w pewien sposób wyśmiewając. O "Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele" zdecydowanie nie można tego powiedzieć - wiersze napisane są przez dwie silne kobiety, które chcą za ich pomocą uczcić życie, miłość, odwagę i uczucia.

Nawet w najgorsze dni:
Kiedy nie jesteś w stanie kontrolować swoich myśli.
Kiedy łzy są szybsze niż wdechy.
Kiedy twój umysł cię okłamuje i mówi, że nic nie znaczysz.
On z tobą zostanie.
Ten, który jest ci przeznaczony, zawsze zostanie.
A jeśli nie:
Moja słodka.
Królowo nad królowe.
Daj
Mu
Odejść.
Nawet w
-B

Wiersze poruszają tematykę życia, samoakceptacji i miłości, ale są czymś więcej niż zbiorem prozy i poezji. To tak naprawdę krótkie momenty naszego życia, zwieńczone w kilku prostych słowach. Czytając je, miałam wrażenie, że oglądam zdjęcia i wracam myślami do wspomnień, jakie ukształtowałam. A może wybiegam w przyszłość z pragnieniem, by kiedyś je przeżyć. "Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele" to tak naprawdę była przejażdżka przez lawinę moich uczuć - przez cierpienie, szczęście, miłość. Jasne, nie z wszystkimi wierszami poczułam połączenie. Ale jestem pewna, że w przyszłości, kiedy wrócę do tego tomiku, za każdym razem będę odbierać go inaczej. W końcu na tym polega poezja - za każdym razem odbieramy ją inaczej, a wszystko zależy od tego, w jakim momencie życia aktualnie jesteśmy.

Czytanie tych wierszy uświadomiło mi, że na świecie są tysiące ludzi, którzy codziennie czują to samo co ja. Że nie jestem sama ze swoimi uczuciami i nie muszę się ich wstydzić, nie ważne co mówi społeczeństwo i jakie są normy. Brittainy i Kandi malują słowami bardzo ważne przesłania i łączą nimi czytelników. Kobiety na całym świecie znajdą tu cząstkę siebie. Bałam się, że będę miała trudności z interpretacją, ale autorki posługują się tak prostym, a jednocześnie ujmującym stylem, że z łatwością zrozumiałam ich przekaz. Co prawda żaden wiersz nie poruszył mnie na tyle, żebym odczuła go całym sobą, ale wiele z nich uderzyło mnie tym, jaką prawdę skrywają.

Jak pięknie jest być człowiekiem.
Że możemy zasypiać,
topiąc się
we łzach
i bólu,
ale obudzić się wraz z kolejnym świtem,
w nowy dzień,
z suchymi oczami.
Człowiek
-K

Myślę, że tutaj na ogromną uwagę zasługuje oprawa graficzna, bo jest prześliczna i zapierająca dech w piersiach. Nie jestem pewna kto za nią odpowiada, ale do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Być może to dlatego, że uwielbiam malarstwo akwarelowe, a tutaj przewijały się właśnie takie obrazki. Ale uzupełnienie wierszy ślicznymi malunkami zdecydowanie nadało temu wydaniu piękna, obok którego nie przechodzi się obojętnie. Opracowanie bardzo przyciąga wzrok.

Jeśli chociaż trochę lubicie poezję, albo tak jak ja, autorki, to wam ten zbiór polecam. Prezentuje się cudownie w tym dwujęzycznym wydaniu, z prześliczną oprawą graficzną, a na dodatek porusza wiele tematów, z którymi utożsamia się ogrom ludzi na całym świecie - niezależnie od rasy, orientacji, wiary.




BRITTAINY C. CHERRY - Amerykańska pisarka, autorka poczytnych książek z gatunku romans. Brittainy Cherry była zakochana w słowach od dnia, w którym wzięła swój pierwszy oddech. Ukończyła Carroll University Degree Bechelors na kierunku Sztuka Teatralna oraz kurs kreatywnego pisania m.in. scenariuszy. Uwielbia aktorstwo, taniec, kawę, herbatę chai i wino. Brittainy mieszka w Milwaukee, Wisconsin ze swoją rodziną. Kiedy nie pisze, opiekuje się i bawi ze swoimi zwierzętami.







KANDI STEINER - Autorka bestsellerów i koneserka whiskey, mieszkająca w Tampa na Florydzie. Jest absolwentką University of Central Florida, który ukończyła z dyplomem z dwóch kierunków: pisania kreatywnego i reklamy/PR-u, a także "women studies" jako kierunku pomocniczego. Po studiach szczególnie zainteresowała się pisaniem książek o miłości, bo zawsze była niepoprawną romantyczką. Lubi muzykę na żywo, podróże, dania bogate w węglowodany, dni spędzane na plaży, maratony filmowe, piwo rzemieślnicze i słodkie wino.


Tytuł: Do dziewczyn, które czuły zbyt wiele
Autor: Brittainy C. Cherry & Kandi Steiner
Tytuł w oryginale: A Love Letter From The Girls Who Feel Everything
Data premiery: 13 lutego 2019
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 191
Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia! :)




Czytaj dalej »

poniedziałek, 4 marca 2019

Podsumowanie lutego


Luty pod względem czytelniczym prezentuje się jak na mnie bardzo dobrze. Być może spowodowane jest to tym, że miałam w tym miesiącu ferie zimowe (chociaż w planach miałam czytać więcej, a skończyło na robieniu setek innych rzeczy...), ale udało mi się przeczytać aż dziesięć książek! Dla niektórych pewnie jest to mała liczba, w końcu są osoby, które czytają jedną książkę dziennie, ale ja jestem z tego wyniku bardzo zadowolona. Zwłaszcza, że jedną z tych pozycji jest mój pierwszy reread od chyba dwóch lat! Tak bardzo uwielbiam wracać do moich ukochanych książek, ale do tej pory zupełnie nie miałam na to czasu. Cieszę się, że wreszcie to w lutym zrobiłam.

Po naciśnięciu na tytuł przejdziecie do recenzji każdej z tych książek, poza "Na Krawędzi Nigdy", która jest moim rereadem. Jeśli chcielibyście przeczytać moją opinię na temat tej książki kilka lat po tym, jak przeczytałam ją po raz pierwszy, to dajcie znać w komentarzu ;)

A teraz przejdźmy do listy książek przeczytanych w lutym!

NAJLEPSZA KSIĄŻKA LUTEGO

Wybór najlepszej książki lutego był bardzo trudny, bo w tym miesiącu przeczytałam wiele cudownych książek i właściwie tylko jedna mnie zawiodła. Pomijając "Na Krawędzi Nigdy", która swoją drogą była równie cudowna, jak zapamiętałam, mam dwie ulubione książki miesiąca. Pierwszą z nich jest moja niezawodna K.A. Tucker z pozycją "Zostań ze Mną", którą zachwycałam się przez dłuższy czas. Jest to niezwykle klimatyczna, nastrojowa, romantyczna, zabawna i nawet momentami smutna książka, która wciągnęła mnie niesamowicie. A drugą, niemniej cudowną, jest "Jesteś Moim Zawsze" M. Leighton. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką i bardzo udane! Książka jest o wiele bardziej emocjonalna niż "Zostań ze Mną" i obydwie historie bardzo się od siebie różnią, ale obie skradły moje serce i sprawiły, że uroniłam łezkę. Do przeczytania "Jesteś Moim Zawsze" skusiła się nawet moja mama i jest to teraz jedna z jej ulubionych książek! 



NAJGORSZA KSIĄŻKA LUTEGO

Myślę, że tutaj jest jasne jak słońce, która książka była moją najgorszą, bo dość dosadnie wyraziłam to w swojej opinii. "Piorun" Angel Payne to największe rozczarowanie miesiąca i jedna z najgorszych książek, jaką miałam okazję przeczytać w całym swoim dorobku czytelniczym. Co mówię z żalem, bo naprawdę oczekiwałam przyjemnej, seksownej historii o zakazanym romansie. Szkoda ponownie gadać na jej temat, więc powiem tylko tyle - nie marnujcie na nią swojego czasu i pieniędzy, bo będziecie tego żałować. Doprawdy nie wiem jak komukolwiek mogłaby się ta książka spodobać...



To by było tyle na dzisiaj! A wam ile książek udało się przeczytać w lutym! Jaka książka jest waszą ulubioną? 
Czytaj dalej »

niedziela, 3 marca 2019

Jenn McKinlay - Wyszczekana Miłość

Carly powraca do swojego rodzinnego miasteczka Bluff Point, po tym jak została zwolniona z pracy. Towarzyszą jej stary golden retriever oraz wygadana papuga, których otrzymała w spadku po swojej byłej sąsiadce. Carly ma w planach podnieść się na nogi i jak najszybciej opuścić rodzinne strony. Jednak pewnego razu poznaje w pubie przystojnego fizjoterapeutę, Jamesa. Iskrzy pomiędzy nimi niemal natychmiast, a po wspólnej, upojnej nocy, James nie może wybić sobie kobiety z głowy. Jednak Carly nie bawi się w stałe związki, nie po tym, jak raz się sparzyła na pewnym mężczyźnie. Sypia z facetami, a potem już nigdy ich nie spotyka. Teraz jest inaczej, bo James się nie poddaje i pragnie od Carly czegoś więcej. Gdy Carly próbuje znaleźć dom dla swoich nowych zwierzaków, pomoc oferuje jej James, w zamian za małą przysługę. Im więcej czasu spędzają w swoim towarzystwie, tym bardziej Carly mu ulega. Ale wtedy na jaw wychodzą sekrety Jamesa, które być może złamią ich już na zawsze.

"Wyszczekana Miłość" to drugi tom serii "Bluff Point", którą miałam okazję rozpocząć w styczniu. Bardzo polubiłam się z tymi bohaterami, bo książka była świetną odskocznią od wymagających lektur i wiedziałam, że muszę kontynuować kolejne tomy. Co prawda leżały na półce od dłuższego czasu, ale o nich nie zapomniałam, czekałam chyba na odpowiedni moment, kiedy to będę miała ochotę na coś lekkiego i zabawnego. "Wyszczekana Miłość" była do tego idealna - przezabawna, słodka, czysta przyjemność.

Główną bohaterką jest Carly, którą znamy już z pierwszego tomu. Carly to kobieta, która nie bawi się w związki. Bez wyjątków. Interesują ją tylko przygody na jedną noc i jest jej z tym bardzo dobrze. Kiedy w jej życiu pojawia się James, jej zasady ulegają zawahaniu, ale nadal trwa w swoim postanowieniu - nawet pomimo wyraźnej dezaprobaty jej przyjaciółek, które próbują przemówić jej do rozumu i pokazać, że James może być tym jedynym. Autorka przez dużą część książki wskazuje na to, że w przeszłości zdarzyło się coś, co sprawiło, że Carly nie ma zaufania do mężczyzn i nie chce otworzyć na nich swojego serca. Ale tak naprawdę dopiero pod koniec dowiadujemy się, co tak naprawdę się wydarzyło. Z łatwością się polubiłyśmy i fajnie było obserwować, jak próbuje zrozumieć czego chce od życia. Było mi jej szkoda, że przydarzyło jej się coś takiego, ale jednocześnie byłam dumna, że w końcu zrozumiała, że jej przeszłość nie musi definiować przyszłości.

Natomiast James to zupełne przeciwieństwo Carly. W momencie, w którym położył na niej swój wzrok, wiedział, że nie będzie w stanie wyrzucić jej ze swojej głowy. Ja nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia i inne takie bzdety, zdecydowanie uważam, że miłość potrzebuje czasu, by się rozwinąć. Ale James i jego zauroczenie Carly były przeurocze, bo on nie miał zamiaru się poddawać, a jednocześnie respektował jej uczucia i problemy. Zabieganie o jej względy zdecydowanie zajęło mu bardzo dużo czasu, ale jednocześnie jasne jak słońce było przyciąganie między nimi. Polubiłam go, ale pod koniec książki sprawił, że miałam ochotę rzucić mu kapciem w głowę. Nie zdradzę wam, co takiego zrobił, ale zdecydowanie nie popieram jego zachowania. Całe szczęście, że potrafił dojrzeć swój błąd i postarał się Carly wynagrodzić swoje głupie zachowanie.

Jak tytuł książki wskazuje, w historii dużą rolę odgrywają zwierzęta. I jak w pierwszej części mieliśmy słodkiego pieska, tak tutaj bez dwóch zdań całe show skradł Ike, gadająca papuga. Papuga, która ma poważne problemy z przeklinaniem w nieodpowiednich momentach i wprowadzaniem Carly oraz Jamesa w zażenowanie, naśladując ich w łóżku. Każdy fragment z nim w roli głównej sprawiał, że płakałam ze śmiechu, a momentami nawet nie mogłam złapać oddechu. To chyba Ike sprawił, że lektura tej książki była tak bardzo przyjemnym doświadczeniem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio aż tyle się śmiałam podczas lektury! W książce powracają także postaci z poprzedniej części i mamy wgląd w ich życie. Podobało mi się to, bo każda z tych postaci ma już szczególne miejsce w moich sercu. Zwłaszcza Zach, który swoją drogą, byłam przekonana, że dostanie szansę z Carly...

"Wyszczekana Miłość" to nie tylko dobry, zabawny i namiętny, małomiasteczkowy romans, ale też ciepła historia o przyjaźni i rodzinie. Czytając tę historię miałam wrażenie, jakbym była częścią ich grupy i świetnie się bawiłam. Polubiłam Jamesa i Carly, ich przekomarzanki były zabawne, a miłość słodka i piękna. Co prawda było trochę dramatu, ale i tak historia była taka radosna i urocza. Idealnie nadała się na jeden wieczór. Jestem ciekawa kolejnego tomu, bo opowiada historię Zacha oraz Jessie, a też pary zupełnie się nie spodziewałam. Może być interesująco ;)



JENN MCKINLAY - Jenn McKinlay to amerykańska pisarka, która tworzy głównie romanse. Zapragnęła pisać już jako nastolatka. Obecnie tworzy historie miłosne, bardzo popularne zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Bohaterowie, których kreuje, są często mocno zagubieni w otaczającej ich rzeczywistości lub zmagają się z trudnymi wydarzeniami z przeszłości. Często też szukają własnej drogi do szczęścia.




Tytuł: Wyszczekana Miłość
Autor: Jenn McKinlay
Tytuł oryginału: Barking Up The Wrong Tree
Seria: Bluff Point. Tom 2
Data premiery: 3 października 2018
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 407
Ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.






Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia